Klub eurostraceńców

Podczas debaty w Atlantic Council w Waszyngtonie minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski powiedział znamienne zdanie, sugerujące, że dzisiejsze elity władzy nie przywiązują wagi ani do tego, czy dane działanie gospodarcze jest korzystne dla Narodu, ani do respektowania jego wyborów.

Żałując, że wspólna waluta okazała się za wcześnie kryzysogenna, szef MSZ otwarcie przyznał: „Gdyby nie kryzys, Polska już byłaby w strefie euro. Teraz musimy poczekać jeszcze kilka lat i zyskać argumenty, by przekonać społeczeństwo” (sic!). Okazuje się, że dla władzy społeczeństwo nie jest suwerenem, lecz „nieuformowaną ciemną masą”. Unia Europejska pada, zanika w rozwoju, jedną z głównych przyczyn kryzysu jest wprowadzenie euro na terytorium, które nie stanowi optymalnego obszaru walutowego, a politycy w Polsce raz za razem deklarują wolę przystąpienia do klubu „eurostraceńców”.

Euro pożera Słowenię

Eurostat podał, że w pierwszym kwartale PKB eurostrefy był o 1,1 proc. niższy niż w analogicznym okresie 2012 roku, podczas gdy gospodarka całej UE w tym samym czasie skurczyła się o 0,7 procent. Przy czym najgłębszy spadek PKB odnotowały kraje najsilniej dotknięte eurokryzysem: Grecja (o 5,3 proc.), Portugalia, Włochy i Hiszpania, ale również Cypr oraz Słowenia, która jest wymieniana jako kolejna ofiara wspólnej waluty.

Niedopasowanie „euromarki” do gospodarek tych krajów potwierdzają wskaźniki bezrobocia – o ile w Niemczech wynosi ono 5,4 proc., a w Austrii 4,9 proc., o tyle w Hiszpanii 26,8 proc., a w Grecji 27 proc. (wśród młodzieży w wieku 15-24 w marcu pracy nie miało 58,3 proc.). Z danych Eurostatu wynika, że w kwietniu stopa bezrobocia w eurostrefie osiągnęła rekordowy poziom 12,2 procent.

O tym, jak wykorzystuje się politycznie i gospodarczo kraje eurostrefy, które z powodu posiadania wspólnej waluty popadają w tarapaty, świadczy przykład Słowenii. Otóż mimo możliwości ciągłego rolowania swojego długu państwo to zostało uznane za kolejny kraj, któremu UE ma „pomóc”. Peter Spiegel twierdzi na łamach „Financial Timesa”, że Słowenia uniknęła ogłoszenia sankcji pod koniec zeszłego miesiąca dosłownie w ostatnim momencie, kiedy to minister finansów tego kraju w piśmie skierowanym oficjalnie do komisarza ekonomicznego Olli Rehna zobowiązał się do zatrudnienia niezależnego audytora (kwestionując kompetencje krajowego banku centralnego), utworzenia tzw. złego banku, do którego mają zostać wytransferowane złe długi w zamian za obligacje i obietnicę zmniejszenia aktywności lokalnych banków.

I co może najistotniejsze, zapowiedział generalną prywatyzację i wyzbycie się udziałów przez państwo w kluczowych przedsiębiorstwach (do tej pory Słowenia kontrolowała również swój sektor bankowy, gdyż jej trzy największe banki były państwowe). Wymuszenie powołania zewnętrznego audytora jest niebezpiecznym precedensem, gdyż do tej pory następowało w krajach, które już zostały zmuszone do skorzystania z zewnętrznej pomocy, a więc w Irlandii, Hiszpanii i ostatnio na Cyprze – nawet Grecji się to „upiekło”. To groźny ewenement, bo oznacza, że do każdego kraju UE może wysłać audytora i później forsować jego rekomendacje, nie wydając ani jednego euro ze swoich środków.

Utworzenie Bank Asset Management Company (BAMC) na wzór irlandzkiego National Asset Management Agency (NAMA) i hiszpańskiego Fondo de Reestructuración Ordernada Bancaria (FROB) oznacza, że koszty strat na złych kredytach do poziomu maksymalnie 4 mld euro przejmą podatnicy, podczas gdy czyste aktywa inwestorzy prywatni po sprywatyzowaniu instytucji bankowych. Zgodnie z zobowiązaniem podjętym w piśmie z 23 maja Słowenia zgodziła się całkowicie pozbyć udziałów w 15 wyszczególnionych instytucjach oraz zaakceptowała fakt, że powyższe działanie zostanie zatwierdzone (sic!) przez tamtejszy parlament do końca czerwca.

Niemieckie profity

Mimo że to Niemcy oszczędzają setki miliardów na kosztach obsługi długu z powodu eurokryzysu, to jednak w społeczeństwie niemieckim występuje specyficzny brak zrozumienia korzyści ekonomicznych, jakie osiągają z powodu istnienia eurostrefy. Sprowokowało to redaktorów „Bloomberga” do wystosowania apelu do niemieckiego establishmentu o konieczności obiektywnego poinformowania o tym fakcie społeczeństwa. W artykule „German Decision on Euro Fund Is Good, But Not Enough” przypominają, że konieczna jest edukacja, w jaki sposób euro pomogło we wzroście niemieckiego eksportu i powstaniu wielu miejsc pracy, które jednak znikną w przypadku rozpadu eurostrefy. Ponadto konkludują, że społeczeństwo niemieckie nie tylko nie zdaje sobie sprawy z faktu bycia beneficjentem wspólnej waluty, ale i stopnia, w jakim jego sukces eksportowy przyczynił się do problemów krajów peryferyjnych.

Niemcy nie uświadamiają też sobie skali zysków, jakie z tzw. pakietów pomocowych osiągnęły niemieckie banki, które do 2009 r. pożyczyły 704 mld dol. Grecji, Irlandii, Włochom, Portugalii i Hiszpanii. Należy pamiętać, że kłopoty tych krajów w znacznym stopniu są związane z odpływem kapitałów z ich gospodarek. I tak jak precyzyjnie podaje BIS, między pierwszym kwartałem 2008 r. a pierwszym kwartałem 2012 r. niemieckie banki w sumie były w stanie wycofać aż 301,8 mld euro, a więc zredukować swoją ekspozycję w powyższych pięciu krajach aż o 49,7 procent. Najbardziej – aż o 84 proc. (25,3 mld euro), z Grecji, a najwięcej, bo o 103,8 mld euro (49,3 proc.), z Hiszpanii. Z Irlandii wycofały 81,7 mld euro (53,3 proc.), Włoch 78 mld euro (43,4 proc.), a z Portugalii 13 mld euro.

W efekcie kryzysu, do którego euro znacząco się przyczyniło, Niemcy są jednym z nielicznych krajów Unii, w którym przedsiębiorcy mogą skoncentrować się na biznesie i własnym rozwoju, podczas gdy w innych krajach są zajęci rolowaniem długów i cięciem wydatków, skutkujących redukowaniem aktywności. I nic dziwnego, gdyż – jak podawał Europejski Bank Centralny – o ile w Niemczech i Francji przeciętne oprocentowanie kredytów dla przedsiębiorstw pozafinansowych o wielkości powyżej 1 mln euro i zapadalności od 1 do 5 lat wynosi ok. 4 proc., o tyle we Włoszech i Hiszpanii powyżej 6 procent. Hiszpańskie oprocentowanie w wysokości 6,5 proc. jest najwyższą wartością od końca 2008 r., a niemieckie 4,04 proc. najniższym wymiarem od czasu, kiedy EBC bada poziom kosztów kredytu, czyli od 2003 roku. Nastąpiła znacząca segmentacja kredytowa, która według Davida Rileya z Fitch Rating w ogóle „podważa zasadność istnienia euro”.

Do podobnych konkluzji prowadzą również analizy Goldman Sachsa, którego indeks „różnic w oprocentowaniu” ukazał maksymalny poziom 3,7 punktów procentowych w styczniu 2013 r., co skłoniło Ralpha Atkinsa do zakwestionowania efektywności działania EBC.

Kłopoty z kredytem

Występowanie różnicy w kosztach kredytowania powoduje z jednej strony problem z rolowaniem zadłużenia, a z drugiej z powstaniem niekorzystnej sytuacji konkurencyjnej przedsiębiorstw krajów peryferyjnych. W przeciwieństwie do przedsiębiorstw amerykańskich, które – według danych Fed – stale powiększają swój portfel kredytowy w bankach, ich europejscy konkurenci nie tylko są bardziej od tego kredytu uzależnieni, ale muszą z tej formy finansowania rezygnować. Według danych Dealogic, bankowe kredytowanie w ciągu ostatniego pięciolecia spadło aż o 68 proc. (w Grecji o 84 proc.). Powyższy proces zmusza przedsiębiorstwa do płacenia wyższego oprocentowania oraz do poszukiwania środków poza Europą i korzystania z inżynierii finansowej w celu ucieczki przed przejmowaniem ryzyka kraju peryferyjnego, którego premia jest podstawą modeli wyceniających ceny aktywów. I tak portugalskiej grupie energetycznej Energias de Portugal SA udało się pozyskać kredyt w wysokości miliarda euro od China Development Bank Corp., ale ceną była sprzedaż 21 proc. akcji przedsiębiorstwa chińskiemu China Three Gorges Corp. Problemy z kredytami bankowymi miał również Portugal Telecom, który po renegocjacji 1,2 mld euro pakietu został zobowiązany do obniżenia bankowego kredytowania do poziomu 800 mln euro. Pomocny okazał się fakt posiadania aktywów w Brazylii, co pozwoliło na uzyskanie 100 mln euro linii kredytowej w Banco do Brasil. Ucieczkę przed ryzykiem hiszpańskim zastosował również Cementos Portland Valderrivas, który w sytuacji spadku konsumpcji cementu w Hiszpanii o 2/3 musiał obniżyć poziom bankowych kredytów z 1,53 mld euro do 1,1 mld, uzyskał środki poprzez uplasowanie obligacji w Blackstone ($430 mln) pod zastaw dochodów z operacji amerykańskich.

Okazuje się, że sama lokalizacja centrali jest dyskryminująca, gdyż nawet w przypadku greckiej firmy hazardowej Intralot, posiadającej 95 proc. dochodów poza krajem macierzystym, powoduje wzrost kosztów obsługi długu. Powyższa sytuacja sprawia, że nawet tak bezpieczne korporacje jak Iberdrola, Enel czy Telefonica muszą płacić znaczące premie za pożyczone środki w porównaniu z ich niemieckimi rywalami. I tak hiszpańskie przedsiębiorstwa o ratingu inwestycyjnym muszą się liczyć z tym, że ich obligacje będą miały rentowność wyższą o 420 punktów bazowych (pb), podczas gdy przedsiębiorstwa włoskie muszą płacić premię o 360 pb wyższą. W efekcie dochodzi do takich kuriozalnych sytuacji, jak w przypadku hiszpańskiej Telefoniki, której zaledwie 30 proc. przychodów pochodzi z Hiszpanii (i Włoch razem), a tymczasem musi ona płacić za obsługę 700 mln funtów siedmioletnich obligacji wypuszczonych wcześniej w tym roku aż 7 procent. Podczas gdy Vodafone z Wielkiej Brytanii, którego dochody z Hiszpanii i Włoch stanowią 23 proc., płaci za dług pięcioletni zaledwie 1,3 procent.

Obecna sytuacja musi okazać się nie do utrzymania na dłuższy okres i – jak zauważa Alberto Gallo z RBS – „z czasem, jeśli włoskie lub hiszpańskie firmy płacą 4 punkty procentowe więcej niż ich niemieccy rywale, okaże się to również zabójcze dla ich peryferyjnych gospodarek”. Pozostaje pytanie, czy usłyszymy te przestrogi na czas, czy też gdy będzie już za późno.

Finis Europae

Mimo powyższych eurostrat, jakie ponoszą kraje eurolandu, i mimo sprzeciwu społeczeństw nadal forsuje się wprowadzanie euro. Komisja Europejska ogłosiła, że Łotwa od początku przyszłego roku będzie 18. członkiem eurostrefy. Stanie się tak, mimo iż poparcie dla przyjęcia euro wśród Łotyszy jest znikome, co potwierdziły niedawne wybory samorządowe w tym kraju. Z przeprowadzonych badań ankietowych wynika, że za szybkim wejściem do euro opowiedziało się zaledwie 8 proc. mieszkańców, 42 proc. wolałoby poczekać z przyjęciem wspólnej waluty, a aż 41 proc. zdecydowanie się temu sprzeciwiało. Z innych badań wynika zaś, że euro nie chce aż 60 proc. Łotyszy. Mimo że obywatele domagają się od rządu referendum w tej sprawie, to jednak władze twierdzą, że nie jest ono potrzebne. Ignorują opinię wyborców, nawet ryzykując utratę władzy po kolejnych wyborach parlamentarnych, które powinny się odbyć w 2015 roku.

Z powodu braku poszanowania wiedzy i respektowania praw społeczeństw w UE, jaskrawo uwidocznionych w cytowanej na początku wypowiedzi szefa polskiego MSZ, obecnie jesteśmy świadkami upadku znaczenia naszego kontynentu na niwie duchowej i gospodarczej oraz jeszcze szybszego procesu rozbioru Polski. Jak trafnie zauważył Jamil Anderlini na łamach „Financial Timesa”, niedawne spotkanie w Kalifornii przywódcy Chin Xi Jinpinga z prezydentem Barackiem Obamą oznacza powstanie G2, w której miejsca dla Europy już nie ma.

Najbliższe lata do 2017 r. obnażą upadek UE zdominowanej przez Niemcy. Unia w sumie zaliczy zaledwie 5,7 proc. całości przyrostu światowego PKB, podczas gdy USA – 13,9 proc., Chiny – 33,6 proc., a Indie – 9,4 procent. O „zielonej” Polsce nie ma co wspominać, chociaż tempo jej degradacji jest niewątpliwie odwrotnością przyspieszenia Chin. Podczas szczytu Chiny – USA prezydenci rozmawiali zarówno o konsekwencjach, jakie dla ich narodów miała „herbatka bostońska” w 1773 r., jak i „palenie opium” w Kantonie w 1839 roku. My, Polacy, jeśli chcemy nawiązać do chlubnych symboli tych dwóch narodów, powinniśmy jak najwcześniej wyrzucić euro i limity CO2 do Bałtyku.

Dr Cezary Mech

Autor jest absolwentem IESE, byłym zastępcą szefa Kancelarii Sejmu RP, prezesem UNFE i podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów, autorem programu gospodarczego PiS z 2005 roku.

drukuj