Myśląc Ojczyzna – red. Stanisław Michalkiewicz

Audio MP3

Pobierz

Kraj, jak zachód dziki!

Nie ma dnia, a w każdym razie nie ma miesiąca, żebyśmy nie dowiedzieli się czegoś nowego o naszej młodej demokracji. Na przykład u progu transformacji ustrojowej, kiedy nasza młoda demokracja się rodziła, stare kiejkuty zmontowały aferę Funduszu Ob sługi Zadłużenia Zagranicznego. Państwo przeznaczyło miliard siedemset milionów dolarów na nielegalny wykup polskich długów. Stare kiejkuty do spółki z finansowymi grandziarzami wykupiły długi, a jakże – ale tylko za 60 milionów dolarów, a miliard sześćset czterdzieści milionów dolarów zostało rozkradzionych. Ileż ubeckich dynastii się dzięki temu uwłaszczyło – tylko jeden Pan Bóg wie – no i oczywiście stare kiejkuty – ale stare kiejkuty przecież nic nie powiedzą. Przecież nie chcą nawet powiedzieć, kto konkretnie wziął 15 milionów dolarów za stanie na świecy i usługi kuplerskie przy tajnych więzieniach CIA w Polsce. Nawet pan minister Szczurek, który sprawia wrażenie, jakby chciał wszystkich obywateli obedrzeć ze skóry, nie ośmielił się zapytać, czy stare kiejkuty zapłaciły od tego napiwku podatek. Niechby tylko spróbował, to zaraz by mu przypomniano, skąd wyrastają mu nogi. Najwyraźniej pamięta, jak to  4 czerwca 1992 roku dowiedzieliśmy się nie tylko tego, że nasza młoda demokracja jest naszpikowana agentami tajnych służb, niczym wielkanocna baba rodzynkami, ale przede wszystkim tego, że ci agenci, ze starymi kiejkutami na czele, stanowią sól ziemi czarnej i każde podniesienie na nich świętokradczej ręki sprawia, że władza ludowa tę rękę bez ceregieli odrąbuje. Potem mieliśmy aferę hazardową, której, jak wiadomo, „nie było”, podobnie jak „nie ma” Wojskowych Służb Informacyjnych, czy izraelskiej broni jądrowej, niedawno – aferę podsłuchową, dzięki której dowiedzieliśmy się od pana ministra Bartłomieja Sienkiewicza, że nasze państwo istnieje „tylko formalnie”, bo tak naprawdę, to tylko „kamieni kupa” i tak dalej, słowem – sensacja goni sensację.

Tym bardziej na uwagę zasługuje okoliczność, że literatura wyprzedza wydarzenia i to znacznie. Oto jeszcze za głębokiej komuny, bo w roku 1958 Sławomir Mrożek napisał sztukę pod tytułem „Policja: dramat ze sfer żandarmeryjnych”. Sztuka opowiada, jak to policjanci wyaresztowują się wzajemnie. Toteż bez specjalnego zaskoczenia dowiedzieliśmy się, że za czasów, gdy ministrem spraw wewnętrznych był pan Bartłomiej Sienkiewicz, tajniacy zaczęli śledzić się nawzajem, podsłuchiwać i podglądać. Nieomylny to znak, że pasożytujące na naszym nieszczęśliwym kraju bezpieczniackie watahy wyżarły jego zasoby już do gołej ziemi, no i w zaostrzającej się walce o dostęp do żłobu zaczynają zagryzać się już między sobą. To byłaby nawet dobra wiadomość, bo skoro gryzą się między sobą, to jest nadzieja, że wreszcie się zagryzą, uwalniając w ten sposób nasz nieszczęśliwy kraj od swojej obecności, a zarazem – od okupacji. Obawiam się jednak, ze to byłoby zbyt piękne, żeby było prawdziwe tym bardziej, że pan Bartłomiej Sienkiewicz, w międzyczasie przeniesiony z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na stanowisko dyrektora Instytutu Obywatelskiego, stanowczo wszystkiemu zaprzecza, a specjalnie zaprzecza, jakoby chciał sprawdzić, czy słynnej afery podsłuchowej nie zmontowali aby szefowie którejś z siedmiu bezpieczniackich watah, jakie oficjalnie hulają po naszym nieszczęśliwym kraju na podobieństwo tornada: „w Urzędzie dają broń i władzę, a wkoło kraj, jak zachód dziki!” – powiada poeta. Skoro pan Sienkiewicz dementuje te  pogłoski, to czyż wypada zaprzeczać? Nie wypadałoby, ale warto wspomnieć o zasadzie, jaką kierował się rosyjski minister spraw zagranicznych za panowania cesarza Aleksandra II, książę Aleksander Gorczakow. Mianowicie nie wierzył on nie zdementowanym informacjom. Dopiero gdy jakaś informacja została stanowczo zdementowana, to minister Gorczakow uznawał ją za wiarygodną. Według tej teorii, skoro pan Sienkiewicz zaprzecza, jakoby kazał podsłuchiwać i podglądać hersztów konkurencyjnych bezpieczniackich watah, którzy wcześniej podsłuchiwali jego i innych Umiłowanych Przywódców z rządu premiera Tuska, to na pewno tak właśnie musiało być. To zaś stanowi kolejna poszlakę potwierdzającą moja ulubiona teorię spiskową, według której rzeczywistą władzę w Polsce sprawują bezpieczniackie watahy – oczywiście wykonując zadania wyznaczone przez centrale w państwach poważnych. Jeśli te państwa ze sobą współdziałają, to mamy Rok Spokojnego Słońca. Jeśli jednak pojawia się między nimi konflikt interesów, to natychmiast wybucha u nas wojna na górze między Stronnictwem Ruskim, Stronnictwem Pruskim i gwałtownie reaktywowanym Stronnictwem Amerykańsko-Żydowskim, które próbuje odzyskać przejściowo utracone wpływy.

red. Stanisław Michalkiewicz

drukuj