Myśląc Ojczyzna

Audio MP3
Pobierz

Z dalekich krajów

Szanowni Państwo!

Niepodobna chyba przesadzić w krytyce Polonii zagranicznej. Przeważnie zarzuca się jej brak zmysłu organizacyjnego, co sprawia, że mimo swojej liczebności i zamożności, nie jest w stanie odgrywać politycznej roli w krajach swego osiedlenia, jak na przykład Żydzi. Inna rzecz, że Żydzi, gdziekolwiek mieszkają, wspierani są przez Izrael, podczas gdy stosunek władz w Warszawie do Polonii jest najdelikatniej mówiąc – dziwaczny. Za komuny było to zrozumiałe; Polonia ze względu na swą antykomunistyczną postawę, traktowana była przez władze w Warszawie jako wróg, w związku z czym zarówno placówki dyplomatyczne, jak i agentura, blokowały każdą próbę jej politycznej integracji. Teraz, po transformacji ustrojowej, już takie zrozumiałe to nie jest – a stosunek placówek dyplomatycznych III RP i agentury do Polonii się nie zmienił. Ilustracją tej stałości jest przypadek nieżyjącego już prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej Edwarda Moskala. Kiedy pod petycją do Kongresu USA w sprawie przyjęcia Polski do NATO zebrał 9 milionów polonijnych podpisów, natychmiast rozpoczęto sterowaną z Warszawy kampanię przeciwko niemu, której skutkiem było to, że prezes KPA – największej organizacji polonijnej w Ameryce, przestał być przyjmowany w Białym Domu. Ale i to można zrozumieć; po co polskie lobby w Ameryce, skoro jest tam żydowskie, zwłaszcza w sytuacji konfliktu interesów? Te przykłady można by zresztą mnożyć, bo obserwowanie poczynań naszej – pożal się Boże – dyplomacji, przypomina mi anegdotę z epoki rządu Arystydesa Brianda we Francji. Premierowi Briandowi doniesiono, że jakiś młody dyplomata podczas wręczania listów uwierzytelniających, z wrażenia narobił w spodnie. – „Nie wymagam wiele – powiedział z goryczą Briand. – żeby chociaż nie załatwiali się podczas audiencji – a i tego nie mogę się doprosić!” Jakże inaczej ocenić postępowanie Jego Ekscelencji Ryszarda Schnepfa, ambasadora Rzeczypospolitej w Waszyngtonie, który w ramach Festiwalu Filmów Żydowskich  przemawiał na pokazie dla publiczności amerykańskiej filmu „Pokłosie”, będącego jednym wielkim oskarżeniem Polaków o „antysemityzm”? W dodatku – oskarżeniem fałszywym, wychodzącym naprzeciw skoordynowanym politykom historycznym: niemieckiej i żydowskiej, której celem jest przerzucenie odpowiedzialności za II wojnę na winowajcę zastępczego, w miarę zdejmowania jej z Niemiec. Na tego winowajcę zastępczego została wyznaczona Polska, więc fakt, że zarówno Niemcy, jak i środowiska żydowskie cierpliwie i metodycznie te skoordynowane polityki historyczne realizują, nie budzie zdziwienia. Zaskakiwać może udział w tych przedsięwzięciach polskich dyplomatów, to znaczy – mógłby, gdyby to byli dyplomaci polscy, służący polskim interesom państwowym. Tymczasem są to tylko reprezentanci władz w Warszawie, które wysługują się każdemu, kto im da, a nawet – kto im obieca jakiś napiwek.

Dlatego podczas swego ostatniego pobytu w Anglii wróciłem do swego pomysłu, by obywatele polscy mieszkający stale za granicą sprzeciwili się ograniczaniu pod tym  pretekstem ich praw politycznych. Dlaczego mianowicie muszą głosować na kandydatów wystawionych przez kogo innego w okręgu wyborczym Warszawa-Śródmieście, a nie wolno im wystawiać kandydatów własnych? Konstytucja nie ogranicza obywatelom praw politycznych ze względu na miejsce zamieszkania, wobec czego ograniczenie to jest bezprawne. Dlatego obywatelom polskim mieszkającym za granicą powinna zostać udostępniona możliwość wystawiania kandydatów własnych, kandydatów polonijnych. W takim jednak przypadku od razu powstaje pytanie, co miałby być dla tych kandydatów okręgiem wyborczym? Otóż okręgiem wyborczym mógłby być kontynent: Ameryka Północna – jeden okręg wyborczy, Ameryka Południowa i Środkowa – drugi okręg wyborczy, Europa z Afryką – trzeci okręg wyborczy i Australia z Azją – okręg czwarty. W każdym z tych okręgów obywatele polscy mieszkający za granicą wybieraliby jednego posła. Czterech posłów, to niewielu, ale to właśnie dobrze – bo nie byłoby właściwie, gdyby tacy posłowie mogli forsować rozwiązania ustawowe, obciążające finansowo Polaków mieszkających w Polsce. Zatem o ile czterech posłów żadnej rewolucji by nie zrobiło, to z pewnością dopilnowałoby, by Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a zwłaszcza – bezpieczniackie watahy nie traktowały Polonii instrumentalnie, jako swego żerowiska. Takie rozwiązanie poza tym sprzyjałoby politycznej integracji Polonii. Posła bowiem trzeba by wybrać, a to wymusza współdziałanie, wymusza współpracę, której tak brakuje. Wreszcie poseł, który zostałby wybrany, chciałby być wybrany jeszcze raz, więc zabiegałby o powstrzymanie przed rozpadem środowisk, które go wybrały. A czyż nie o to właśnie chodzi?

red. Stanisław Michalkiewicz

drukuj