fot. tv trwam

Myśląc Ojczyzna – prof. Mirosław Piotrowski

Audio MP3

Pobierz

Odwracanie sojuszy

A jeszcze niedawno było tak pięknie. Prezydent Francji Emmanuel Macron tuż po wyborze udawał się do Berlina ustalać z Angelą Merkel reformę Unii Europejskiej. Słowem, nastawiać dwutaktowy silnik napędzający Unię. Minął niespełna rok, a Macron nie chce ujawnić, czy po wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2019 roku europosłowie wybrani z list jego założonej w ubiegłym roku partii „La République En Marche!” wejdą do największej grupy politycznej EPL, czyli Europejskiej Partii Ludowej, którą „pilotuje” właśnie Angela Merkel. To budzi irytację, szczególnie Jean-Claude’a Junckera domagającego się od Macrona już teraz jasnego stanowiska. Prezydent Francji zastanawia się i kluczy, dając sygnały, że chciałby stworzyć w Parlamencie Europejskim nową, centrową, „proeuropejską” partię. Skąd taki opór materii?

Otóż podczas ostatniej sesji plenarnej w Strasburgu debatowano na temat nowego składu Parlamentu Europejskiego. Prezydent Francji mocno wspierał stworzenie osobnej ponadnarodowej europejskiej listy. Na jej kandydatów można byłoby głosować we wszystkich krajach członkowskich Unii. Ot, tak jak przykładowo kiedyś w komunizmie była dodatkowa lista krajowa, której kandydaci w zdecydowanej większości przepadli w 1989 roku. W głosowaniu w Parlamencie Europejskim przepadł pomysł Macrona, ale, co osobliwe, storpedowali go niemieccy europosłowie z partii kanclerz Niemiec Angeli Merkel – CDU. Przeciwny tej koncepcji był przewodniczący EPL, Niemiec Manfred Weber, który twierdził, że jej „efekt mógłby być odwrotny do oczekiwanego przez Francuzów: poczucie europejskich obywateli jeszcze większego oddalenia instytucji w Brukseli i Strasburgu”.

Inny prominentny niemiecki europoseł Elmar Brok, przyjaciel kanclerz Niemiec najdłużej zasiadający w Parlamencie Europejskim, w trakcie debaty w Strasburgu grzmiał: „Nie chcę zostać wybrany z listy od Helsinek do Lizbony, gdzie żaden obywatel nie widzi mnie jako partnera do rozmowy. Chcę zostać wybrany we Wschodniej Westfalii-Lippe, u siebie w domu. Mandat polega na bliskości z obywatelem, a nie na odległości i to jest najważniejsze dla każdego parlamentu”. Niemieccy politycy obawiali się, że taka lista będzie stanowić paliwo dla ruchów populistycznych w Europie.

Po odrzuceniu tego pomysłu, prasa w Europie odczytała to jako porażkę Macrona. Jak może więc on teraz kierować swoich przyszłych europosłów do partii, która torpeduje jego pomysły? Taktycznie się zastanawia, a szef Komisji Europejskiej Juncker dociska, twierdząc, że „wszyscy kandydaci w wyborach do Parlamentu Europejskiego muszą oświadczyć o wiele wcześniej przed wyborami, do której grupy chcą należeć, jeśli zostaną wybrani”. Innymi słowy chodzi o uczciwość względem wyborców. Są kraje, w których przywiązuje się do tego ogromne znaczenie, a w innych mniejsze. Europejska Partia Ludowa od lat tworzy w Parlamencie Europejskim największą grupę, a jej liderzy rozglądają się za nowymi sojusznikami.

Niedawno w polskich mediach ukazały się informacje, że wśród polityków Zjednoczonej Prawicy „są takie rozważania”, żeby przystąpić do EPL. Podobno niektórzy politycy Prawa i Sprawiedliwości od dawna zachęcają do takiego kroku. Trzeba dodać, że ryzykownego kroku. Z jednej strony Europejska Partia Ludowa to unijny „mainstream”, do którego należą europosłowie Platformy Obywatelskiej i PSL-u oraz wspomnianej CDU i CSU. Mają oni wpływ na kluczowe decyzje i stanowiska. Jak więc można zrobić tam miejsce dla polskiej prawicy, której rząd stoi pod pręgierzem możliwych sankcji z artykułu siódmego Traktatu?

Jak też wytłumaczyć później polskim wyborcom taki unijny alians? Ale z drugiej strony, we wspomnianej grupie EPL od lat są węgierscy europosłowie Fideszu Viktora Orbána, który także w Unii postrzegany jest jako czarna owca. Jednocześnie mimo krytyki, nikt partii Orbána z grona koalicji europosłów PO, PSL, CDU, CSU nie wyrzuca. Orbán i jego formacja są dla polskiej prawicy na arenie międzynarodowej partnerem i sojusznikiem, ale także, co często się podkreśla, wzorem do naśladowania. Czyżby więc polska prawica chciała pójść tym tropem i odwrócić sojusze, nie tylko unijne? Może także transatlantyckie i bliskowschodnie? Niektórzy już dopatrują się pewnych tego symptomów.

prof. Mirosław Piotrowski

drukuj