fot. arch.

Święta Rodzina misją bardzo specjalną

Wypowiedź dla Radia Maryja ks. bp. Stanisława Stefanka, bp. seniora diecezji łomżyńskiej.

Rolę św. Józefowi wyznaczył Bóg w powołaniu. Otrzymał ją przed wiekami w Boskich dekretach i powoli rozpoznawał w trakcie swojego życia. Powoli, ponieważ poszczególne etapy były przed nim zasłonięte i w niektórych wypadkach wyraźnie wybierał drogę fałszywą. Nie zrozumiał na przykład sytuacji, jaka miała miejsce po Zwiastowaniu, że jego małżonka – z którą nie zamieszkał wspólnie i z którą wcześniej ustalili, że nie będzie współżycia – oczekuje dziecka. W tej sytuacji św. Józef próbował pójść własną drogą, dlatego Bóg musiał korygować jego ludzkie pomysły i naprowadzać na tę rolę, jaką odegrał.

Św. Józef  był mężem, który równocześnie, w sensie prawa i opinii społecznej, był ojcem Pana Jezusa. Oznacza to, że stwarzał warunki bezpieczne – w rozumieniu popularnym i ładu moralnego – dla Matki Najświętszej i Pana Jezusa. To była jego główna rola. My mówimy: opiekun, podkreślając wymiar obecności św. Józefa. Ale sama Matka Najświętsza nazwała św. Józefa ojcem: „Ojciec Twój i ja”. Wypowiedziała te słowa wtedy, kiedy dwunastoletni Pan Jezus został w świątyni. I to była jego rola, którą wyznaczył św. Józefowi w swojej odwiecznej decyzji Bóg Ojciec.

Natomiast, czego mogą się dzisiaj nauczyć ojcowie od św. Józefa? Przede wszystkim potrójnej sprawności. Najpierw wrażliwość na drugiego człowieka. Przecież to był młody mężczyzna, który chciał – tak, jak każdy mężczyzna – wstąpić w związek małżeński i założyć rodzinę. Problem dzietności czy problem ojcostwa w czasach Izraela, w czasach Chrystusowych był jeszcze bardziej podkreślany niż dzisiaj (podobnie jak dzisiaj, w niektórych krajach w dalszym ciągu niezwykle aktualny). Św. Józef nie otrzymał instruktarzu od Pana Boga, tylko Matka Najświętsza po prostu przyjmując jego ofertę, bo to mężczyzna decydował, kto ma być jego żoną, postawiła ten warunek: będziemy razem, ale nie będziemy współżyć.

Małżonkowie muszą bardzo mocno zwrócić uwagę na program drugiej osoby. Wrażliwość na program to jest pierwsza sprawa. Dzisiaj młody człowiek, młody mężczyzna, wchodząc w małżeństwo powinien bardzo dobrze studiować swoją współmałżonkę. My jesteśmy obecnie trochę nawet patologicznie egoistyczni, bardzo skupieni na sobie, bardzo nastawieni na promocję, na awans, na realizację, na karierę itd. I ten drugi człowiek o tyle jest ważny, o ile mi pomaga w realizacji mojego programu.

Wchodząc w małżeństwo bardzo często myślę o pomocy, którą drugi człowiek może wnieść do mojego programu. Podczas, gdy kolejność jest taka, że najpierw muszę się dobrze wsłuchać w program drugiej strony. Oczywiście, w tym jest zawarta w jakimś wymiarze, a nieraz nawet w istotnym wymiarze, również ta moja kariera i moje pragnienia. To przecież jest wspólna droga, ale akcenty emocjonalne i etyczno – ofiarne są początkiem studium drugiej osoby.

Druga sprawność to jest wrażliwość na głos Boga. Pan Bóg koryguje. Proszę zauważyć, że św. Józef nie podejmuje nawet jednego zdania rozmowy co do swojego powołania. Matka Najświętsza pyta Archanioła: „Jak się to stanie, skoro nie znam męża?”. Ona chce wiedzieć, jak może być matką, skoro jest postanowienie, że nie będą współżyć. Św. Józef nie pytał tylko uczynił tak, jak mu wskazał Anioł. Uczynić – to jest typowa męska reakcja.

A dlaczego uczynił? Bo istotną rolę odgrywał tu autorytet mówiącego, czyli zawierzenie Bogu. Pełne zawierzenie czegoś, czego nie zrozumiał, bo przecież Ewangelia mówi wyraźnie, że: „nie rozumiał”. Bał się przyjąć swoją Małżonkę, a szczególnie bał się tego, że będzie musiał wystawić Ją na sąd, bo mężczyzna, który by stwierdził, że jego żona jest matką, a nie byłoby to jego dziecko, powinien publicznie osądzić swoją żonę. Św. Józef nie chciał Jej zniesławić. Z tego wynika, że Ją kochał. W pełni zawierzył Maryi i Panu Bogu.

Trzeci wymiar to bezinteresowna miłość. Bezinteresowna, bo ona jest wnioskiem; ona jest prostą sprawnością, która wynika z dwóch pierwszych przesłanek. I to jest wspaniała szkoła dla dzisiejszych mężczyzn. Poczucie bezpieczeństwa, które rodzi się nie tyle ze sprawności ojca i tej sprawności zawodowej, a więc że zarabia na chleb; i tej sprawności fizycznej, czyli że broni mnie przed niebezpieczeństwem, przed jakimkolwiek zagrożeniem. To poczucie bezpieczeństwa rodzi się z miłości.

Z poczuciem bezpieczeństwa mamy do czynienia wtedy, kiedy dziecko jest pewne miłości ojca. I tu jest bardzo poważna rola ojca, bo nie może tej roli odegrać matka, nie może go zastąpić. W wypadkach trudnych oczywiście zastępuje, ale to jest zawsze rola zastępcza. Natomiast podstawową rolą mężczyzny jest tworzenie poczucia bezpieczeństwa przez miłość, czyli przez pełną akceptację.

To nie znaczy, że ojciec nie ingeruje w życie dziecka. Co więcej, ta ingerencja jest bardzo często znakiem zainteresowania. Tylko ten, który nie chce się angażować w życie dziecka zostawia go na luzie, daje mu zastępcze środki swojej obecności, parę złotych czy inną rozrywkę itd., bylebym ja miał spokój.

Ojciec zabezpiecza poczucie bezpieczeństwa swoją obecnością, a to oznacza, że poświęca czas. W takiej atmosferze prezentuje postawę, która ma wymiar, przynajmniej w trzech kierunkach, bardzo czytelny dla dziecka, zwłaszcza dla syna, dla córki też – może nawet dla córki w pewnym momencie bardziej. To jest po pierwsze miłość do matki. Dziecko najwięcej uczy się obserwując, widząc, wchłaniając emocjonalnie relacje pomiędzy ojcem i matką. Ojciec, który kocha swoją żonę, okazuje tę miłość i stawia tak bardzo na pierwszym miejscu swoją żonę, że dziecko to czyta – to jest pierwszy wymiar zabezpieczenia tej obecności. Po drugie – kocha swoje dzieci.

A więc to, o czym już mówiłem, że ma czas i cierpliwość ingerowania wtedy, kiedy trzeba dokonać jakiejś korekty w zachowaniu, czy w ogóle w programie życiowym. To się uwidacznia zwłaszcza wtedy, kiedy dziecko znajdzie się w tarapatach zdrowotnych, czy jakichś innych, nawet z własnej winy. Nawet zawinione sytuacje mogą być dobrą okazją do zbliżenia się ojca i dziecka.  Ojciec ma pełną gamę, taki program różnych gestów ojcowskich, które zabezpieczają. Są to, powiedziałbym, takie gesty zabezpieczające.

I wreszcie: dziecko widzi u ojca poważne i bardzo odpowiedzialne podejście do obowiązków zawodowych. To też jest szkoła. Nie musi to być ta szkoła merytoryczna, czyli wprost przekazywanie zawodu z ojca na syna czy z ojca na córkę. To nie musi być lekarz po lekarzu, nauczyciel po nauczycielu. Owszem, często uzdolnienia są dziedziczne, zwłaszcza artystyczne, ale wystarczy, że ojciec przekaże – a to w wypadku ojca jest bardzo ważne – poziom odpowiedzialności za podjęte obowiązki: słowność, dokładność, uczciwość, prawdomówność itd., czyli cnoty społeczne. Bardzo ważne, choć dzisiaj lekceważone (może nawet wyśmiewane) jest to, jeśli ktoś nie jest spekulantem, nie jest cwany, nie umie wyprowadzić w pole, nie umie ominąć przepisów. Taki ktoś wydaje się być nieporadny i nie jest autorytetem. To jest nieprawda! Pod tym względem dziecko ma też duże zapotrzebowanie – widzieć w ojcu osobowość bardzo zwartą i konsekwentną.

Misja, którą podjęła Święta Rodzina z woli Boga, jest misją bardzo specjalną, ponieważ to jest przestrzeń serca i miłość między mężczyzną a kobietą, między św. Józefem a Matką Najświętszą, którą zabezpieczył Bóg dla swojego Syna. Chrystus urodził się w atmosferze miłości, głębokiej ludzkiej miłości, czyli twarde serca ludzkie otworzyły się na Boga. I to jest sprawność, którą każda rodzina na początku powinna w jakiś sposób ofiarować Bogu. Równocześnie jest to niepodważalna rola. Ale podobną rolę dokładnie w tym samym miejscu podejmuje każda rodzina przez dziecko, które jest darem Boga. Ostatecznie Bóg decyduje o początku życia ludzkiego.

Rodzice są współpracownikami Boga i podejmują według własnej woli i ofiarnego wyboru współpracę umożliwiając Panu Bogu realizowanie planu. W pewnym wymiarze trzeba powiedzieć: TAK. Jak Archanioł czekał  na słowa Maryi: „Oto ja służebnica Pańska”, tak też Bóg czeka na słowo każdej pary małżeńskiej. To para małżeńska umożliwia Bogu jego szczodrobliwość i obdarowywanie nowych istot ludzkich życiem, czyli autonomiczną, niezależną, na wieki trwającą rzeczywistością duchowej więzi z Bogiem i drugim człowiekiem. Dzisiejsi rodzice, jeśli chcą być do końca sprawni, powinni się kwalifikować i objawiać się dokładnie tak samo jak Święta Rodzina, czyli stworzyć właściwą atmosferę miłości. Tylko dziecko przyjęte na teren miłości rozwija się w sposób najbardziej pełny. Miłość dwojga serc jest bazą, glebą, na której rośnie nowe życie.

I kolejna rzecz – to nowe życie, czyli nowy człowiek, cieszy się rodzicami, którzy są bardzo świadomymi współpracownikami Boga i przybliżają, umożliwiają Panu Bogu objawienie Jego Miłości i Stwórczej Mocy, bo od Boga pochodzi wszelkie ojcostwo na niebie i na ziemi. Ta sprawność, którą dzisiaj przeżywamy boleśnie, jako kurczącą się – to trwałość miłości małżeńskiej, zamknięcie na życie. Ta sprawność jest jakby z głębi Świętej Rodziny do wzięcia i przestudiowania. To jest szkoła, której Bóg nigdy nie zamknie. W tej szkole młodzi małżonkowie zawsze będą mogli pobierać naukę rodzicielstwa, macierzyństwa i ojcostwa.

Ks. bp Stanisław Stefanek, bp senior diecezji łomżyńskiej, dyrektor Instytutu Studiów nad Rodziną, członek Rady Papieskiej ds. Rodziny, przewodniczy Komisji Episkopatu ds. Rodzin.

RIRM 

drukuj