Solidarności nauczył się od Maryi

Kilka dni temu Benedykt XVI przypomniał nam o tym, co leżało u
podstaw myślenia Jana Pawła II o Kościele. Co więcej, obecny Papież wskazał na
źródło skutecznej obecności Kościoła w świecie. Jest nim upodobnienie się do
Maryi. Ogłosił, że nie ma myślenia o drugim człowieku, jeśli w naszym życiu nie
ma światła Boskiej prawdy. Ojciec Święty ogłosił: nie ma w ludzkich sercach
miejsca na współczucie, solidarność z ubogimi, miłość nieprzyjaciół, gotowość
oddawania życia za braci, jeśli przynajmniej nie próbujemy iść przez doczesność
drogami Maryi. To Ona najpełniej niosła w sobie Chrystusowe światło, które miało
moc zmieniać historię. Ona jest Matką – Boga i każdego człowieka, każdego z nas.
A Matka – to solidarność z dziećmi, to bycie razem, życie dla nich. Solidarności
z ludźmi – przede wszystkim z osobami zmarginalizowanymi przez świat – nauczył
się Jan Paweł II właśnie od Matki Najświętszej. Bez głębokiej maryjności nie
byłby człowiekiem prawdziwej solidarności. Tego nauczył się od Maryi, której
„Magnificat” jest największym manifestem społecznym, jaki zna świat. To dlatego
tak często wzywał do pobożności „jak Maryja”, ważniejszej niż pobożność „do
Maryi”.

Prymas Tysiąclecia Sługa Boży ks. kard. Stefan Wyszyński głosił, że Ewangelia
to największy manifest społeczny, a „Magnificat” jest „rewolucyjny”. Dzięki
Maryi stał się on udziałem Ojca Świętego Jana Pawła II od początku Jego życia.
Kościół uczy, że każdy człowiek otrzymuje na swą ziemską wędrówkę Anioła Stróża.
Są jednak tacy, którzy oprócz niebieskiego opiekuna mają jeszcze blisko siebie
Kogoś o wiele potężniejszego i ważniejszego – Matkę Niebieską. To najczęściej w
ich życiu dzieją się cuda. Dlaczego? Bo – jak uczą święci – Maryja otrzymała od
Boga władzę nad światem. Jeśli ktoś niecierpliwie zapyta, dlaczego właśnie Ona,
odpowiedź jest krótka; znamy ją z ostatnich zapisków Siostry Łucji. Wizjonerka z
Fatimy powiedziała: „Bo Bóg tak chciał”. Jednym z ludzi, którzy mieli przy sobie
nie tylko opiekuńczego anioła, ale samą Królową Aniołów, był Karol Wojtyła.

Z Nią wszystko się zaczęło
Matka Najświętsza nie ujawniła
Karolowi Wojtyle swej obecności ani namacalnie, ani od razu, jednak
doświadczenie cudów dokonywanych w Jego życiu stało się w pewnym momencie tak
wielkie, że musiał ten znak właściwie odczytać i nań odpowiedzieć. Z upływem lat
był coraz bardziej świadomy, że został przez Maryję umieszczony w strefie
Boskich cudów. Wiedział, że cud jest w Jego życiu nieustannie „włączony”. Znał
nawet datę, kiedy się to stało. To było lato 1942 roku. To wtedy odkrył
„Traktat” św. Ludwika i stał się „Totus Tuus” – cały dla Maryi. A to „cały”
zmieniło nie tylko Jego życie. Zmieniło świat.
Zacznijmy jednak od
początku.
Karol Wojtyła urodził się 18 maja 1920 roku. Czy ta data zawiera w
sobie jakiś znak? To był wtorek, dzień niemający w kalendarzu kościelnym wiele
wspólnego z Maryją. Może jakaś wskazówka ukrywa się pod wspomnieniem przypisanym
na ten dzień?
18 maja przypada wspomnienie Matki Bożej z Bonport. Czytamy w
Kalendarium Maryjnym: „Nowo koronowany Ryszard Lwie Serce, przeprawiając się
konno przez Sekwanę, został porwany przez nurt rzeki i był bliski utonięcia.
Wezwał wówczas na pomoc Niebo, ślubując uroczyście, że tam, gdzie jego koń
postawi nogę na suchej ziemi, zbuduje on wielkie opactwo. Rok później (1190)
zaczęto budowę siedziby dla cystersów. Bonport, jedno z najstarszych opactw tego
maryjnego zakonu, nosi jak wszystkie opactwa cystersów imię Matki Bożej. Jeden z
historyków tego zakonu uważa, że cuda, jakie przypisuje się wizerunkom z
kościołów cysterskich, są uzewnętrznieniem ukrytej świętości tych, którzy Ją
wielbią, Jej służą i przed Nią klękają, by prosić o opiekę nad światem. Matka
Najświętsza z Bonport, która od wieków wysłuchuje błagań mnichów, sama
rozsławiła ich ciche opactwo po Francji i po całym świecie, a dokonywane przez
Nią cuda sprowadzają do Bonport wielu Jej prawdziwych czcicieli”.
Jaki znak
przekazuje nam to wspomnienie? Czy nie mówi ono o „ukrytej świętości” Karola
Wojtyły i Jego „wielbieniu, służbie i modlitwie”, o pobożności, która przyzywała
Maryjne cuda? Może to tylko zbieg okoliczności, ale historia cudów
przypisywanych Patronce cysterskich świątyń pasuje do tego, co wiemy o
duchowości Papieża. Czyż nie „prowokował” on Nieba, by otrzymać od Matki
Najświętszej więcej niż ktokolwiek?

Ukryta świętość
Na razie jednak Jego świętość jest
całkowicie „ukryta”. Do pewnego momentu Jego życie nie różniło się niczym od
życia innych mieszkańców rodzinnego miasta Wadowic. Religijność przyszłego
Papieża kształtowały pobożne formuły, które słyszał w domu i które przyswajał
jako własne. Jak inni śpiewał Bogu, modlił się do Niego, rozmawiał o Nim. Był w
Jego życiu poranny śpiew Godzinek i wieczorne różańce, pielgrzymki i czuwania,
żarliwe modlitwy do Matki Najświętszej i pieśni ku Jej czci.
Pod względem
religijnym dom Wojtyłów nie wyróżniał się niczym szczególnym. A jednak było w
nim coś niezwykłego. Tradycyjna pobożność tych ludzi była powiązana z głęboką
świadomością religijną, z silnym doświadczeniem Boga. Ale, powtórzmy, choć dom
ten był niezwykły, nie wyróżniał się niczym szczególnym wśród innych polskich
domów. Takie były Wadowice, ziemia krakowska, cała Polska. A znamieniem tamtej
pobożności była maryjność. Czy nie tak wyglądała przekazywana z pokolenia na
pokolenie wiara Polaków?
Najbliżej było nam zawsze do Matki. Także rodzinie
Wojtyłów. To w jej kręgu znajduje swój początek niedostrzegalna na pierwszy rzut
oka ścieżka, którą Matka Najświętsza tyle razu przychodziła do Karola z darem
Bożego cudu.
Karol Wojtyła od zawsze był maryjny: był Jej od początku, a Jego
więź z Maryją zawsze była głęboka. Czy już – jak chcą niektórzy – w
niemowlęctwie? Istnieje jeden bardzo symboliczny przekaz mówiący o Jego
narodzinach. Pokazuje on, że życie Karola Wojtyły zaczęło się z Maryją. Bo kiedy
rodził się przyszły Sternik Kościoła, w świątyniach i wokół przydrożnych
kapliczek zgromadziły się właśnie rzesze wiernych. Trwały majowe nabożeństwa, w
niebo wznosił się radosny śpiew Litanii Loretańskiej. Gdy tylko drugi syn
Wojtyłów przyszedł na świat, Jego matka poprosiła o otwarcie okna. Niech dziecko
usłyszy, jak ludzie śpiewają na cześć Matki Bożej! Tak oto pierwszym dźwiękiem
świata, jaki usłyszał, było wołanie ziemi ku niebu, wołanie maryjne. I
wsłuchiwał się mały Karol, jak ludzie chwalą Matkę Bożą w rytmie oddechów
maryjną litanią miłości, zachwytu i wdzięczności.
To było Jego pierwsze
życiowe doświadczenie. Świat wokół śpiewał Maryi. Wokół było niebieskie dobro. I
były przy Nim dwie matki.

Maryjność z wyboru
Trudno powiedzieć, jaki wpływ na Jego
życie miało tamto zdarzenie, w każdym razie było ono pierwszą z szeregu
kolejnych przekazywanych Mu przez matkę prawd maryjnych, budującą Jego duchową
tożsamość. To dlatego, już będąc dzieckiem, miał świadomość posiadania dwóch
matek: ziemskiej i niebieskiej.
Ponieważ nikt nigdy nie nakazał Mu pod
posłuszeństwem spisać Jego maryjnych doświadczeń, nie wiemy, czy dostąpił w
dzieciństwie jakichś szczególnych Maryjnych łask, podobnych do tych, które np.
spotkały małą Łucję – późniejszą wizjonerkę z Fatimy, do której w dniu Pierwszej
Komunii Świętej uśmiechnęła się różańcowa Madonna z parafialnej świątyni. Wiemy
natomiast, że chłopiec z Wadowic umiał tak jak mała dziewczynka z Fatimy modlić
się w niezwykłym skupieniu. Modlitwa była dla Niego rozmową z drugą osobą, kimś
namacalnie obecnym, bardzo bliskim i ważnym.
Między Karolem Wojtyłą a Maryją
od początku istniała jakaś szczególna więź. To dlatego, gdy zabrakło koło Niego
matki, która uczyła Go miłości i zaufania do Niebieskiej Panienki, uczynił
Maryję Opiekunką swego sierocego życia. Pamiętamy ten wzruszający kadr z życia
przyszłego Papieża: dziewięcioletni chłopiec wspina się na krzesło, by być
blisko wizerunku Madonny i wypowiedzieć słowa dziecięce, ale nieodwołalne, jak
wykute w granicie: „Teraz Ty będziesz moją Matką!”.
Tamtego dnia Maryja
weszła w Jego życie – po raz pierwszy inaczej niż była obecna w życiu innych
maryjnych czcicieli. Postawiła go wśród świętych takich jak Katarzyna Labouré
czy św. Teresa z Lisieux, które po śmierci swych matek wypowiedziały identyczne
zdanie. Ta ostatnia pisała potem słowa, które dobrze obrazują maryjne
doświadczenie Karola Wojtyły: „Najświętsza Panna (…) nie omieszka opiekować
się mną, ilekroć Ją wzywam. Kiedy ogarnia mnie niepokój, zamieszanie,
natychmiast zwracam się do Niej i zawsze zaopiekuje się mymi sprawami jak
najczulsza Matka. Zrozumiałam, że nade mną czuwa, że jestem Jej
dzieckiem…”.
Duchowa pewność bliskości Maryi Matki na zawsze stała się
udziałem przyszłego Papieża. Bo Karol wypowiedział te słowa niezwykle świadomie.
Nie był to efekt jakiegoś głębokiego przeżycia emocjonalnego ani skutek
chwilowego natchnienia. To była dojrzała decyzja. Maryja stała się dla Niego
przewodnikiem, jak być człowiekiem prawdziwej solidarności.
Ktoś powie, że na
takim wczesnym etapie życia w rozwoju dziecka nie nadeszła jeszcze chwila, by
jego decyzje mogły być tak głęboko świadome, dojrzałe i nieodwołalne. Nieprawda.
Znów przenieśmy się do jakże bliskiej Papieżowi Fatimy. Ile lat mieli Hiacynta i
Franciszek, kiedy już byli świętymi (ich świętość została formalnie uznana przez
Kościół w 2000 r.)? Dziesięć, jedenaście lat – przecież te liczby wyznaczają
koniec ich życia! Mały Wojtyła też mógł już stać na tej samej heroicznej
drodze…
I choć był niemal zwyczajny w swej tradycyjnej pobożności, wymiar
maryjny wysuwał się u Niego coraz bardziej na pierwszy plan. Na zewnątrz wciąż
nie wyróżniał się zbytnio od innych. Świętość, w której wzrastał, pozostawała
głęboko „ukryta” i mało kto wiedział, jak Karol Wojtyła wielbi Maryję, jak Jej
służy i jak przed Nią klęka.

Wincenty Łaszewski

drukuj