Równość tylko dla wybranych

Refleksje eurosceptyka (cz. IV)

W rozdziale III Karty Praw Podstawowych (pod hasłem „równość”) znajduje się szereg interesujących tematów, z których zajmiemy się niektórymi. Zasada równości wobec prawa (art. 20) widnieje niemal w każdej konstytucji i innych dokumentach traktujących zasadniczo o prawach człowieka.

Prawnicy rozróżniają równość formalną, oznaczającą zakaz stosowania jakiejkolwiek dyskryminacji, i równość materialną, która weryfikuje się w konkretnej treści ustaw. Chodzi o to, by „równość praw” potwierdzała się w realnym kształcie życia, a nie tylko w teorii, tzn. aby była prawdziwa nie tylko „de iure” ale i „de facto”. Jest to wielki problem, który zawsze będzie stanowił wyzwanie dla wszelkich władz i ustrojów powołujących się w teorii na podstawy demokratyczne i opowiadających się za „państwem prawa”.


„Nie” dla dyskryminacji


Artykuł 21 zawiera bogatą treść, będącą niejako zastosowaniem poprzedniego art. 20: formułuje w sposób konkretny zasadę „niedyskryminacji”, wyliczając cechy związane z ludzką egzystencją, które w żaden sposób nie upoważniają do nierównego traktowania jednostek czy grup charakteryzujących się tymi cechami. Są to cechy ontologiczne, społeczne lub kulturowe, w istocie niezależne od wyboru człowieka i niezawierające negatywnej kwalifikacji, która mogłaby być podstawą do pozbawienia kogoś słusznych (należnych mu z racji człowieczeństwa) praw. W tym kontekście wyrażenie „opinie polityczne” może oznaczać to, jaką opinią ktoś „się cieszy” w danym społeczeństwie, a nie jakie „opinie wypowiada” na temat polityki państwa. Sama opinia nie może wpływać na zmianę sytuacji prawnej osoby lub grupy.

Trochę poważniejsze wątpliwości pojawiają się w związku z podwójnym wyliczeniem cechy płci jako podstawy niedyskryminacji. Jeżeli mówi się, że jest wykluczona „dyskryminacja ze względu na płeć”, to jest to zrozumiałe, ponieważ fakt, że ktoś jest mężczyzną czy kobietą, nie jest niczyją zasługą czy winą, lecz jest darem, wyposażeniem natury i osoby ludzkiej, pochodzącym od Stwórcy. I ta sytuacja absolutnego obdarowania nie tworzy różnic pod względem wartości czy godności, czy uprawnień należnych niejako a priori. Natomiast realne zapewnienie równości nie może polegać na mechanicznej czy matematycznej interpretacji pozycji jednostki w społeczeństwie, lecz musi być osiągnięte poprzez właściwe zrozumienie i zrealizowanie zasady komplementarności, co dokonuje się w ramach wspólnego powołania małżeńskiego, będącego fundamentem rodziny. Jeśli chodzi o pojęcie „orientacji seksualnej”, to można zaproponować pozytywne rozumienie tego pojęcia. Trzeba bowiem pamiętać, że w samej osobie mężczyzny i kobiety, w ich męskości i kobiecości będących cechą istnienia człowieka jako osoby, zawiera się „orientacja” wpisana przez Stwórcę i potwierdzona przez Jego Objawienie. Jest to „orientacja” ku miłości płodnej, która realizuje się w małżeństwie, lub ku miłości dziewiczej (płodnej w wymiarze duchowym), w dozgonnej służbie dla Królestwa Bożego, ukazującej transcendentny wymiar miłości i osoby ludzkiej.


„Legalne” unicestwienie rodziny


Innej „orientacji” seksualnej nie ma, jest tylko pewien program polityczny, który posługując się demagogicznie sloganem „orientacji seksualnej”, zmierza do zniszczenia rodziny jako rzeczywistości ludzkiej, a przede wszystkim – religijnej. To, co w art. 21 figuruje jako okoliczność sprzeciwiająca się dyskryminacji, to jest pomyłka logiczna, a także błąd antropologiczny.

„Orientacja seksualna” nie ma żadnego znaczenia jako pojęcie jurydyczne, a także nie ma żadnego sensu z punktu widzenia podstaw antropologii. Może być to pojęcie rozumiane jako psychiczne urojenie i przejaw dewiacji mentalnej, wymagające terapii i opieki wychowawczej o charakterze specyficznym, natomiast nie stanowi podstawy do żadnych roszczeń jurydycznych, społecznych czy ekonomicznych.

W sposób kompetentny wypowiedział się na temat roszczeń homoseksualistów Francesco D’Agostino, profesor filozofii prawa na Uniwersytecie Rzymskim Tor Vergata (Francesco D’Agostino, Christian Anthropology and Homosexuality. Should the law recognize homosexual unions?, „L’Osservatore Romano”, Weekly Edition in English, 21 May 1997, p. 9.). Profesor zwraca uwagę na bierną postawę prawników, którzy w tej problematyce jakby wyczekują decyzji polityków, co jest błędem, gdyż problem powinien być rozwiązany na gruncie prawa. Fakt, że dyskusja na temat „równouprawnienia homoseksualistów” toczy się na płaszczyźnie politycznej, jest zepchnięciem tematu na fałszywy tor, a zarazem pokazuje, jakie w tym kryją się niebezpieczeństwa. „Nie będzie czymś zaskakującym, jeśli politycy, pozbawieni istotnej pomocy prawników, zdecydują się na działanie złe, pospieszne, biorące pod uwagę postulaty ideologiczne, które zazwyczaj służą do tego, by pokazać, jak głęboko sięga pogarda dla więzów prawnych (z których najważniejszy jest system więzów rodzinnych), a które raz zmienione pociągają za sobą daleko idące i nieodwracalne zaburzenia”.

Czego chcą reformatorzy prawa rodzinnego walczący o formalne uznanie związków homoseksualnych? – pyta D’Agostino. Mówi się więc o „pluralistycznym modelu rodziny” na miejsce tradycyjnego, w którym pojęcie „rodzina” jest używane w liczbie pojedynczej. Według profesora, mamy do czynienia z dwiema tendencjami społeczno-politycznymi. Jedną reprezentują – jak ich nazywa – „liberacjoniści”, dla których uznanie homoseksualnych związków stanowi składnik szerszej perspektywy reorganizacji społeczeństwa. „Jest jasne, że uznanie ‚małżeństw’ między homoseksualistami będzie miało bezpośredni i nieunikniony skutek społeczny w postaci osłabienia rodziny w ogóle, a w szczególności prawnej instytucji małżeństwa”. Mianowicie małżeństwo zostanie pozbawione swego charakteru „instytucji publicznej” (instytucji prawa publicznego) i zostanie zredukowane do umowy czysto prywatnej. Nastąpi „cofnięcie się” całego systemu prawnego, a w konsekwencji nastąpią dalsze kroki wstecz, aż do wygaśnięcia prawa rodzinnego. Ten pierwszy krok – uznanie par homoseksualnych – rozpocznie proces, którego kresem będzie powstanie „absolutnie nowego modelu społeczeństwa, radykalnie indywidualistycznego, ‚wyzwolonego’ z uciskającego brzemienia prawa”.


Liberalna dewiacja prawa


Z tym programem „liberacjonistów” łączy się inny program i ruch, nieco odmienny w swoich założeniach, choć prowadzący do podobnego celu. Chodzi tu o tzw. liberałów, którzy ograniczają się tylko do postulatu uznania związków homoseksualnych, nie dążąc do dalszych zmian socjo-politycznych. Ten ruch jest niestety obciążony dziewiętnastowiecznym indywidualizmem i relatywizmem, odrzucanym wyraźnie przez Kościół. Punktem wyjścia programu „liberałów” jest założenie, że tradycyjna etyka seksualna, stojąca u podstaw małżeństwa, stała się przeżytkiem i nie zasługuje dłużej na instytucjonalne poparcie. Idea „prywatnych form życia” obejmuje także życie seksualne, czyli proponują „zróżnicowane formy życia seksualnego”, podobnie jak proponują podobnie zróżnicowane formy w życiu religijnym, w polityce itd., czyli w ogóle w dążeniu do własnego szczęścia. Prawo powinno uznać wszystkie takie formy bez różnicy, czyli bez „dyskryminacji”. „Liberałowie” zatem nie odrzucają prawa, „lecz zapraszają prawo, aby oddało się służbie nowemu etycznemu politeizmowi, który panuje w naszych czasach”. Prawo nie ma więc być systemem nacisku, lecz ma „bronić tego prawa człowieka, które dla liberałów jest rzeczywiście fundamentalne, to jest, aby uznało każdy ich indywidualny wybór życiowy, chroniło go i umacniało instytucjonalnie”.

Te ukazane wyżej tendencje i prądy (ruchy) przenikają się wzajemnie i tworzą obraz bardzo skomplikowany. Nie wchodząc bardziej szczegółowo w problem, D’Agostino podkreśla jedynie, że oba kierunki unikają obiektywnej dyskusji na temat osoby ludzkiej, jej oczekiwań, jej autentycznych i najgłębszych potrzeb i obowiązków. Unikają tematu tożsamości osoby, traktując osobę jako zjawisko nieuchwytne, nie dające się opisać, znikające, pozbawione własnego centrum relacji, oderwane od wszelkiej logiki komunikacji, dające się zredukować do zasadniczo płynnej dynamiki indywidualnych i subiektywnych pragnień. Dlatego też nie rozumie się i nie uznaje „istotnej funkcji prawa, którą jest służba dla międzyosobowej komunikacji” – szczególnie w interesie najsłabszych. Walka przeciwko tradycyjnej rodzinie prowadzona przez różne odłamy liberałów jest wojną „przeciwko idei, że istnieją obiektywne, można powiedzieć – naturalne, modele komunikacji, wobec których prawo jest powołane do ich formalizowania, regulowania i zabezpieczenia”.


Nie ma homoseksualnej komunikacji


W tej sytuacji prawnik może zająć jasne stanowisko: może stwierdzić, że „komunikacja homoseksualna nie może uzyskać prawnego uznania, ponieważ to nie jest komunikacja; albo dokładniej: to nie jest komunikacja w tym sensie, w jakim miałaby jakieś znaczenie dla prawa”. Profesor nie zaprzecza, że mogą istnieć tysiące sposobów komunikowania się między ludźmi, sposobów, które mogą mieć nawet doniosłe znaczenie egzystencjalne, lecz które nie mają i nie mogą mieć z zasady jurydycznego znaczenia (juridical relevance). Takim przykładem pierwszym z wielu jest przyjaźń. Nie może być ona poddana reżymowi prawa, „nie dlatego że przyjaźń łącząca emocjonalnie dwóch przyjaciół nie odpowiada logice komunikacji, lecz dlatego że jest ściśle prywatną logiką komunikacji i w rezultacie jest czymś niekwestionowanym i nie może być instytucjonalizowana”. Podobnie w małżeństwie komunikacja nie podlega procesowi instytucjonalizacji, lecz wybór (osoby), kształtujący stan życia, nie może nie mieć publicznego znaczenia i tylko z tego powodu może być przedmiotem czujności sędziego. „Stan ukształtowany przez małżeństwo, to jest jako męża i żony, może być udowodniony tylko przez wykazanie formalnej i publicznej intencji (zamiaru) samych małżonków; jednakże ściśle biorąc, to nie ich własne pragnienie stwarza ten stan, lecz raczej publiczne uznanie, że ten związek posiada ludzkie i społeczne znaczenie, które przekracza samą subiektywność małżonków”.

Pogląd, że małżeństwo jest fundamentem rodziny i tym samym staje się fundamentalną komórką społeczeństwa, jest oparty na zrozumieniu faktu, że małżeństwo posiada własny cel strukturalny, mianowicie unormowanie aktywności seksualnej ze względu na porządek relacji (więzi) pokoleń i że ten cel nie jest uwarunkowany kulturowo ani nie wynika z procesów historycznych, np. z określonego stadium rozwoju ekonomicznego, lecz jest zasadą, która w sposób istotowy charakteryzuje ludzki byt. Mężczyzna i kobieta, jako istoty obdarzone płciowością, są zdolni do prokreacji, podobnie jak zwierzęta. Ale ponieważ są ludzkimi istotami, stają się mężem i żoną, ojcem i matką, synem i córką – i w ten sposób uzyskują swoją najgłębszą tożsamość, właśnie dzięki przyjętym rolom pełnionym w rodzinie, co dzieje się ściśle poprzez szczególną (specyficzną) antropologiczną strukturę małżeństwa. Profesor podsumowuje swoją refleksję wnioskiem, że konstruowanie jakiejkolwiek analogii między małżeństwem a związkami homoseksualnymi nie ma żadnej podstawy w istocie człowieka ani w naturze społeczeństwa; dlatego prawnik może odpowiedzieć tylko „nie!” na propozycję legalizacji związków homoseksualnych. Problem, wokół którego toczy się debata, nie jest problemem prawnym, jest to problem faktu społecznego, ale tylko faktu, do którego można się odnieść prawidłowo pod warunkiem, „że prawo pozostanie wierne prawdzie rzeczy”.


Dziecko stawia pytania


Inny szczegółowy problem, do którego warto się odnieść choćby krótko, to „Prawa dziecka” (art. 24). W treści tego artykułu rzuca się w oczy poważny brak: brak rodziny. Nie jest także jasno określona tożsamość podmiotu (czyli dziecka), któremu jest poświęcony artykuł. A powinno być jasne, że dziecko to człowiek rodzący się, czyli przychodzący na świat, i nawet już jako zrodzony, przeżywający nadal proces dojrzewania do pełni człowieczeństwa. Tekst nic o tym nie wspomina. Budzi się podejrzenie, jakby tekst artykułu był redagowany w przewidywaniu przyszłej sytuacji, do której Unia konsekwentnie zdąża, kiedy nie będzie już prawdziwej rodziny, a dzieci, produkowane w laboratoriach, będą się wychowywały w „domach dziecka”, gdzie będą miały „ochronę i opiekę” i będą mogły swobodnie „wyrażać swoje poglądy” na temat jakości deseru lub programu zabaw. Oczywiście władza państwowa zadba o to, aby pewne działania polityczne, przy całkowitym braku polityki prorodzinnej, były mimo wszystko „podporządkowane najlepszym interesom dziecka”. Pewna śladowa obecność rodziny w art. 24 daje znać o sobie w punkcie 3, gdzie pojawia się wreszcie informacja, że dziecko ma „rodziców”, z którymi ma prawo utrzymywać kontakt. Z tekstu nie wynika jednak, czy chodzi tu o ojca i matkę, czy o „rodzica „A” i „rodzica „B” lub jeszcze inną kombinację „rodziców” np. w przypadku, gdy państwo zaplanuje masową produkcję dzieci in vitro. Wtedy zamiast „rodziców” będą się ubiegać o kontakt z dziećmi „dostawcy spermy” czy „dostawczynie jajeczek” dla hodowli prowadzonej w duchu „praw reprodukcyjnych” ONZ.

Bardzo to humanitarnie brzmi, kiedy punkt 1 przyznaje dzieciom prawo wypowiadania swoich poglądów. Ale są sprawy, w których nie jest możliwe postawienie pytania dziecku, aby mogło na nie odpowiedzieć w czasie, kiedy to pytanie dobija się do świadomości człowieka. Ale dziecko będzie musiało na to pytanie odpowiadać całym swoim życiem. A jest to pytanie o to, w jaki sposób chce być urodzone. A w imieniu dziecka na to pytanie muszą sobie odpowiedzieć najpierw dorośli. Postaw dziecku pytanie: jak chcesz być urodzone? Czy tak jak Pan Bóg zaplanował, powołując mężczyznę i kobietę do miłości płodnej, ofiarnej i bezinteresownej, czyli do małżeństwa? To jest, czy dziecko chciałoby się urodzić w małżeństwie z rodziców kochających siebie i jego miłością piękną i świętą, czy może chciałoby przyjść na świat jako dodatek nieobowiązujący do rozwiązłych praktyk seksualnych, jako marginesowy efekt gry namiętności, jako rezultat niemoralnych eksperymentów „naukowych”, takich jak klonowanie, sztuczne zapłodnienie i tak dalej? Czy może chciałoby przyjść na świat jako efekt chłodnej kalkulacji i selekcji prenatalnej i ekonomicznego „planowania”, w którym decyduje o wszystkim zimny egoizm i chęć „posiadania dziecka” obok samochodu, komputera i pieska? Czy może chciałoby przeżyć cudowną chwilę poczęcia (początku, w którym Bóg jest obecny!), a potem zostać przerobione na surowiec do produkcji szczepionek, czyli na komórki macierzyste dla leczenia nienasyconych sybarytów? Czy chciałoby w swojej drodze do świata wkrótce po poczęciu napotkać maszynerię miażdżącą, wysysającą, rozrywającą całe słabe ciałko wijące się w bezsilnych odruchach samoobrony na stole kliniki aborcyjnej?

Jeżeli dziecko ma prawo narodzić się w sposób odpowiadający jego godności i w całkowitym bezpieczeństwie dla jego praw osobowych, to takie pytania ktoś musi postawić, zanim będzie za późno i zanim dziecko będzie mogło samo na nie odpowiedzieć. Bo przyjdzie chwila, kiedy już nikt nie będzie mógł wytłumaczyć dziecku, dlaczego zostało potraktowane jak sprzęt, jak bryłka gliny, jak intruz lub jak agresor, lub jako istota bezosobowa. Na te pytania muszą odpowiedzieć sobie dorośli, zwłaszcza ci, którzy piszą prawa i projektują ustawy dla dzieci. Można się obawiać, że przemoc stosowana wobec dzieci w ich przyjściu na świat zaowocuje tysiąckrotnie terroryzmem w życiu dorosłych.

A dlaczego nie zapytać dziecka, jeśli ono ma prawo wypowiadać swoje poglądy, czy chce, aby jego rodzice burzyli rodzinę przez rozwód i zdrady lub profanowali małżeństwo przez antykoncepcję, sterylizację lub w końcu dopuszczali się morderstwa na jego (dziecka) braciach i siostrach, kiedy tamci nie potrafili przemówić w swojej obronie? Jeżeli taki dokument pozwala dziecku odpowiadać na pytania stawiane przez dorosłych, to trzeba te wszystkie pytania postawić, bo najpierw sami dorośli muszą sobie na nie odpowiedzieć. Czy dziecko chce być zrodzone i wychowywane w prawdziwej rodzinie, czy w jakiejś „firmie” homoseksualnej, będącej zaprzeczeniem rodziny i totalną profanacją godności człowieka?


Przywrócić dziecku rodzinę


Można te pytania dalej stawiać, ale autorom Karty warto już podpowiedzieć te punkty, które pominęli, ufajmy – przez niedopatrzenie. Powinni więc ci prawnicy napisać, i to w pierwszym punkcie, że dziecko ma prawo do rodziny opartej na małżeństwie mężczyzny i kobiety, małżeństwie świętym i nierozerwalnym, pielęgnującym prawdziwą kulturę miłości osobowej. Powinni więc napisać, że respekt dla praw dziecka, jako praw osobowych, wymaga, by wykluczyć i potępić nieodwołalnie praktyki antykoncepcyjne, aborcyjne, praktyki sztucznego zapłodnienia czy jakiekolwiek manipulacje płodnością, odrywające zjawisko poczęcia od kontekstu małżeńskiego przymierza miłości. Powinno być jasno powiedziane, że dziecko od poczęcia jest w pełnej godności osobowej człowiekiem, niezmiennym w swej tożsamości, niezależnie od naturalnych etapów rozwoju i tak powinno być traktowane. Powinno to być napisane jasno i wyraźnie, aby nawet najbardziej zapiekłe feministki zrozumiały, że z człowieka może się począć i urodzić tylko człowiek, a nie mysz czy jaszczurka.

Powinno być także powiedziane, że uprzywilejowanym miejscem wychowania jest rodzina i żadna szkoła nie może sobie przywłaszczać prawa do dzieci i dlatego też nie powinno się ciągnąć do szkoły dzieci przed 7., a nawet moim zdaniem – przed 8. rokiem życia. Dziecko ma prawo do jak najdłuższego dzieciństwa, którego mu nie wolno zabierać, pchając go do skoszarowanych i zorganizowanych struktur „wychowawczych”. Z tego też powodu dziecko (zwłaszcza w liczbie mnogiej: dzieci, bo w rodzinie powinny być dzieci, a nie dziecko) mają prawo do tego, aby matka przebywała stale w domu, gdyż w tym miejscu spełnia najcenniejszą i najbardziej niezbędną służbę społeczną i patriotyczną. W związku z tym mała uwaga: punkt 2 artykułu 24 jest treściowo pusty, ponieważ żadne państwo, żadna instytucja, żadna organizacja, nawet najbardziej międzynarodowa, nie jest w stanie określić, co leży naprawdę w „interesie dziecka”: to może zobaczyć i określić tylko ta Miłość, która pochodzi z sakramentalnego źródła łaski, czyli od Ducha Świętego. Trzeba więc, żeby rodzice żyli tą łaską i tą nadprzyrodzoną miłością, bo to im kiedyś dziecko postawi na Sądzie Bożym pytania, na które będzie im bardzo trudno odpowiedzieć.

W sumie ukazane wyżej braki mają taką wagę merytoryczną, że dyskwalifikują cały dokument jako prawniczy, zwłaszcza pretendujący do rangi quasi-konstytucji.


Ks. prof. Jerzy Bajda


KARTA PRAW PODSTAWOWYCH

ROZDZIAŁ III

RÓWNOŚĆ

Artykuł 20

Równość wobec prawa

Każdy jest równy wobec prawa.

Artykuł 21

Niedyskryminacja

1. Zakazana jest wszelka dyskryminacja ze względu na płeć, rasę, kolor skóry, pochodzenie etniczne lub społeczne, cechy genetyczne, język, religię lub światopogląd, opinie polityczne lub wszelkie inne, przynależność do mniejszości narodowej, majątek, urodzenie, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną.

2. W zakresie zastosowania Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską i bez uszczerbku dla jej postanowień szczególnych zakazana jest wszelka dyskryminacja ze względu na przynależność państwową.

Artykuł 22

Zróżnicowanie kulturalne, religijne i językowe

Unia szanuje zróżnicowanie kulturalne, religijne i językowe.

Artykuł 23

Równość mężczyzn i kobiet

Należy zapewnić równość mężczyzn i kobiet we wszystkich dziedzinach, w tym w sprawach zatrudnienia, pracy i wynagrodzenia.

Zasada równości nie stanowi przeszkody w utrzymywaniu lub przyjmowaniu środków zapewniających specyficzne korzyści dla osób płci niedostatecznie reprezentowanej.

Artykuł 24

Prawa dziecka

1. Dzieci mają prawo do ochrony i opieki, jaka jest konieczna dla ich dobra. Mogą swobodnie wyrażać swoje poglądy. Poglądy te są brane pod uwagę w sprawach, które ich dotyczą, stosownie do ich wieku i stopnia dojrzałości.

2. Wszystkie działania dotyczące dzieci, zarówno podejmowane przez władze publiczne, jak i instytucje prywatne, należy podporządkować najlepszym interesom dziecka.

3. Każde dziecko ma prawo do utrzymywania stałego, osobistego związku i bezpośredniego kontaktu z obojgiem rodziców, chyba że jest to sprzeczne z jego interesami.

Artykuł 25

Prawa osób w podeszłym wieku

Unia uznaje i szanuje prawa osób w podeszłym wieku do godnego i niezależnego życia oraz do uczestniczenia w życiu społecznym i kulturalnym.

Artykuł 26

Integracja osób niepełnosprawnych

Unia uznaje i szanuje prawo osób niepełnosprawnych do korzystania ze środków mających zapewnić im niezależność, integrację społeczną i zawodową oraz udział w życiu społeczności.

drukuj