fot. Robert Krawczyk

o. Leon Knabit OSB: Weź się w garść, bądź święty!

Nie trzeba mieć wielkich osiągnięć, by czuć się spełnionym i by jednocześnie rozsiewać wokół siebie dobro – powiedział w wywiadzie z Dorotą Mazur o. Leon Knabit OSB. Duchowny wskazywał również na istotę odnalezienia swojego powołania.

 

Dorota Mazur: Ojcze, mówiąc o powołaniu, nie możemy pominąć konieczności dążenia do bycia świętymi w myśl słów: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty!” – (1 P 1,16).

 

Leon Knabit OSB: Właśnie. Naszym powołaniem jest także bardzo ważne zadanie: zadbanie o zbawienie duszy! Nie tylko naszej, ale i bliźnich. I w tym kontekście trzeba tu jasno powiedzieć: wszelkie moje starania, zachowania, postępowanie w danych sytuacjach, a także używanie i mój stosunek do rzeczy materialnych ma sens o tyle, o ile ma on na celu zbawienie całego człowieka (mnie czy osób, z którymi wchodzę w relację). W przeciwnym razie nic nie ma sensu. Moim powołaniem jest dążenie do celu: do bycia świętym. Mam w te starania włożyć wszystko: „Panie Jezu, ja całym sercem Ci zawierzam i chcę iść drogą wyznaczoną mi przez Ciebie, a co Ty, Boże, ze mną zrobisz, to już Twoja sprawa. W pełni powierzam się Tobie we wszystkim, co mi przygotowałeś, abym mógł być zbawiony!”.

Świętość nie jest czymś indywidualnym. Świętości nie można ograniczać jedynie do sfery prywatności, ale trzeba ją rozciągnąć na wspólnotę, za którą należy przyjąć odpowiedzialność – za tę cząstkę Kościoła, mistycznego Ciała Chrystusa, którą stanowimy. Naszym zadaniem jest współpracując z Bożą łaską, budować ją jako „świętych obcowanie” już tu na ziemi. We wspólnocie Kościoła każdy z nas ma jednakową godność i odpowiedzialność, ale różne charyzmaty, dary, którymi mamy w tej wspólnocie służyć. Nasza służba wspólnocie Kościoła, a więc rodzinie, jako Kościołowi domowemu, wspólnotom modlitewnym, charytatywnym, parafii czy innym, aby była owocna, musi być oparta o tę miłość miłosierną, która «cierpliwa jest i łaskawa, nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą i gniewem, nie szuka swego, ale współweseli się z prawdą, wszystkiemu wierzy i we wszystkim pokłada nadzieję» (por. 1 Kor 13,4–7). Takie zadanie stawia przed nami Duch Święty, gdy Chrystus, Jego mocą, posyła nas tak, jak Jego posłał Ojciec (por. J 20,21–22).

Jan Paweł II w adhortacji Christifideles laici (17) pisze: „Powołanie do świętości ludzie świeccy muszą rozumieć i przeżywać nie tyle jako wymóg i kategoryczny obowiązek, ile raczej jako czytelny znak bezgranicznej miłości Ojca, który ich odrodził do swojego świętego życia. […] Równocześnie powołanie do świętości jest głęboko związane z misją i odpowiedzialnością powierzoną świeckim w Kościele i w świecie. Istotnie bowiem, już samo przeżywanie świętości, wynikające z uczestnictwa w życiu świętego Kościoła, jest pierwszym i fundamentalnym wkładem w budowanie kościelnej wspólnoty jako «świętych obcowania»”.

 

Dorota Mazur: Wspominał Ojciec wcześniej o świętych bliskich naszym czasom. Aby jednak stawać się świętym, należy swoje powołanie realizować jak najlepiej, przede wszystkim w szarej codzienności…

 

Leon Knabit OSB: Owszem. Nie trzeba mieć wielkich osiągnięć, by czuć się spełnionym i by jednocześnie rozsiewać wokół siebie dobro. Na przykład Mały Brat, Charles de Foucauld, sam nie założył żadnego zgromadzenia, ale potrafił siać dobro, które zaowocowało po jego śmieci, bo zostawił po sobie spuściznę,  pisma i powstałe z jego inspiracji zgromadzenia zakonne, męskie i żeńskie, które teraz mają wpływ na innych. W życiu nie tyle ważne jest, by być na piedestale, ale aby po śmierci na ziemi pozostawić po sobie ślad: Wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko czyńcie w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego (Kol 3,17). Wszyscy wierni mają żyć na wysokim poziomie moralnym: w służba sprawiedliwości dla uświęcenia (por. Rz 6,19). Proszę was, Bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej (Rz 12,1).

Dorota Mazur: To piękne, gdy nasze wysiłki są pewnego rodzaju wskazówką dla innych pokoleń, gdy nasze idee stają się priorytetami młodszych od nas. Ale czasami nie widzi się owoców czyjegoś życia.

Leon Knabit OSB: Niekiedy, zwłaszcza w przypadku rodzica starającego się wychować swe dzieci, można poczuć klęskę. Czasami jest to niezależne od człowieka dającego coś z siebie. Niejednokrotnie rodzice bardzo wiele czynią, aby wychować swoje potomstwo „na ludzi” i czynią to dobrze, a mimo to dzieci schodzą na złe drogi. Ale nie da się tego wyjaśnić. I w wielu przypadkach znalezienie momentu, w którym mógł być popełniony błąd, jest trudne. Można zadawać też sobie pytanie, jak to się stało, że rzeczy niemożliwe miały miejsce i się wydarzyły? Czy bez odniesienia ich do Boga można je zrozumieć?

Dorota Mazur: Ojcze, a czy można posunąć się do stwierdzenia, że ludziom wierzącym łatwiej odnaleźć swoje powołanie?

Leon Knabit OSB: Zanim odpowiem, muszę podkreślić, iż warto pamiętać, że podział wierzący – niewierzący nie oznacza, że wierzący to chodzące ideały, a niewierzący to ludzie mniej wartościowi. W żadnym wypadku tak nie jest! Tu chodzi raczej o kwestię osobowościową. Wielu niewierzących jest wspaniałymi ludźmi. Ale różnica jest w patrzeniu na to, co dzieje się po śmierci. Jeśli człowiek z własnej winy nie odnajdzie Pana Boga, to jego najwspanialsze działania w realizacji siebie samego i swojego powołania zakończą się czerwoną poprzeczną linią, jak na drodze, która właśnie się kończy, po której nic już nie ma prócz pustki. Śmierć i koniec. Choć z drugiej strony niewiara jest wiarą: ateista wierzy, że po śmierci nic nie ma. A my, wierzący, mamy podstawę, by wierzyć, że po śmierci jest wieczność, bo Jezus nam to objawił: Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki (J 11,25n). Chrystus sprawił, że w kontekście życia chrześcijańskiego śmierć staje się nowym życiem.

Dorota Mazur: Dziękuję za rozmowę.

 

RIRM

drukuj