Najpiękniejsze oblicze Kościoła

O świętych mówi się czasem: awangarda chrześcijaństwa. Nader często odarci z tego, co „nazbyt ludzkie” i historyczne, w praktyce jawią się bardziej jako ci, których raczej podziwiamy, niż naśladujemy. Łatwiej nam jest zaakceptować postać bohatera niż świętego. Tak się stało m.in. z postacią bł. Jana Pawła II czy innych świętych, niezależnie od tego, jaki dystans czasowy nas od nich dzieli. Pamięć, zakuta w spiż, owszem, jest powodem dumy, ale nie generuje pragnienia naśladowania, szukania odpowiedzi na pytania: Dlaczego takimi się stali? Skąd się wzięła ich wyjątkowość? Co tak naprawdę było źródłem ich siły?

W unifikującym wszystko, zglobalizowanym świecie zapotrzebowanie na bohaterów wzrasta. Herosi jednak, w przeciwieństwie do świętych, skupiają uwagę na sobie, sublimują ludzkie pragnienia. I tylko to. Nie wyprowadzają ich jednak poza krąg ludzkich spraw. Dlatego też zdumiewająco szybko tracą swoją pozycję. Przychodzą nowi. Świętość nigdy się nie przeterminuje. Święci proponują nową perspektywę spojrzenia na ludzki los i mimo zmienności triumfalnych deklaracji, że w nowym „lepszym” świecie nie ma już miejsca dla Boga, są bardzo atrakcyjną „ofertą”.

1 listopada Kościół oddaje cześć swoim najlepszym dzieciom. Jest to dzień dumy, a zarazem święto pokory. Uroczystość Wszystkich Świętych ukazuje Kościół triumfujący w całej swojej chwale i dostojeństwie, ale zarazem nam, „ludziom w drodze”, zwraca uwagę, że nim jeszcze nie jesteśmy i nie możemy takiego Kościoła udawać. Tego dnia w Liturgii Słowa zostaje przypomniane Kazanie na Górze. Nieprzypadkowo. „Błogosławieni” znaczy „szczęśliwi”. Jezus zatem pokazuje, jak może się dopełnić ludzki los w wymiarze poszukiwań, które są nam najbliższe. Nie jest to droga najprostsza. Ale za to najskuteczniejsza.

ks. Paweł Siedlanowski

drukuj