Mój przyjaciel Karol

Z Jerzym Klugerem, przyjacielem Karola Wojtyły – Ojca Świętego Jana Pawła II, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Pana przyjaźń z Papieżem Janem Pawłem II – Karolem Wojtyłą sięga jeszcze czasów przedwojennych. Z pewnością już jako dzieci przeżyliście wiele przygód…
– Nasza przyjaźń zrodziła się jeszcze we wczesnym dzieciństwie i mimo rozłąki wojennej przetrwała 79 lat. Poznaliśmy się, kiedy Lolek miał chyba 6 lat, a ja byłem o pół roku od niego młodszy. Mieszkaliśmy w Wadowicach niedaleko siebie. Razem bawiliśmy się, graliśmy w piłkę. Zanim rozpoczęliśmy naukę w szkole, mieliśmy wiele wspólnych, czasem bardzo zabawnych przygód. Jedna związana jest z miejskim policjantem z Wadowic, który nazywał się Ćwięk. To był bardzo surowy, postawny, elegancko ubrany mężczyzna, który majestatycznie przemierzał Rynek tam i z powrotem, a przy boku nosił szablę. Podczas świąt narodowych, kiedy odbywały się defilady 12. Pułku Piechoty Ziemi Wadowickiej, wszyscy oficerowie z dumą prezentowali szable, a pan Ćwięk nigdy jej nie wyciągał, co budziło pewne podejrzenia. Wszystkie dzieci były przekonane, że to nie jest prawdziwa szabla, tylko drewniana, która ma jedynie oryginalną rękojeść. Pewnego letniego dnia, kiedy było bardzo gorąco, ów policjant zmęczony przysnął na ławce obok studni na Rynku, a szablę położył obok. I wtedy razem z Karolem postanowiliśmy rozwiązać zagadkę. Cichutko zbliżyliśmy się… Karol złapał za szablę z jednej strony, a ja z drugiej. Ciągnęliśmy ile sił, ale szabla jak na złość nie chciała wyjść z pochwy. Zaparliśmy się jeszcze mocniej i w końcu stało się… Szabla była prawdziwa i wyskoczyła z pochwy, a my upadliśmy na ziemię, robiąc przy tym sporo hałasu. To obudziło policjanta, który natychmiast wszczął awanturę. Pewnie by się nam porządnie dostało, ale sytuację załagodził mój tata – kapitan rezerwy Legionów Piłsudskiego, który wyszedł z biura i uspokoił policjanta. Tak więc skończyło się tylko na strachu.

Później były lata szkolne. Jakim uczniem był Karol Wojtyła i czy wyróżniał się spośród innych dzieci?
– Od początku nauki uczęszczaliśmy do jednej klasy. Karol był bardzo dobrym kolegą. Mimo nieprzeciętnych zdolności był pracowity, pilnie się uczył i właściwie nie miał słabych stron. Był przy tym uczciwy i w zasadzie nam nie podpowiadał, ale zawsze mogliśmy liczyć na jego dyskretną pomoc. Lubił łacinę i grekę, które stanowiły podstawowe przedmioty w gimnazjum klasycznym starego typu. Proszę sobie wyobrazić, że przychodził do nas do domu przynajmniej dwa, trzy razy w tygodniu i z moim tatą godzinami rozmawiali po łacinie. Pamiętam, był bodajże rok 1938, kiedy nasze gimnazjum odwiedził ks. kard. Adam Sapieha. Wówczas Karol w imieniu młodzieży wadowickiej wygłosił po łacinie długie, przepiękne przemówienie, które poruszyło wszystkich zebranych. Mój tata, który siedział blisko, usłyszał, jak książę Sapieha zainteresowany osobą Lolka zapytał ks. Edmunda Zachera, czy przypadkiem ten chłopiec nie myśli zostać księdzem. Musiał być zaskoczony, kiedy w odpowiedzi usłyszał, że bardziej pociąga Go poezja, literatura, sztuka i że pewnie zostanie aktorem. Stało się inaczej, a prawdziwym powołaniem Karola Wojtyły, jakże zresztą spełnionym, okazała służba Bogu i ludziom.

Wspomniał Pan, że młody Karol Wojtyła często gościł w Państwa domu. Czy Pan również odwiedzał dom Wojtyłów?
– Oczywiście. Było to dość często, zresztą mieszkaliśmy niemalże w sąsiedztwie i wizyty były czymś naturalnym. W 1929 roku, kiedy Karol miał 9 lat, zmarła mu matka, niedługo potem brat Edmund. Wówczas cały trud wychowania spoczął na ojcu Karola. To był wyjątkowy, fantastyczny człowiek, choć bardzo wymagający. Wiele razy wspólnie z Lolkiem spędzaliśmy popołudnia u niego w domu na pogawędkach. Pan porucznik Wojtyła miał wrodzony talent do opowiadania, dlatego często z zapartym tchem słuchaliśmy szczegółów dotyczących historii Polski, np. Powstania Listopadowego. Dzięki tym opowieściom historia nigdy nie była nudna, przeciwnie, te spotkania zachęcały do zagłębiania się jeszcze bardziej w zakres poruszanych tematów.

Czy jako młodzieńcy rozmawialiście z Karolem także na tematy religijne?
– Fakt odmienności religijnej, to, że ja jestem żydem, a Karol był katolikiem, nigdy negatywnie nie wpływał na nasze relacje. Przeciwnie, była to żywa przyjaźń, która nie szukała tego, co dzieli, ale tego, co łączy. Obaj też nosiliśmy w sercu przekonanie, że porozumienie między ludźmi różnej wiary i odmiennych kultur, które opiera się na wzajemnym szacunku, jest możliwe i potrzebne. Ja chodziłem do bożnicy, a Karol jako ministrant służył do Mszy św. w kościele. Pamiętam egzamin wstępny do Państwowego Gimnazjum Męskiego im. Marcina Wadowity, jaki zdawaliśmy po ukończeniu IV klasy szkoły powszechnej. Mieliśmy wówczas po 10 lat. Wprawdzie byliśmy pewni, że zdaliśmy, ale na ostateczne wyniki trzeba było poczekać. Lista z nazwiskami przyjętych została wywieszona w niedzielę, było to może 150 metrów od miejsca, gdzie mieszkałem. Poszedłem tam i zobaczyłem na liście w układzie alfabetycznym najpierw swoje nazwisko, a niżej Karola. Bardzo się ucieszyłem i postanowiłem natychmiast powiedzieć o tym Lolkowi. Nie było Go w domu, bo służył do Mszy św. w kościele. Pobiegłem więc do kościoła, choć nigdy wcześniej tam nie byłem. Po wejściu zobaczyłem Karola przy ołtarzu w białej komeżce. Nie chcąc przeszkadzać, postanowiłem poczekać do zakończenia nabożeństwa. Jedna z kumoszek wadowickich, wychodząc z kościoła, zauważyła mnie i powiedziała głośno: „Co ty tu robisz? Ty jesteś przecież młody Kluger, a twój tata jest prezesem gminy wyznaniowej żydowskiej…”. Nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć, więc milczałem. Za chwilę przyszedł Lolek, ucieszył się na wieść, że zostaliśmy przyjęci do nowej szkoły, ale bardziej ciekawiło Go to, co powiedziała wspomniana kobieta. Kiedy mu powiedziałem, nagle spoważniał i skupiony powiedział: „Czyż ci ludzie nie wiedzą, że wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga?”. Jaka dojrzałość płynęła z tych słów, a przecież mój przyjaciel miał wówczas zaledwie 10 lat.

To dowodzi, że Karol Wojtyła już wtedy był człowiekiem o wielkiej osobowości i szerokich horyzontach myślowych…
– Był człowiekiem z zasadami, których bezwzględnie przestrzegał, a ponadto był autorytetem dla wszystkich, dlatego powszechnie Go szanowano. Nie wywyższał się, a przy tym był bardzo skromny, chętnie pomagał innym, m.in. dlatego zawsze wybierano Go na wójta klasy. Dla mnie był przyjacielem ze wszystkimi przymiotami, jakie kryją się we właściwym rozumieniu tego słowa, ale również był dla mnie autorytetem. Mój tata lubił muzykę. W Wadowicach działał nawet kwartet smyczkowy, w którym tata grał na skrzypcach. Koncerty odbywały się także w naszym w salonie, bo mieliśmy duży dom. Nie jestem muzykalny i dlatego zupełnie mnie to nie interesowało, ale Lolek kładł się na dywanie i z uwagą słuchał każdej nuty. Kochał poezję, a teatr i scena to były miejsca, gdzie mógł się spełnić. Czas pokazał jednak, że inna scena stała się Jego powołaniem.

Karol Wojtyła był także człowiekiem wysportowanym…
– Owszem, jako chłopiec lubił grać w piłkę nożną w wadowickim parku, rzadziej jeździł na łyżwach. Kiedy już dorastaliśmy, zaczęliśmy jeździć na nartach. Pierwsze kroki w tym sporcie stawialiśmy niedaleko Wadowic, w dolinie Czumówce. Z czasem wybieraliśmy nieco trudniejsze stoki, jak chociażby tzw. Dzwonek czy Leskowiec w Beskidzie Małym. Jak wiadomo, narciarstwo i wędrówki po górach należały do ulubionych sportów Karola, także wtedy, gdy zamieszkał w Watykanie. Przypominam sobie, jak opowiadał mi kiedyś, że już jako biskup i chyba nawet profesor etyki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim udał się do Rabki, gdzie proboszczem był nasz dawny kolega z gimnazjum. Przy okazji nie omieszkał też skorzystać ze sposobności, by pojeździć na nartach. Były to jednak góry już bardziej wymagające, dlatego ksiądz proboszcz w trosce o Jego bezpieczeństwo dał mu niejako do pomocy młodego chłopca, który był przewodnikiem ks. bp. Wojtyły w górskich wyprawach, a przy tym doskonale jeździł na nartach, mówiono o nim nawet jako o nadziei polskiego narciarstwa. Biskup Wojtyła był tam jakiś czas, jeździł na nartach i nawet się zaprzyjaźnił z owym chłopcem. Trudno powiedzieć, czy i na ile Jego osobowość wpłynęła na tego młodego człowieka, ale faktem jest, że wkrótce wstąpił on do seminarium duchownego i został księdzem. Również mało kto wie, że tym chłopcem na nartach był nie kto inny jak dzisiejszy metropolita krakowski ks. kard. Stanisław Dziwisz.

Wróćmy może jeszcze na chwilę do Wadowic i II wojny światowej. W jakich okolicznościach po latach spotkał się Pan z Karolem Wojtyłą?
– Czas wojny i okupacji rozdzielił nas na długie lata. Musiałem przerwać studia inżynieryjne na politechnice. Wraz z ojcem zostałem aresztowany i trafiłem do sowieckich łagrów. Z Rosji wyszedłem wraz z Armią Andersa, później walczyłem na Monte Cassino, zaś po wojnie ukończyłem studia inżynierskie w Anglii, a w 1952 roku wraz z żoną René osiedliłem się w Rzymie. Z kolei Karol, który rozpoczął studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, wraz z ojcem przeprowadził się do Krakowa. Spotkaliśmy się dopiero chyba w 1963 roku w Rzymie i był to, prawdę mówiąc, przypadek. Wraz z kolegą wracałem właśnie samochodem z Neapolu do Rzymu. Ja prowadziłem, a on czytał gazetę i znalazł tam fragmenty ważnego przemówienia o potrzebie odnowy w Kościele, jakie podczas obrad Soboru Watykańskiego II wygłosił arcybiskup z Krakowa. Myśli moje pobiegły od razu w stronę ks. kard. Adama Sapiehy, który przecież gościł w wadowickim gimnazjum. Szybko więc wyrzuciłem z siebie to nazwisko, ale kolega ku mojemu zdumieniu odpowiedział, że chodzi o ks. abp. Wojtyłę. „A więc Karol żyje i do tego jest biskupem” – uradowałem się i jak tylko wróciłem do Rzymu, jeszcze tego samego dnia odnalazłem Go w Instytucie Polskim, niedaleko Piazza Cavour. Zadzwoniłem, ale był na obiedzie w Watykanie, zostawiłem więc swój numer telefonu z nadzieją, że jeżeli mnie jeszcze pamięta i znajdzie czas, to może zadzwoni. Dokładnie o godz. 14.02 zadzwonił telefon i to był ks. abp Wojtyła. Po kilkunastu minutach spotkaliśmy się… Radość była ogromna. Było to bardzo serdeczne spotkanie, a rozmowom i wspomnieniom nie było końca. Ja opowiadałem o swoich wojennych przeżyciach, a on mówił mi o pracy w zakładach Solvay, w kamieniołomach, o przeżyciach związanych ze śmiercią ojca, o studiach w krakowskim seminarium i w ogóle o tragedii II wojny światowej. Od tego czasu spotykaliśmy się często, a właściwie przy każdej wizycie abp. Wojtyły w Rzymie. Ja odwiedzałem Go w Watykanie, a on często był gościem moim i mojej rodziny.

Jak zatem odebrał Pan wybór kard. Karola Wojtyły na Papieża?– To był szczęśliwy dzień dla wszystkich, którzy Go znali, kochali i chyba dla całego świata. 16 października 1978 roku wypadła mi plomba z zęba, więc zgłosiłem się do znajomego dentysty. Siedziałem właśnie na fotelu, kiedy do gabinetu weszła asystentka i przekazała informację, że konklawe wybrało nowego Papieża. Ranieri – bo tak nazywał się ten dentysta, z zaciekawieniem zapytał: „Kogo?”. Przypomnę może, że w gronie kandydatów wymieniano kardynałów Siri i Benellego i niewielu liczyło na to, że Ojcem Świętym może zostać ktoś spoza Włoch. Asystentka powiedziała, że nie pamięta, bo to takie trudne nazwisko, i dodała tylko, że nowy Papież przybrał imię Jan Paweł II. Tymczasem z radia popłynęły pierwsze słowa nowo wybranego Ojca Świętego. Natychmiast poznałem ten głos, akcent i uradowany, ku zdumieniu dentysty, wykrzyczałem: „Lolek został papieżem!”. Zaraz też podzieliłem się telefonicznie tą radością z moją żoną René, która jest przecież katoliczką. Wkrótce zadzwonił ks. Dziwisz i zaprosił nas na spotkanie – pożegnanie Papieża z Ojczyzną w wypełnionej po brzegi Auli Pawła VI, w którym uczestniczył cały Episkopat Polski z Prymasem Wyszyńskim na czele.

Podobno był Pan jedną z pierwszych osób przyjętych przez Jana Pawła II na prywatnej audiencji?
– Po zakończeniu spotkania w Auli Pawła VI, na którym było pewnie kilka tysięcy ludzi, Papież przeszedł do pomieszczenia obok, gdzie miał się spotkać z wybranymi osobami, udzielając im specjalnego błogosławieństwa. Nie liczyłem, że w tym dniu spotkam się z Ojcem Świętym, bo lista ważnych osób, m.in. przedstawicieli Episkopatu i władz państwowych, była przecież długa. Jakie więc było moje zdumienie, kiedy na scenę wyszedł ks. Stanisław Dziwisz i odczytując listę osób zaproszonych do Papieża, na pierwszym miejscu wymienił moje nazwisko, a dokładnie: „Pan Jerzy Kluger z rodziną”. Spojrzałem na żonę z niedowierzaniem, a ona skinęła tylko głową, że dobrze usłyszałem. Nie bardzo wiedziałem, jak mam się zachować podczas zbliżającego się spotkania, co powiedzieć… I oto już za chwilę razem z żoną, córką i wnuczką stanęliśmy przed rozpromienionym Ojcem Świętym. Ubrany w biały papieski strój przywitał się z nami po kolei bardzo serdecznie i szybko rozładował atmosferę. Był taki jak zawsze, bardzo bezpośredni, jakby jeszcze nie docierał do niego fakt, że sprawuje najwyższy urząd w Kościele. Wziął na ręce naszą wnuczkę, przytulając ją do serca, rozmawiał z nią, śmiał się… Można było odnieść wrażenie, że pozostał tym samym człowiekiem. Później wielokrotnie miałem okazję się o tym przekonać.

Było to pierwsze spotkanie z Ojcem Świętym, ale nie ostatnie. Przez wszystkie lata pontyfikatu Jana Pawła II był Pan częstym gościem w Watykanie?
– Dwa, trzy razy w tygodniu regularnie miałem zaszczyt odwiedzać Papieża. Kiedy był jeszcze w pełni sił, był bardzo wesoły, lubił żartować. Często ksiądz, potem biskup Dziwisz dzwonił do mnie w imieniu Jana Pawła II i zapraszał na spotkania. Nigdy nie zapomnę naszych wspólnych dyskusji przy obiedzie, a zwłaszcza podczas przedłużających się do późnej nocy kolacji. Szczerze mówiąc, umiałem i lubiłem rozbawić Papieża. Ojciec Święty ochrzcił moją wnuczkę, pobłogosławił także jej małżeństwo. Zdążył również ochrzcić moją prawnuczkę. Niezapomniane były też spotkania z naszymi wspólnymi kolegami z ławy szkolnej, których zapraszał do Watykanu czy Castel Gandolfo i o których nigdy nie zapominał.

Dziękuję Panu za rozmowę.

drukuj