Konwoje z powracającymi do Sudanu Południowego uchodźcami są często atakowane przez islamskie bojówki (fot. arch. PKWP)

Krwawiący Sudan

Stare afrykańskie powiedzenie „Gdzie walczą dwa słonie, najbardziej cierpi trawa” dobrze oddaje sytuację jeszcze do niedawna największego kraju w Afryce, którym był Sudan. Do momentu powstania dwóch oddzielnych państw (9 lipca 2011 r. nastąpił podział na Republikę Sudanu i Republikę Sudanu Południowego) Sudan był krajem, w którym toczyła się walka dwóch „słoni”. Nie tylko na tle polityczno-gospodarczym, ale również – co chyba najbardziej bolesne – na tle religijnym. Dwa walczące „słonie” wyznaczają także podział terytorialny na islamską północ oraz południe zamieszkane w większości przez chrześcijan i animistów (czyli wyznawców tradycyjnych wierzeń afrykańskich, jak choćby plemię Ngok Dinka).

Chrześcijanie prześladowani
W Sudanie przed podziałem sprzed roku te dwie grupy stanowiły mniejszość, dlatego ich sytuacja była szczególnie trudna. Muzułmańska północ próbowała wszystkich mieszkańców podporządkować prawu koranicznemu – prawu szariatu (bardzo radykalne prawo muzułmańskie, które określa wiele norm codziennego życia i zachowań, ale także określające rolę w społeczeństwie dla pogan, czyli w tym przypadku dla chrześcijan, którzy są obywatelami drugiej kategorii, praktycznie bez prawa decydowania o losach i kształcie ojczyzny oraz z ograniczoną wolnością wyznawania i manifestowania swojej wiary). To rodziło niepokoje, wręcz było prowokacją do ataków na chrześcijan, którzy jako poganie stali się niewiernymi. Wiele ataków na chrześcijan posiadało znamiona dżihadu, świętej wojny muzułmanów z niewiernymi. „Duży słoń” za wszelką cenę chciał podporządkować sobie „małego słonia”. Rząd na czele z prezydentem al-Bashirem nie chciał innowierców w swojej ojczyźnie. Innowiercą był każdy, kto nie jest wyznawcą islamu. Na skutek takiego postępowania wobec chrześcijan często zdarzały się ataki na kościoły, które były niszczone i podpalane. Sudańczycy, którzy przyjęli chrzest, byli zastraszani i zamykani w więzieniach, zdarzały się również porwania chrześcijan, zabójstwa, nawet przez ukrzyżowanie. W roku 2009 ukrzyżowano sześciu mężczyzn. Niestety, wobec takich zajść rząd Sudanu nie podejmował działań zapewniających bezpieczeństwo, bardzo często pozostawał tylko przy słownych deklaracjach pomocy. Ataki na chrześcijan były też prowadzone przez grupę terrorystyczną o nazwie Armia Bożego Oporu (LRA). Jest ona oskarżona o powszechne łamanie praw człowieka, w tym o zabójstwa, okaleczenia, porwania kobiet i dzieci, które są następnie siłą wcielane do armii. Ruch działa w północnej Ugandzie, w części Sudanu i w Kongu. To wszystko rodziło konflikty i wojny. Porozumienia pokojowe podpisane w 2005 roku przestały obowiązywać z chwilą utworzenia dwóch odrębnych republik i radość oraz nadzieja na pokój szybko znikły. Mieszkańcy gór Nuby, Południowego Kordofanu oraz obozów dla uchodźców, którzy oczekują na transport do Sudanu Południowego, od sierpnia 2011 roku są świadkami agresji.

Gehenna trwa
Bombardowania i ludobójstwo na pograniczu dwóch nowych państw dokonują się na oczach całego świata. Tymczasem w sierpniu 2011 roku samoloty wojskowe zrzucają bomby na niewinnych ludzi całymi tygodniami. W tym czasie Rada Bezpieczeństwa ONZ 19 sierpnia 2011 roku nie może dojść do porozumienia i wydania rezolucji o łamaniu praw człowieka na terenie Republiki Sudanu. Rosja, Chiny i Afryka Południowa zdecydowały: „nic złego się tam nie dzieje”. „Duży słoń” walczy! Od pasterzy Kościoła otrzymujemy niepokojące informacje: „Chartum gromadzi ogromną liczbę żołnierzy w pobliżu Południowego Kordofanu po stracie całego Sudanu Południowego i jego bogactwa w postaci ropy naftowej. Zdecydowanie nie chce stracić Gór Nubijskich, tak jak Abyei czy Darfuru. Prezydent Sudanu nie zaakceptował Sudanu Południowego z własnej woli. Wedle mojej opinii, nie miał innej alternatywy zgodnie z postanowieniami całościowego traktatu pokojowego. Dobrze rozgrywa swoją grę. Dzieli się dochodami z ropy naftowej z Republiką Sudanu Południowego, ale liczy na przyszłe bogactwa w Górach Nubijskich, Abyei i Darfurze. Obecnie reżim w Chartumie zgromadził ponad czterdziestu do pięćdziesięciu tysięcy żołnierzy w Południowym Kordofanie, by siłą podporządkować Nubę. Żołnierze stosują brutalne tortury, gwałcą, dokonują pozasądowych zabójstw, a także bombardują z powietrza niewinnych cywilów mieszkających na wsi. Wznowili rozkładanie min lądowych. Zapowiedzieli dżihad przeciwko Nubijczykom i zamknęli wszystkie drogi dostawy żywności. Głodzenie ludzi, aby ich sobie podporządkować, jest niemoralne i nieludzkie! Brutalne tortury, gwałty, pozasądowe zabijanie i powietrzne bombardowanie ludności wiejskiej jest barbarzyństwem!”. Niepokojące informacje płyną też z innych źródeł: „Przed Wielkanocą br. wyruszył konwój – ponad 100 autobusów (około 7000 ludzi) i wiele wielkich wozów ciężarowych z ich rzeczami. Byłem przy tym, jak odjeżdżali. Tego się nie da opisać… Było bardzo wiele dzieci. Wszyscy szczęśliwi. Obiecano, że podróż będzie trwała 4-5 dni. Mieliśmy z nimi kontakt telefoniczny. Po prawie 3 dniach podróży – byli już prawie na granicy – zostali zaatakowani. Otrzymuję telefon: Wracamy, uciekamy. Napadli na nas. Zabrano im wszystkie pieniądze, podręczne bagaże, żywność i – jakby jeszcze było mało – zaczęli strzelać. Co jakiś czas otrzymywałem telefon. To było straszne. Autobusy były zmuszone zatrzymać się. Ludzie, zwłaszcza dzieci, ze strachu wyskakiwali z autobusów i chowali się pod nimi, kiedy autobusy ruszyły, koła ich zgniotły. Inne dzieci uciekły w wysokie trawy. Niektóre zostały znalezione z pomocą ludzi tam mieszkających. Jedna matka z 4 dzieci dotarła do obozu dla uchodźców. Po paru dniach jej mniej więcej 10-letnia córka wyznała: „Jechaliśmy już długo, a tu nagle zaczęli do nas strzelać, zatrzymali nasze autobusy i zabierali od nas wszystko. Uciekliśmy z autobusu. Moja młodsza siostra ukryła się pod autobusem, mama nie wiedziała, bo wszyscy bardzo się baliśmy. A kiedy autobus ruszył, zobaczyłam, że główkę mojej siostry przejechały koła. Jej głowa zrobiła się taka płaska. Ona już nie żyła. Zostawiliśmy ją tam”. Zginęło ponad 200 ludzi. Reszta jest z powrotem w ogromnym obozie. Sytuacja ta jest głęboko niepokojąca”.

Czekają na pomoc
Nowa rzeczywistość Republiki Sudanu Południowego przerasta jego mieszkańców. Ludzi niewykształconych, zastraszonych przez wieloletnie konflikty, nieprzygotowanych do wzięcia w swoje ręce odpowiedzialności za rozwój najmłodszego dziecka świata, którym jest ich kraj. Brak dróg, szkół, szpitali powoduje, że życie nie jest łatwe. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze narastający konflikt na granicy i obawa o wybuch kolejnej wojny. To sprawia, że Sudan Południowy potrzebuje naszej pomocy i solidarności. Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie chce na łamach „Naszego Dziennika” podziękować wszystkim, którzy włączyli się w akcję niesienia pomocy w Sudanie. W ubiegłym roku udzieliliśmy pomocy na kwotę 4 578 736 złotych. Dzięki wsparciu wielu ludzi mogliśmy budować szkoły, kopać studnie, zapewnić żywność i lekarstwa uchodźcom. Mamy jednak świadomość, że to nie koniec, że gotujący się do walki „słoń” na nowo może zaatakować i nieść zniszczenie. Módlmy się o trwały pokój na ziemi tak mocno doświadczonej wojną. Pamiętajmy też o ciągle tworzącej się nowej rzeczywistości Republiki Sudanu Południowego. O ludziach, którym odebrano wszystko, a którzy z tego, co im zostało, próbują zbudować dom dla siebie i przyszłych pokoleń. Dom, który będzie oazą pokoju i dobrobytu.

drukuj