Kompromitacja ministra

Mam przed sobą tekst wywiadu przeprowadzonego przez KAI z ministrem sprawiedliwości Jarosławem Gowinem. Z gąszczu problemów wybieram jeden, etyczny, bo nie mam zamiaru wchodzić w subtelności polityczne. Wprawdzie mógłbym zadać panu ministrowi pytanie, czy tak naprawdę jest zadowolony z tej wolności sumienia, jaką mu oferuje rządząca Platforma Obywatelska: mianowicie, czy czuje się na tyle wolny, aby móc swoje zadania jako ministra sprawiedliwości wykonywać w duchu autentycznej sprawiedliwości, a nie takiej liberalnej, udawanej, kompromisowej. Kiedyś Polska była pod naciskiem dyktatury proletariatu, czyli okupacji komunistycznej.

 

Podobno jesteśmy z tego wyzwoleni, ale prorocy dzisiejszych czasów ostrzegają, że żyjemy pod dyktaturą relatywizmu i w tej dyktaturze można uchwalić każdą ustawę, jeśli uzyska tak zwaną większość głosów. Boję się także, że kwestie światopoglądowe traktuje pan minister jako prywatne sprawy sumienia, co pozwala parlamentowi uchwalić najgorszą ustawę, bez naruszenia osobistych przekonań, czyli wolności sumienia.

Bunt przeciw Bogu
Minister Gowin bardzo chce uchwalenia opracowanego przez siebie projektu ustawy zezwalającej na technologiczną produkcję dzieci za opłatą. Podobno znaczny procent Polaków jest przychylnych temu projektowi, a pan minister uważa, że ten projekt jest „najbliższy” stanowisku Kościoła. W pewnym momencie najbliższy Panu Jezusowi był Judasz, kiedy składał na Jego policzku pocałunek, aby Go zdradzić. Czasem zdania „najbliższe prawdy” są największym kłamstwem. Pojawia się pytanie, czy projekt ustawy jest „najbliższy” zasadzie sprawiedliwości, której służy parlament, rząd i wszystkie ministerstwa. Sprawiedliwość polega na uszanowaniu prawa. Ale jakiego prawa, czy tego prawa, które ludzie sami sobie uchwalają, aby „usprawiedliwić” swoje podłości? Nie. Chodzi o Prawo Stwórcy wyrażone w Dekalogu, a jeśli ktoś to potrafi zrozumieć, to także prawo wyrażone w samej istocie człowieka, także w istocie małżeństwa i całej wspólnoty rodzinnej, zwane prawem naturalnym. Jakie prawo dochodzi tu do głosu, czyje prawo ma być chronione, w imieniu jakiego autorytetu chce pan minister zadecydować o legalizacji procedury in vitro? Od początku świata dzieci rodziły się w małżeństwach na podstawie błogosławieństwa udzielonego przez Stwórcę w raju. To błogosławieństwo idzie przez historię, z pokolenia na pokolenie i dopóki człowiek wierzy w Boga, może liczyć na dar płodności. Bo płodność jest darem, ściślej – człowiek rodzący się jest darem Boga ofiarowanym małżonkom, którzy otwierają się w modlitwie, z wiarą, nadzieją i miłością powierzając się Stwórcy. Pomysł, by produkować dzieci w laboratorium, nie zyska błogosławieństwa Boga Stwórcy, tylko (jeśli tak można powiedzieć) „błogosławieństwo” Lucyfera, który od początku chciał wejść w miejsce Boga, aby zawładnąć rodzajem ludzkim. Jest to kolejny pomysł Lucyfera zmierzający do tego, by wykopać przepaść między rodzącym się życiem a Bogiem, między małżonkami a potomstwem, jak też między samymi małżonkami. To jest ten prąd buntu i sprzeciwu snujący się przez historię z inspiracji szatana, o czym pisał Jan Paweł II w encyklice „Dominum et Vivificantem”. Z tej inspiracji pochodzi ta tragiczna plaga antykoncepcji odpowiedzialna za profanację małżeństwa i za oddzielenie płodności małżeńskiej od miłości. Konsekwentnie na gruncie przygotowanym przez antykoncepcję pojawia się plaga aborcji, która oznacza, że wolno pozbawić prawa do życia istotę rodzącą się. W wyniku tych wielu manipulacji skierowanych przeciw płodności pojawia się spóźnione „pragnienie” dziecka, któremu usiłują zadośćuczynić „litościwe”, pełne piekielnej hipokryzji „kliniki” i laboratoria. W tym momencie opada maska kusiciela i deklaruje jawnie tę samą filozofię, którą zaproponował w raju: „Pan Bóg wam tego i owego zabronił, ale ja wam na to pozwalam”. Jeżeli ktokolwiek szuka fundamentu i oparcia prawnego dla ustawy legalizującej praktykę in vitro, niech wie, że nie ma na ziemi i na niebie takiego autorytetu, który by na to pozwolił, poza Lucyferem. Tu widać dokładnie jego logikę, metody i cel: oderwać rodzinę ludzką od Boga i zniszczyć ją.

Pokrzywdzony człowiek
Jeśli ustawa ma być sprawiedliwa, musi potwierdzać i szanować prawa wszystkich zainteresowanych stron. Pierwszą z tych stron, która się „zgłasza” poprzez całą przejrzystość stworzonego porządku (ordo creationis), jest Bóg Stwórca. Nikt w tej sprawie nie ma prawa powoływać się na Jego autorytet, nikt nie ma prawa wchodzić na Jego miejsce, nikt nie ma prawa zmieniać podstawowych relacji między stworzeniem a Bogiem, by wolno było czynić to, czego nie wolno: by wolno było odbierać człowiekowi niepowtarzalną relację bycia zrodzonym, a nie wyprodukowanym w laboratorium. A to się właśnie dzieje w procederze in vitro. Jest tylko jedna droga, która prowadzi do współdziałania człowieka ze Stwórcą – jest to droga małżeństwa, ustanowiona przez Stwórcę jako najodpowiedniejsza dla człowieka, dla zrodzenia osoby ludzkiej w warunkach potwierdzających jej godność. Odrzucenie prawa Stwórcy, dokonujące się poprzez odrzucenie małżeństwa, jest nie tylko potwornym grzechem przeciwko pierwszemu przykazaniu Dekalogu, ale jest też intencjonalnym i moralnym wyłączeniem całej sfery ludzkiej płodności z orbity człowieczeństwa. Po odrzuceniu etosu małżeństwa zostaje jeszcze weterynaria, czyli chlew. Jak więc widać, razem z Bogiem pokrzywdzony jest człowiek – nie tyle przychodzący na świat, ile przyciągany na sznurku biotechnologii z całkowitym pominięciem swej transcendentnej wolności zakorzenionej w Bogu. Ustawa powinna zatem bronić małżonków przed profanacją i manipulacją związaną z in vitro. A może obronić, zakazując tego nieludzkiego procederu, zachęcając natomiast małżonków z problemami do korzystania z tzw. naprotechnologii, która jest terapią, a nie produkcją. Ustawa powinna także ochronić całe społeczeństwo przed oszukańczą propagandą ośrodków uprawiających produkcję dzieci, ujawniając jej fałszywe przesłanki. Wreszcie biorąc pod uwagę to, co już się dzieje, ustawa powinna równocześnie zakazać produkowania i zamrażania zarodków, wymagając od społeczeństwa nowej polityki prorodzinnej, nowej pedagogiki wolnej od zatrutych prądów seksedukacji i uczciwej informacji, aby ludzie mogli dowiadywać się prawdy o życiu i o człowieku. Rząd powinien maksymalnie wspierać i rozwijać Instytuty Studiów nad Rodziną, oczywiście te, które opierają się na zasadach chrześcijańskich (na nauce Jana Pawła II). Jeżeli pan minister rzeczywiście troszczy się o los embrionów, które się masowo zamraża, to niech pamięta, że trzeba tamę postawić u źródła, czyli zakazać ich produkowania. Pan Gowin starając się zachęcić ludzi do poparcia jego projektu, mówi, że to, co on proponuje, to jest „tylko bardzo cienka nitka kompromisu” i dlatego podobno nieszkodliwa. Historia jednak uczy, że „cienka nitka kompromisu” staje się stopniowo grubą liną krępującą rozum i sumienie, a wtedy od kompromisu do kompromitacji jest tylko jeden krok.

drukuj