Jan Paweł II cierpiący – czyli jak wypłynąć na głębię tajemnicy krzyża

W Wielkim Tygodniu dużo mówimy o krzyżu. Może do naszych pobożnych
rozważań warto by dopisać jeszcze jeden rozdział? Czegoś brakuje naszej
refleksji? Tak, bywa, że nie ma najważniejszego. Nie „wypływamy na
głębię” tajemnicy krzyża. Dobrze więc, że wpatrujemy się dziś w krzyż
trzymany w tamten Wielki Piątek w drżących rękach Jana Pawła II. Dobrze,
że nie zatykamy uszu na spory o miejsce krzyża w życiu publicznym.
Dobrze, że mówimy o krzyżu i bronimy go tak, jak umie nasze serce.

Dziś
spoglądamy na krzyż ze szczególną uwagą. W taki Wielki Piątek jak ten, w
5. rocznicę śmierci Jana Pawła II, zaczynamy w głębi duszy przeczuwać,
że w naszej pamięci o Nim czegoś jest za mało. Czas zwrócić się do Jana
Pawła II o kolejną lekcję i zrozumieć, że nie chodzi o wspominanie Jego
odchodzenia z tego świata, uczestnicząc w pochodach, akademiach i
koncertach. W tym roku Wielki Piątek nam na to nie pozwala. Może to
jakiś znak… Może to okazja do refleksji i zrozumienia, że Ojciec
Święty nie chce naszych uroczystości, ale przede wszystkim naszej
świętości.

To był Jego ostatni Wielki Piątek
Wchodzimy
dziś do świątyni, by ucałować krzyż. Może nie będzie to już tylko
czuły, przepełniony wzruszeniem i uświęcony tradycją gest. Może dotknie
nas przyniesiona z Nieba łaska. Oto przez ułamek sekundy powtarzamy gest
Papieża. Przytulamy się do krzyża, jednoczymy się z nim. Nasze życie
wchodzi na krzyż, a krzyż wchodzi w nasze życie. Tak jak było w ów
bolesny Wielki Piątek przed pięciu laty. W rzymskim Koloseum podczas
Drogi Krzyżowej, której Jan Paweł II po raz pierwszy nie mógł
przewodniczyć, Papież zamknięty w swej kaplicy poprosił o krzyż. Wtedy
on i krzyż przeniknęli się całkowicie. Do końca.
Nie zamykajmy oczu: w
tamtą scenę wpisane jest cierpienie Ojca Świętego. Obecne tam jest
powtórzone przez Papieża „fiat” Jezusa z Ogrodu Oliwnego – trudna zgoda
na ból i śmierć. Zgoda na wielkie cierpienie i na trudną śmierć – z
miłości. Tamtego dnia Jan Paweł II wiedział, że to już Jego ostatni
Wielki Piątek, że czas potwierdzić swą zgodę na bycie całopalną żertwą.
Jak Jezus konający na krzyżu.
Co znaczą te słowa? Nie są łatwe. „Nikt
nie ma większej miłości jak ten, kto oddaje swoje życie za przyjaciół
swoich” – uczy Zbawiciel. Ale Jego przyjaciółmi wcale nie są – tak jak
dla nas – tylko najbliżsi. Przyjacielem Jezusa był też ten, który Go
zdradził, był ten, który Go znienawidził, kto Nim wzgardził. Jego
przyjaźń nie wymaga relacji zwrotnej: ja cię kocham, bo ty mnie kochasz;
ja cię kocham, więc i ty mnie kochaj. Przyjaźń ukazana przez Chrystusa
jest czynieniem wszystkiego, by uratować ludzi dla Nieba. Człowiek, w
którego sercu jest więcej nienawiści i mroku, pierwszy musi usłyszeć
Jezusowe słowo „przyjaciel”. Bo jego pierwszego trzeba ocalić, by nie
został stracony na wieki.
To dlatego Papież wtulił się w krzyż. W
jego modlitwie była zgoda na cierpienie, które miało ratować człowieka.
Wszystkich ludzi, ale począwszy od tego najgorszego człowieka, któremu
czasem życzymy, by pochłonęło go piekło. Zupełnie inaczej niż Papież,
który chciał za niego cierpieć.

Zapatrzeć się w tajemnicę
cierpienia

Staje przed nami najtrudniejsze wielkopostne zadanie:
spojrzeć na krzyż oczami Jana Pawła II, zapatrzeć się w tajemnicę
cierpienia, które ma moc ocalić świat. Ono ma wartość nieskończoną,
jeśli tylko jest zjednoczone z cierpieniem Chrystusa i przyjęte tak, jak
przyjął je Jezus – za przyjaciół. Ucałujmy dziś krzyż z szacunkiem,
miłością i czcią. Złóżmy pocałunek na cierpieniu, które – uwierzmy w to i
zgódźmy się na to! – jest dla nas czymś najcenniejszym.
Krzyż jest
znakiem zbawienia – mówi o walce, w której stawką jest wieczność
człowieka. Dlatego brońmy krzyża. Mówmy głośne „nie” tym, którzy żądają
usunięcia go z miejsc publicznych. Zgoda na zdjęcie krzyża oznacza zgodę
na to, by świat odrzucił ostatnią już szansę na swe ocalenie. Jest
takie miejsce, gdzie nie ma krzyży. To piekło.

Papieska
Polska

I jeszcze jedno. Polska znowu jawi się jako jeden z
ostatnich krajów Europy, skąd może przyjść ocalenie. Bo tylko od nas
może jeszcze płynąć wynagradzająca moc cierpienia. Dotychczas mówiono,
że jeśli w krajach starej Europy nie ma spowiedzi, nie ma Komunii
Świętej przyjmowanej w duchu miłości, nie ma Różańca i pokornej
medytacji, to nie ma też fatimskiego nabożeństwa pierwszych sobót
miesiąca. A to właśnie ono jest ratunkiem dla dzisiejszego świata.
Pamiętamy ten znak – to w pierwszą sobotę kwietnia 2005 r. odszedł do
Pana Jan Paweł II. Siostra Łucja mówiła: „Matka Boża interesuje się
wszystkim, ale najbardziej nabożeństwem pierwszych sobót”. Może dlatego
interesuje się przede wszystkim Polską? Ale dziś pojawia się kolejny
wątek. Za naszymi granicami ludzie boją się krzyża. Tam ukrywa się
cierpienie, a jeśli nie można go schować, to się od niego ucieka lub go
zabija; zezwala na to eutanazja i aborcja. Z jakim zdumieniem usłyszałem
niedawno, że książka opowiadająca o papieskim „Totus Tuus” dla Maryi we
francuskim wydaniu została ocenzurowana. Usunięto z niej wszystko, co
mówiło o wartości cierpienia i o ofiarowaniu się Jana Pawła II za
grzeszników. Bo „Francuzi nie chcą o tym słyszeć”. Nie są gotowi „oddać
życia za przyjaciół swoich”.
Trudne są nasze polskie dzieje, nie jest
nam dane spokojnie żyć. Czy to znowu na nas spoczywa odpowiedzialność
za losy świata? Czy to my mamy przytulić się do krzyża?

Wincenty
Łaszewski

drukuj