Ewangelia na II Niedzielę Wielkiego Postu

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam się przemienił wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe, tak jak żaden na ziemi folusznik wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Nie wiedział bowiem, co powiedzieć, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!” I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy „powstać z martwych”.

Mk 9, 2-10

* * *

Tęsknimy za czarodziejską różdżką, która w jednej chwili cudownie odmieniłaby nasze życie. Marzymy, aby natychmiast było jak w bajce. Pragniemy od razu dotknąć szczęścia. A jednocześnie czujemy, że w jednej sekundzie jest to niemożliwe.

Ktoś opowiadał o człowieku, który trzydzieści lat długiego życia przeznaczył na sadzenie lasu. Mieszkał sam w małym domku w podgórskiej okolicy. Pracował całymi dniami. W niedziele odpoczywał, by oddawać chwałę Bogu. Przyroda uczyła go pokory. Cieszył się z każdego ziarenka, które wyrosło. Po pewnym czasie w niebo wzbiły się drzewa. Pojawiły się ptaki i zwierzęta. Cieszył się, gdy widział, jak dookoła rosły nowe domy i biegały małe dzieci. W jednej z gazet zamieszczono informację, że w podgórskiej okolicy samoistnie odnowił się las. Mówiono o cudownym zjawisku. Dopiero przybycie specjalistów sprawiło, że cały kraj dowiedział się o tym, kto tak naprawdę ożywił tę okolicę. Człowiek czuł się szczęśliwy i spełniony, bo widział, że wysiłek jego pracy przyniósł tak wiele radości ludziom, którzy zachwycali się pięknem lasu.

Ewangelia również ukazuje wysiłek, jaki włożyli apostołowie, aby wejść z Jezusem na górę Przemienienia.

Z doświadczenia wiemy, że nie jest łatwo wejść na szczyt góry. Młodzież z liceum pojechała do Zakopanego, aby wejść na Giewont. I w połowie drogi narzekają do wychowawczyni:

Proszę pani, po co my tam włazimy? Tam nie ma MacDonalda! Tam nie ma sklepu! Nogi nas bolą!

Trzeba się natrudzić, aby wejść na górę. Samo się nie wejdzie. Jednak wysiłek wejścia na górę się opłaca, bo kiedy staniemy na Giewoncie, widzimy więcej, dalej, szerzej… Odsłania się wspaniały horyzont, te małe domki Zakopanego, kolej na Gubałówkę, Czerwone Wierchy… Trzeba wejść, aby to zobaczyć! U podnóża gór, z zakopiańskich Krupówek – słynnego deptaka – tego nie zobaczymy!

Z Ewangelii dowiadujemy się, że wejście na górę opłaciło się apostołom. Byli świadkami niewiarygodnego cudu. Zauważyli, że odzienie Jezusa stało się białe jak światło. Mogli podziwiać, że Jezus jest prawdziwym Bogiem. To doświadczenie zrobiło na nich tak wielkie wrażenie, że Piotr, zapominając o wszystkim, zawołał do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy. Jezus oczarował apostołów i wskazał, że droga do przemienienia prowadzi przez wysiłek podejmowania nieustannego codziennego nawrócenia. Jezus udowodnił, że jeżeli będziemy iść przez życie z Bogiem, jeżeli Bogu zaufamy, to wtedy dokona się w nas prawdziwa przemiana. I nasze choroby i nasze cierpienia kiedyś przeminą i zamienią się w radość i szczęście. A ciemności śmierci zamienią się w światło życia wiecznego.

Droga do przemiany przypomina wchodzenie na wysoką górę, bo człowieka nierzadko ogarnia zmęczenie, lenistwo. Siłą do wędrowania przez życie z Bogiem niech będzie uważne wsłuchiwanie się w głos Boga:

To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie.

Słuchanie Chrystusa, Ewangelii, nauczania Kościoła, głosu sumienia prowadzi do prawdziwej przemiany.

Doświadczył tego pewien mężczyzna, który postanowił wziąć kredyt na budowę domu. Mieszkał wtedy z żoną i dziećmi w bloku, dobrze zarabiał. Wybudował dom. Niestety po kilku latach przyszły redukcje w firmie i stracił pracę. Trudno było przeżyć z jednej pensji żony, bo bank przecież nie podaruje spłaty kredytu, a jeszcze bieżące wydatki. Zaczął sięgać po alkohol. W domu pojawiły się kłótnie, doszło nawet do bijatyki z żoną. Zauważył to przyjaciel, który zabrał go do Częstochowy i zachęcił do spowiedzi. Strasznie się bał, ale w końcu poszedł wypłakać grzechy. Pomodlił się przed obrazem, zawierzył Chrystusowi i Matce Bożej swoje życie. Miesiąc później dostał pracę w Norwegii. Zarabiał duże pieniądze. Czuł, że stoi na nogach. Pragnął teraz iść przez życie w przyjaźni z Bogiem. Dlatego w niedzielę jechał 50 km na polską Mszę św.. Koledzy śmiali się z niego, mówili: Jesteś nawiedzony. Przecież jest niedziela – dzień wolny – trzeba wypić, przecież mamy prawo do rozrywki. Jednak nie poddawał się. Kiedy upadał, szedł do spowiedzi. Czytał Ewangelię, modlił się na różańcu. Troszczył się o swoją wiarę i mówił, że ten wysiłek życia w przyjaźni z Bogiem bardzo mu się opłaca.

Idźmy i my przez życie z Jezusem, a On poprowadzi nas do cudownej przemiany.

o. Mariusz Więckiewicz CSsR
Źródło: slowo.redemptor.pl


drukuj