fot. youtube.com

„Zrozumiałem, że lepiej zło dobrem zwyciężać” – wywiad z Tadeuszem „Tadkiem” Polkowskim

Do 24. roku życia przechodził bunt, który uwalniał, przelewając myśli na papier. Dzisiaj jest już dojrzały i zamiast osławionego „JP” promuje Żołnierzy Wyklętych. Jak syn jednego z najwybitniejszych polskich poetów lat 80. został ulicznym raperem i co zmieniło jego myślenie? Kto pomógł mu, kiedy leżał bezradny w kałuży własnej krwi i jak przebiegało śledztwo policji? Na te pytania odpowiada sam zainteresowany – krakowski raper Tadeusz „Tadek” Polkowski.


Wywiad nieautoryzowany, przeprowadzony dnia 25.03.2017 roku. Fragment dotyczący Popka był prywatnie wyrażonym żalem odnośnie jego stanu, a nie próbą wyśmiania.

Polska jest „państwem policyjnym”?

Chyba nie. Ciężko to określić. Trzeba byłoby wiedzieć, jaka jest jego dokładna definicja.

Zapytałem o to, bo jeszcze za czasów „Firmy” nawoływałeś do walki z policją, posługując się obrastającym w legendę w niektórych środowiskach sloganem „JP”. Co wtedy decydowało o takim spojrzeniu na sprawę?

Jak popatrzymy sobie na to, jaka była, czy nawet bywa policja dalej – nie było przecież nigdy żadnych weryfikacji, jeśli chodzi o Milicję Obywatelską. Teoretycznie są jakieś próby zaglądania do tematu agentury Służby Bezpieczeństwa. W przypadku MO nikt na arenie politycznej nie rzucił pomysłu, żeby to weryfikować. Mam wrażenie, że jeszcze do 2005 roku szefem kadr policji w wolnej Polsce był gość, który odpowiadał za kadry SB. Pomińmy już migrację SB-eków do niebieskiego munduru w okolicach 1989 roku, kiedy przechodzili do policji, żeby mieć nad nią kontrolę. Stąd brało się to, że policja była, jaka była.

U mnie jako nastolatka czy nawet później, bo okres buntu był u mnie przedłużony, była prosta linia. Często moi koledzy pobici przez policjantów kończyli ze złamaną nogą, kością policzkową czy naderwanym jądrem podczas wymuszania zeznań. Zakładano im sprawy na lewo… Oprócz tego były porwania organizowane przez policję czy mafie organizowane przez SB. Jak popatrzymy sobie na porwanie Olewnika, to mamy sprawę, w której policja zabezpiecza interesy porywaczy. W żaden sposób nie pomogła tym, którzy zostali porwani, ani rodzinie. Przekazanie okupu przebiegło tak, żeby broń Boże nikt porywaczom nie zagroził.

Jak dzisiaj odnosisz się więc do swojej działalności w „Firmie” i do wartości, które szerzyłeś?

Oczywiście, dzisiaj – patrząc na różne tego typu efekty mojej działalności tego, jakie to miało efekty, w jaki sposób człowiek to odbiera, to prawdopodobnie pokreśliłbym te teksty i wyglądałyby one inaczej. Niestety, internet jest pamiętliwy i nie ma takiej możliwości.

W jaki sposób do hip-hopowego świata trafił syn jednego z najwybitniejszych polskich (Jana Polkowskiego – red.) poetów lat 80.?

W moim podręczniku do klasy maturalnej było napisane, że jest najwybitniejszym poetą swojego pokolenia (śmiech). Razem z ojcem nie byliśmy chyba jedynym przykładem idealnych przyjaciół. Ja byłem zbuntowanym małolatem, nie do końca grzecznym. Ojciec z kolei nigdy nie był łatwym partnerem do dyskusji, był kategoryczny. Z drugiej strony – jak patrzę na niektóre rzeczy, w których uczestniczył – to nie dziwię mu się, że mógł być trochę zniszczony psychicznie. Nie w sensie takim, że wymagałby terapii psychiatrycznej, ale miał prawo do tego, żeby być nieco bardziej nerwowy w niektórych sytuacjach, widząc całą niesprawiedliwość, z którą walczył od lat 70. Wydawał nielegalne pismo, nigdy nie wchodził w żadne zgniłe kompromisy, nie wydał żadnego wiersza w oficjalnym obiegu za komuny, jak niektórzy wielcy odznaczani opozycyjni poeci, wydający w komunistycznych wydawnictwach. Zdaje się, że dwa wiersze ojca znalazły się w oficjalnym obiegu, kiedy siedział w więzieniu. Ktoś wyniósł je na kartce i pojawiły się chyba w „Tygodniku Powszechnym”. Nie dziwię mu się, że czasami wracając do domu, mógł mieć po prostu wszystkiego dosyć.

Ale Ty sam nawoływałeś do walki z systemem już po komunizmie.

Niedawno grałem charytatywny koncert w więzieniu w Cieszynie. W trakcie takich koncertów zdarzało mi się rzucić taką wypowiedź. Ci ludzie z pewnością wiedzą, za co siedzą, pomijając jakieś lewe sprawy. Kiedy widzę chłopaka, któremu wcale źle z oczu nie patrzy, a ma 15 lat wyroku za kradzież samochodu, a z drugiej strony widzimy ludzi, którzy okradli Polskę na biliony złotych, są na liście stu najbogatszych Polaków i nigdy w życiu nie byli w areszcie, to nie mówimy tylko o czasach przed 1989 rokiem.

Była sprawa Starego Browaru w Poznaniu, gdzie sąd kolejnej instancji skazał prezydenta Poznania i Kulczyka prawomocnym wyrokiem za nielegalną transakcję, która opiewała na kilkanaście milionów przewalenia z kasy miasta Poznań, bo sprzedano jako park teren niebiznesowy, na którym za chwilę powstała galeria. Skasowano więc za to skromne parę milionów zamiast dwudziestu kilku. Jak sobie porównam to do chłopaka, który ukradł jakiegoś gruchota i siedzi trzynasty rok w więzieniu, to nie jest to w najmniejszym stopniu w porządku. Ja nie jestem anarchistą i nie będę mówił, że policji powinno nie być. Taka jest różnica między mną jeszcze nie tak dawno temu, a teraz. Zajmuję się pozytywną działalnością i zrozumiałem, że lepiej zło dobrem zwyciężać.

W jaki sposób objawiała się zawiść, o której też wspominałeś w swoich tekstach?

W bardzo różny sposób. Mój wieloletni przyjaciel, widząc, że robię karierę, potrafił zniknąć z moimi pieniędzmi. Od dłuższego czasu starałem się robić rzeczy pożyteczne. Oczywiście nie zawsze tak było, czasem tak mi się tylko wydawało. Przychodzi jednak sytuacja, w której robię jedną z najpożyteczniejszych rzeczy, jakie może robić przeciętny Kowalski, czyli płodzę dzieci i buduję dom dla rodziny – i to nie po to, żeby mieszkać w willi, tylko mieć po prostu jakieś mieszkanie. Później okazuje się, że nie podpinają mi prądu, bo zmienił się numer działki, na której stoi słup koło domu. Walczę prawie trzy lata o podpięcie prądu, co sprowadza moją rodzinę na skraj bankructwa, bo płacę ratę za budynek, ale nic w nim nie mogę zrobić. Człowiek doświadcza w swoim życiu przeróżnych zawiści i dziadostwa ze strony różnych ludzi. Gdyby nie to, co wtedy mnie spotkało, nie przyjechałbym tu Skodą Octavią 1,6 (75 KM), tylko jakimś dobrym autem. Gdybym zrealizował wszystkie plany, które mi zniszczono, to dzisiaj jeździłbym po Polsce i fundował pomniki. Bardzo szybko, bo w wieku 24 lat, zostałem ojcem. Mam dwójkę dzieci, a gdyby nie to wszystko, co mnie spotkało, to miałbym teraz pewnie czwórkę.

Swego czasu wygrzebałem się z kałuży krwi z bramy o 4 rano. Straciłem przytomność chwilę później. Miałem wojskowy nóż dwa razy wbity na wylot w udo. Pierwsze auto, jakie mnie mijało, to był radiowóz. Ja krzyczałem ratunku, ale oni się nie zatrzymali. Dopiero później pomógł mi taksówkarz. Policja jedyne działania, jakie przedsięwzięła to to, że wyciągali mnie ze szpitala, żeby odkręcić moje zeznania o tym radiowozie. Nachodzili mnie w domu. Potrafili, kiedy miałem anemię i byłem ledwo żywy, wyciągać mnie na komendę i trzymać na stojąco, żeby wyciągnąć ode mnie zeznania, w których pominę aspekt tego radiowozu. W końcu przysłali mi do domu miłego policjanta. Pytał jak moje zdrowie i tak szybko zbierał papiery. Mówię: „Wie Pan co? Ja to bym sobie jeszcze to przeczytał. Pan zapomniał napisać o niektórych rzeczach, o których mówiłem”. Koniec końców sprawę umorzono.

„Nie życzą nam dobrze ci, co nie rozumieją naszych zasad”. Jakie to były zasady?

Tak jak mogę to teraz wytłumaczyć, to te zasady uliczne, które przez niektórych są opacznie rozumiane – jako zasady dżungli – powinny być ostatnim bastionem przyzwoitości w grajdole różnego syfu, patologii i tego typu rzeczy. Oczywiście, jak się tam zajrzy, to nie jest tak, że to są piękne ekipy Robin Hoodów, tylko w dużej części jest całkowicie odwrotnie. Natomiast powtarza się ten schemat, że statystyki więzienne wypełniają raczej ci, którzy po pijaku ukradli kartę telefoniczną z budki, a nie tacy, którzy ukradli bardzo wiele.

Mimo tych zasad, które wyznawaliście każdy poszedł jednak w swoją stronę i robi zupełnie coś innego.

Mam wrażenie, że ja akurat poszedłem w taką stronę, że mogę spojrzeć w lustro rano, kiedy wstaję z łóżka.

A jak oceniasz np. Popka?

Jakby rozgrzebać kawałki Popka, to na pewno znaleźlibyśmy coś wartościowego. Myślę, że „kibel”, który ma w głowie z racji – nazwijmy rzeczy po imieniu – chlania i ćpania, że zawsze był ciężki do kontrolowania i chęć zarobienia pieniędzy, sprawiają, że robi takie coś. Z drugiej strony, jeszcze kiedy byliśmy oficjalnie kolegami  z jednego zespołu(Popek w 2001 roku dołączył do założonej przez Tadka „Firmy” – red.), to zazwyczaj byłem takim jego adwokatem. Podnosiłem takie kwestie, że jest on produktem III RP. Legnica, mała Moskwa, jego rodzinne miasto. Ojciec, który brał go na roboty jako dzieciaka w podstawówce, poprawczak, w którym wychowawca zamiast uczyć czytać i pisać, bił ich codziennie i zmuszał do budowy własnego domu. Kto wie na kogo my byśmy wyrośli, gdybyśmy musieli takie coś przeżywać. Na tę chwilę nie jesteśmy już raczej kolegami. Mamy ze sobą niewiele wspólnego, choć nigdy nie zamykałem do końca tej drogi. Myślałem, że możemy zamknąć rozdział pt.: „Firma” jakąś dojrzałą płytą o wartościach takich, jak choćby ojcostwo – on też jest przecież ojcem. Dowiedziałem się jednak z jednego wywiadu, że „Firmy” już nie będzie. To też jest pewnego rodzaju narcyzm, do czego zresztą sam się przyznał. Mówi otwarcie, że jest zakochany sam w sobie.

Co było przyczyną zmiany Twojego myślenia?

Dzieci. Dojrzewanie razem z moim pierwszym synem. Można powiedzieć, że w wieku 24 lat byłem w pełni uderzenia mojego młodzieńczego buntu, natomiast dziecko z niemowlaka, który leży i słodko wygląda, staje się małym człowiekiem, który rozumie więcej niż możemy się spodziewać. Teraz ma już 11 lat, więc mamy w domu nastolatka, czyli to już nie są żarty (śmiech).

Jeśli chodzi o zainteresowanie polską historią, to wynika to z tego, jaka ona jest. Jeśli bylibyśmy narodem, który wymyślił sobie rasę panów albo narodzikiem, który witał totalitarnych zbrodniarzy z otwartymi ramionami, to pewnie ta historia mogłaby mieć na mnie inny wpływ. Być może bym się wstydził, być może uważałbym, że powinniśmy dobić Żydów. Nie wiem, jak by było. Natomiast nasza historia to silny motywator, a takie hasła, jak „Bóg, Honor, Ojczyzna” mają na człowieka ogromny wpływ. Najsilniejszym bodźcem była pierwsza z lektur, biografia rotmistrza Pileckiego, który może być wzorem na każde czasy. W sytuacji, kiedy jest ona dobrze napisana, potrafi złapać za sumienie różnych ludzi.

Mam kontakt ze skrajnie różnymi ludźmi. Poznaję księży egzorcystów czy zwykłych, wzorowych patriotów i katolików, którzy wychowują pięknie swoje dzieci. Znam chłopaków, którzy od dawna siedzą w więzieniu. To pozwala mi widzieć, jaka jest moc polskiej historii. Widzę gości, którzy w więzieniu zostali molami książkowymi. Jako gówniarze narobili jakichś głupot, zajmowali się siłownią i szukaniem problemów aż w końcu je znaleźli. Jak widzę teraz gości, którzy tonami wypożyczają książki, potrafią kupić książkę do więzienia i wysłać mi ją z dedykacją, to widzę jaką siłę ma polska historia.

Wraz ze zmianą tematyki zmienił się też odbiór Twojej osoby.

Zmieniła się też grupa słuchaczy. Widziałem kiedyś wywiad z mężczyzną z Narodowego Zjednoczenia Wojskowego w Poznaniu, że usłyszał mnie gdzieś przez przypadek, a teraz stale słucha. Bardzo często ludzie mówią mi, że przez moją twórczość zaczęli słuchać rapu i zmienili do niego stosunek. Wcześniej uważali, że to takie chamskie łubu-dubu z półnagimi prostytutkami obwieszonymi tanią biżuterią. Okazuje się jednak, że jest to nośnik jakiejś treści. Oczywiście, jest ona różna – od prawa do lewa, od zła po dobro, od imprezowych po dydaktyczne treści. Nie da się jednak odmówić tej muzyce, że niesie ze sobą jakiś przekaz.

Portale lewicowe już zdążyły obwołać Cię „bohaterem prawicy”.

To jest zakłamanie od początku po sam koniec. Demaskowanie tego, że miałem brzydkie teksty w kawałkach w sytuacji, kiedy zostałem zaproszony do Pałacu Prezydenckiego jako ktoś, kto kalał język polski, a teraz tego nie robi, tylko w miarę poprawną polszczyzną niesie jakieś wartości, uważam za dosyć głupawe, ponieważ to było zamysłem całej inicjatywy. Tomasz Lis napisał ostatnio, że jeśli ma się jaja i jest się antysystemowcem, to jest się antysystemowym zawsze, a nie od czasu do czasu. Jeśli on był antysystemowcem od zawsze to ja bardzo przepraszam, ale dla mnie to jest trochę głupawe, to brak wstydu z jego strony. Antysystemowy to on był tylko w momencie, kiedy u władzy był rząd Jana Olszewskiego i trzeba było ten rząd nielegalnie obalić. To, co „nie udało” się z Pawlakiem, wyszło z Hanną Suchocką, która odbierała emerytury AK-owcom. Wobec tego mówienie o mnie – jako o bohaterze prawicy – to przesada.

Są tacy, którzy nie mają zielonego pojęcia, że ja wcześniej robiłem coś jako raper. Są tacy, którzy będą wypominać mi jeszcze po sześćdziesiątce, co ja gdzieś tam napisałem. Pomijając „Gazetę Wyborczą”, która zakwalifikowała hip-hop jako coś rasistowskiego, podając jako sztandarowy przykład Popka, który ma bardzo wiele kawałków z artystami innych ras, więc rasista z niego żaden…

Sporo jednak udało Ci się zdziałać, jeśli chodzi o historię.

Rzeczywiście, są takie sprawy, jak choćby przebicie głową muru, jeśli chodzi o brak świadomości dotyczący postaci rotmistrza Pileckiego. Miałem swój jakiś wkład w wypromowanie Żołnierzy Wyklętych. Kobieta, która powołała do życia odznaczenie za przywrócenie pamięci o rotmistrzu Pileckim, dowiedziała się o jego istnieniu z mojego kawałka. W muzeum w Auschwitz, żeby dowiedzieć się czegokolwiek o rotmistrzu Pileckim, trzeba dopytywać zniesmaczonego przewodnika i  iść do małej zamkniętej salki z zatęchłym powietrzem. Jakiś czas temu była tam moja znajoma, która mówiła, że oni nie chcą tam takich historii. Mówi się o jakimś gościu, który uciekł z Auschwitz z miłości. Mówiła, że jedyny dreszcz emocji wywołało mijanie się z wycieczką Niemców.

Zdarzyło Ci się, że ktoś atakował Cię za to, o czym rapujesz?

Zdarzało się, aczkolwiek ignorancja, jeśli chodzi o ludzi, którzy mnie atakowali, jest bardzo duża. Teraz znów mamy wybuch fali przeciwko Żołnierzom Wyklętym, który związany jest z bieżącą grą polityczną. Kiedy na Powązki chodził Bronisław Komorowski, „Łupaszko” był bohaterem, a gdy na pogrzeb przyszedł Andrzej Duda, to okazał się być zbrodniarzem. Moja wiedza odnośnie „Łupaszki” nie zmieniła się od tamtej pory. Informacje, na podstawie których próbuje się go uznać za bandytę, wisiały na Wikipedii już wtedy, gdy prezydentem był Komorowski. Pytanie, co jest bardziej ohydne: plucie na polskich bohaterów konsekwentnie – jako komusza gazeta – czy lawirowanie jak np. „Gazeta Wyborcza”, która pisze pozytywnie o Żołnierzach Wyklętych, kiedy w środowisku z nimi związanym, zwłaszcza przed wyborami, próbował się lansować Komorowski? Warto zobaczyć, kogo oni chwalą, kto jest dla nich bohaterem plus porównać ich relacje z archiwami komunistycznej bezpieki.

Jakie znaczenie ma organizowanie tak głośnych pogrzebów m.in. „Inki” czy „Zagończyka” po tylu latach?

Każde takie wydarzenie to patriotyczna demonstracja. Jest to jakaś okazja, mimo wszystko, radosna. To nie jest przywrócenie traumy. To raczej radość z tego, że możemy ich pochować. Ich kości nie leżą już gdzieś pod ziemią w pobliżu rur kanalizacyjnych i nie chodzimy po nich, a było tak przecież przez kilkadziesiąt lat w przypadku „Inki”. Myślę, że jej rodzina w jakiś sposób również odetchnęła.

Jakich działań w odniesieniu do bohaterów – tych, którzy jeszcze żyją i tych, których już nie ma – oczekiwałbyś od władzy?

Z tego co wiem, to piękne grobowce Bieruta, Gomółki czy Juliana Marchlewskiego dalej są na Powązkach. Przecież Marchlewski był agentem Lenina, który czekał na upadek Bitwy Warszawskiej, żeby na trupie Polski zbudować sowiecką republikę. Bierut nie był tylko agentem NKWD, ale też gestapo, Gomółka był agentem NKWD. Uważam, że zdecydowanie nie powinni tam leżeć. Samych pomników sowieckich jest w Polsce jeszcze około tysiąca. Pomijam tu już nazwy ulic. Polska, jeśli chodzi o rozliczenie zbrodniarzy, różni się od innych krajów tym, że np. w Niemczech nie rozliczono zbrodniarzy mordujących ludzi w imieniu rasy panów, w Polsce nie rozliczono zbrodniarzy mordujących Polaków. To, czego by sobie człowiek życzył i czego życzono sobie w II RP, co nie zostało zrealizowane, to było przywracanie majątków powstańcom styczniowym. Jakiś czas temu zmarł kombatant, który zapisywał sobie przywileje, jakie zostały im zabrane po odzyskaniu wolności przez Polskę. Zdaje się, że było ich siedemnaście.  Od emerytur wojskowych, co zdaje się zrobił rząd Hanny Suchockiej, zostawiając emerytury stalinowskim zbrodniarzom, po zabranie im darmowych przejazdów PKP i MPK. Jeśli to nie zostało przywrócone, to taka moja porada, że tym biednym, starszym ludziom, którzy jedną nogą są już po tamtej stronie, warto przywrócić to, żeby mogli się przejechać za darmo tramwajem. To nie dużo. Kilka lat temu Tadek Płużański mówił mi, że rozmawiał z zastępcą naczelnika więzienia przy Rakowieckiej, który dostawał w tamtym czasie kilkanaście tysięcy emerytury. Jak to porównać z losem dzieci Pileckiego w przytułkach dla sierot i ich matką wyrzuconą z pracy za to, że była żoną „zdrajcy”?

„Tylko kobieta i mężczyzna tworzą rodzinę” – gdzie jest granica tolerancji dla tych, którzy coraz głośniej domagają się rzekomo zabieranych praw wyrażania siebie i życia w związku z osobą tej samej płci?

Agentura KGB w krajach kapitalistycznych w okresie zimnej wojny miała za zadanie promować homoseksualizm i inne dewiacje seksualne. Wiedzieli, że tego typu rzeczy niszczą rodzinę jako podstawową komórkę społeczną, co będzie miało wpływ na wszelaką słabość takiego państwa – od demografii po ekonomię. Popatrzmy, jak wielki wpływ ma to, jak człowiek zostanie ukształtowany. Niektórzy wierzą, że spotka ich nagroda za wysadzenie się gdzieś pod szkołą. Jeśli zamiast dbać o Polskę, będziemy się kłócić, na jak wiele możemy pozwolić różnym mniejszościom, to nic dobrego z tego nie będzie. Powinniśmy walczyć o to, co jest dla nas ważne, korzystne i pozytywne. Walczy się o to, żeby można było zabijać nienarodzone dzieci, co nie bardzo pasuje do tematu równości i tolerancji, bo jeśli ktoś jest tak bardzo tolerancyjny i walczy o to, żebyśmy byli równi, to gdzie prawo do życia w stosunku do małych dzieci. Ostatnio usłyszałem komentarz, że decyzja o usunięciu dziecka jakiegoś faceta jest jego prywatną decyzją. Jeśli mówimy jednak o usunięciu jego dziecka z łona jego żony, to już mamy trzy osoby, nie mówiąc o czwartej, która miałaby tej aborcji dokonać. Nie jest więc to już jego prywatna sprawa. W Polsce, w której naukowcy trąbili o zapaści demograficznej, powinniśmy dbać o to, żeby rodziło się jak najwięcej dzieci. Bardzo dobrym logo, które takie osoby mogłyby wziąć na sztandary jest Adolf Hitler, który wprowadził na terenie Polski legalną aborcję na życzenie. Oczywiście dla Polek, nie dla Niemek. Mówi się o tym, że wpływy z aborcji zasilałyby budżet państwa, ale przecież nic bardziej nie pobudzi budżetu niż przyrost demograficzny. Mój stosunek do tego jest bardzo prosty: Polsce potrzeba dzieci, bo inaczej zdechniemy jak pies pod płotem.

Na jakich wartościach budować w takim razie rodzinę?

Powinniśmy uczyć historii. I, co chyba nie jest bardzo odkrywcze, powinniśmy dbać o to, żeby nasze dzieci były po prostu dobrymi ludźmi. Jeśli chodzi o mojego syna, to on ma dosyć bojowe usposobienie. Mam nadzieję, że później będzie nieco spokojniejszy, natomiast porywczy temperament może być ukierunkowany na coś dobrego, a niekoniecznie złego. Mogę się pochwalić, że  mój starszy syn jest oceniany jako najbardziej ułożony i kulturalny uczeń w szkole. Jest dobry i szlachetny. Czasem zaskakuje mnie swoim podejściem. Kiedy dokuczał mu jeden chłopak, to powiedział: „Do Jaśka nie mam pretensji, bo jego rodzice się niedawno rozwiedli, więc on może cierpieć z tego powodu”. Mam więc wrażenie, że to jak się go wychowuje, ma na niego pozytywny wpływ.

Pracujesz aktualnie nad nowym projektem?

Nad czymś pracuję, chociaż ostatnia płyta nie wyszła tak dawno. Mam do załatwienia jeszcze parę spraw i kiedy się z nimi uporam, to zajmę się tym pełnoetatowo, a nie tak, żeby usiąść gdzieś na dwa tygodnie i napisać coś na siłę.

W jaki sposób, poza twórczością, pokazujesz swój patriotyzm i jak może to robić przeciętny Kowalski?

Moją codzienną inicjatywą patriotyczną jest kupowanie polskich produktów w polskich sklepach, tankowanie na polskich stacjach benzynowych, posiadanie konta w polskim banku. Polska pod kątem gospodarczym jest skolonizowana i to nie jest kwestia oceny prawicowego oszołoma. Jeśli ekonomiści mówią, że 20% kapitału bankowego jest w obcych rękach, to mówimy o skolonizowaniu kraju. W Niemczech 94% kapitału bankowego jest pochodzenia niemieckiego. Coraz ciężej jest kupić polskie słodycze, nie mamy własnej marki samochodów. Każda złotówka zainwestowana w polski produkt jest moją codzienną patriotyczną działalnością. W ten sposób moje pieniądze są zainwestowane w nasz wspólny dobrobyt. To jest coś, co powinniśmy robić, nawet jeśli mamy gdzieś los polskich bohaterów. Poza tym oczywiście wychowywanie dzieci i prowadzenie działalności gospodarczej. Dołożyłem się w życiu na kilka pomników i tablic pamiątkowych. Jako Polacy kierujemy obiegiem bilionów złotych, które albo zasilają w zdrowy sposób krwiobieg polskiego organizmu, albo wyciekają przez jakieś podcinane żyły. Bardzo często jest tak, że praca polskich rąk przekazuje pieniądze kapitałowi, który finansuje walkę z rodziną czy chrześcijaństwem. Mamy też przecież w Polsce sieci sklepów zakładanych przez hitlerowców, działaczy NSDAP, firmy, które pasły się na holocauście, sponsorowały Hitlera przed wojną i zarabiały na nim w czasie wojny. Trzeba też podkreślić, że taki patriotyzm „kanapowy”, czyli siedzenie w koszulce, nic nie da. Tym bardziej, że nawet koszulka jest zazwyczaj z Chin.

Rozmawiał Wojciech Heron

drukuj