fot. PAP/EPA

Wojna, zima i bandytyzm

Polacy z Donbasu potrzebują pomocy. Grozi im śmierć i katastrofa humanitarna. Senatorowie apelują do MSZ o zorganizowaną pomoc dla polskiej społeczności na wschodzie Ukrainy.

Polacy i osoby polskiego pochodzenia, które mieszkają na terenach objętych walkami na wschodniej Ukrainie, znaleźli się w dramatycznej sytuacji – alarmują przedstawiciele organizacji polskich na Ukrainie oraz księża posługujący w Doniecku i Ługańsku. Przed wojną mieszkało tam ok. 4 tys. osób przyznających się do polskiego pochodzenia. Teraz grozi im nie tylko niebezpieczeństwo z powodu prowadzonych tam walk. Najbardziej doskwiera im katastrofa humanitarna. Nie działają szkoły, brakuje żywności, opieki medycznej. Pojawił się bandytyzm i przestępczość. Polska jako państwo nie zorganizowała jednak do dziś systemowej pomocy dla ludzi pozbawionych normalnych warunków życia, choć placówki konsularne robią, co mogą, by nieść pomoc każdemu, kto przyznaje się do polskich korzeni. Głównym powodem problemów jest to, że większość z tych osób nie posiadała Karty Polaka, formalnie to obywatele Ukrainy. Zdaniem senatorów, powinno się im jednak pomóc, szczególnie ze względu na fakt, że na terenach, gdzie żyją, trwa wojna. A to jest sytuacja absolutnie nadzwyczajna.

– W końcu są oni Polakami, nie patrzymy na tę sytuację tylko i wyłącznie ze względu na to, że nie mają oni statusu Polaka. Trzeba jakąś pomoc zorganizować m.in. przez organizacje samorządowe. Trzeba ratować kogo można – przekonuje senator Janina Sagatowska (PiS). Michał Dworczyk z Fundacji Wolność i Demokracja podkreśla, że według ostatniego spisu powszechnego na terenach objętych dziś wojną było ponad 4tys. osób deklarujących narodowość polską. Jednak tylko niewielka część z nich posiada Kartę Polaka.

– Przed wojną na Mszy św. w Doniecku było 500 osób. Dzisiaj jest ich 50. To świadczy o tym, jaka jest tam sytuacja – mówił ks. Grzegorz Rapa z Ługańska na posiedzeniu senackiej Komisji Spraw Emigracji i Łączności z Polakami za Granicą. – Szukamy w Polsce ratunku. O tym, że będzie wojna, MSZ wiedziało w kwietniu. Cała Ukraina o tym wiedziała – relacjonowała Wiktoria Charczenko z Charkowa. Jak mówiła, ludzie umierają codziennie, a sytuacja jest straszna. – Dla Polaków miejsca w Doniecku nie ma. Są zagrożeni zarówno ze strony terrorystów, jak i zwykłych mieszkańców. Prawie we wszystkich mediach opowiada się, że na lotnisku walczą polscy żołnierze. To nie dodaje Polakom na wschodzie sympatii – dodaje Charczenko. Jak podkreśla, sytuacja ogólna jest bardzo trudna.

– Nie mamy informacji o wzroście nastrojów antypolskich. Nie potwierdzają tego również władze Ukrainy. Jednak sytuacja nie jest optymistyczna. W chwili obecnej głównym czynnikiem determinującym przyszłość Polaków żyjących w Donbasie będzie polityka Rosji wobec Ukrainy, którą trudno uznać za przewidywalną. Ta sytuacja w najbliższym czasie nie ma prawa się poprawić – tłumaczył senatorom wiceminister Artur Nowak-Far.

Sytuacja wojny ograniczyła osobom polskiego pochodzenia możliwość kontaktów z Polską i polskimi służbami konsularnymi, bo przebiega tam front. Nie przyjeżdżają partnerzy organizacji polonijnych w Polsce, poziom życia został drastycznie obniżony, coraz częściej pojawia się tam zagrożenie dla życia i zdrowia, aż do sytuacji – jak mówił – „ekstremalnych”. Dlatego w ocenie MSZ, trudno spodziewać się, by Polacy tam podejmowali jakąś poważną aktywność.

Głos zabrali również księża, którzy posługują na terenie wschodniej Ukrainy. Relacjonowali, że ludzie pozbawieni domów i pracy nie mają się gdzie podziać. Ksiądz Grzegorz Rapa z Ługańska opowiadał o polskiej działaczce ze Stachanowa, która prowadziła tamtejszą polską organizację. Najpierw została wyrzucona ze swojej siedziby, potem przyjechała do córki, która uciekła z Ukrainy do Krakowa. – Nie chciała jednak żyć im na głowie, nie ma się gdzie podziać i wróciła do Lwowa. Błąka się po świecie, bo nie ma jak przeżyć – opowiadał kapłan.

Najskuteczniejszą pomocą okazała się oddolna akcja polskiego Kościoła poszukiwania rodzin, które są w stanie przyjąć uchodźców. – Są to często osoby biedne, ale postanowiły przyjąć tych ludzi. Ratują się ludzie, jak mogą. Nie wiem nawet, za co żyją, bo nie mają statusu uchodźcy i nikt im finansowo nie pomaga – wskazuje ks. Rapa. Dyrektorzy szkół we współpracy z wójtami próbują nawet przyjmować ich dzieci do szkoły. Zdaniem MSZ, od początku walk region doniecki opuściła jedna trzecia ludności polskiej, która prawdopodobnie wyjechała głównie do Polski lub do regionów nieobjętych działaniami wojennymi na terenie samej Ukrainy. Pozostały głównie osoby zatrudnione w administracji i posiadające jakieś zabezpieczenie bytowe. Miejscowi Polacy mają jednak utrudnioną komunikację z pozostałymi częściami Ukrainy, przemieszczanie się jest niebezpieczne, bo zagrażają im działania zbrojne i różnego rodzaju przestępczość.

Nowak-Far relacjonował, jak wygląda pomoc państwa polskiego dla Polaków i osób pochodzenia polskiego, które znalazły się na terytoriach objętych wojną. Odnotowano m.in. zwiększone zainteresowanie Kartą Polaka oraz wyjazdami do Polski. – Mamy spory wzrost wniosków do Polski, w tym również szukania możliwości studiowania w naszym kraju. Zwiększyło się również zainteresowanie zasiłkami, zapomogami, jakie wpłacane są przez konsulów, a także wizami i możliwością przyznania azylu w naszym kraju. – O zapomogi prosiły głównie osoby starsze, które jednorazowo mogły otrzymać równowartość ok. 150 euro. Wystosowano również apel o repatriację Polaków z Donbasu do Polski – podkreślał przedstawiciel MSZ, tłumacząc, że na miejscu zajmuje się tym Konsulat Generalny RP w Charkowie, który po ewakuacji placówek w Sewastopolu i Doniecku jako jedyny pozostał na miejscu.

W sumie w tym roku przeznaczono na pomoc Polakom na Ukrainie 16 milionów złotych. To największa pomoc kierowana kiedykolwiek do Polaków z zagranicy – ocenia resort.

Senatorowie chcieli się dowiedzieć, dlaczego uciekają stamtąd młodzi ludzie i czy wiąże się to również z tym, że chcą uniknąć poboru do wojska i konieczności służenia w ukraińskiej armii. – Nie mamy dokładnego rozeznania sytuacji i nie znamy ich motywów. Nie przyjmuję do siebie takiego wyjaśnienia, które dotyczy jedynie niechęci udziału w konflikcie zbrojnym z bronią w ręku. Ludzie mają tam zróżnicowane motywy. Jest to m.in. wzmożony bandytyzm, powodem wyjazdów jest też bardzo trudna sytuacja bytowa, utrudniony dostęp do żywności – wyjaśniał wiceminister.

Maciej Walaszczyk/Nasz Dziennik

drukuj