Zdjęcie Hanny Szczepanowskiej zrobione po powrocie z obozu w 1946 roku

Warszawski sen o wolności

Wielu współczesnym czymś dziwnym wydawać się może to, że na zdjęciach z okresu Powstania Warszawskiego widać uśmiechnięte twarze młodych dziewcząt i chłopców. Trudno bowiem wyobrazić sobie, że można zachować taką pogodę ducha, jeśli miasto, w którym się żyje, z dnia na dzień staje się morzem gruzów, a poprzecinane barykadami ulice ścielą się tysiącami zabitych i rannych. A jednak w czasie wojennej pożogi powstańcy potrafili zachować nie tylko olbrzymią wolę walki, ale także niezwykłą radość życia. Co im dodawało skrzydeł? Dziś wielu z nich nie pamięta głodu, braku wody i bezsennych nocy. Pozostało za to żywe wspomnienie olbrzymiej euforii wywołanej nadzieją na wolność, która wybuchła 1 sierpnia i trwała przez kolejne 63 dni.

Chwila długo wyczekiwana
– Wpadłam do domu, żeby powiedzieć rodzicom, że idę na Powstanie. Mama bez zmrużenia oka podała mi rękę, którą ucałowałam. Pożegnała się ze mną zupełnie tak, jakbym szła do szkoły. Po wojnie zapytałam ją, dlaczego pozwoliła mi wyjść, dlaczego nie próbowała mnie powstrzymać. Przecież wiedziała, co może mnie spotkać. Wydawała się oburzona i lekko urażona tym pytaniem. „Ja miałabym cię powstrzymywać? Bylam dumna. Przecież walczyć o Ojczyznę to rzecz święta” – odpowiedziała. Tak nas wychowywano… – opowiada Hanna Szczepanowska ps. „Heban”, harcerka Szarych Szeregów i łączniczka Powstańczej Poczty Polowej. W momencie wybuchu Powstania Warszawskiego miała 15 lat. W tym samym wieku był inny harcerz Szarych Szeregów – Tadeusz Jarosz ps. „Topacz”. Jego drużyna obsługiwała pocztę polową w Śródmieściu Północnym. – Co czułem, kiedy wybiła godzina „W?” Gdy po raz pierwszy po sześciu latach zobaczyłem łopoczącą na wietrze biało-czerwoną flagę, poczułem się nareszcie wolny – wspomina. Mieszkańcy stolicy z entuzjazmem przystąpili do budowy barykad. – Panowała wielka radość. Od dawna czekaliśmy na ten moment i wierzyliśmy, że nam się uda – relacjonuje Urszula Katarzyńska ps. „Ula”, wówczas 19-letnia łączniczka Brygady Dywersji „Broda 53”. Harcerze jako gońcy i listonosze przebiegali przez nieosłonięte ulice, docierali kanałami w inne dzielnice miasta, a nawet przenosząc meldunki dla władz wojskowych, przepływali Wisłę. Zakres zadań zmieniał się w zależności od potrzeby i okoliczności. Do najtrudniejszych swoich zadań Hanna Szczepanowska zalicza przenoszenie wiadomości na odcinku Alei Jerozolimskich, które wzdłuż były niemieckie, w poprzek – polskie. Z kolei Tadeusz Jarosz do końca życia zapamięta noc z 1 na 2 sierpnia. Niosąc rozkazy na Powiśle, „przeskakiwał” przez Nowy Świat. Gdy znalazł się na nieosłoniętym odcinku jezdni, rozpoczął się ostrzał. – Miałem dużo szczęścia, że mnie nie trafili – opowiada, przyznając, że bał się wtedy jak nigdy dotąd. 92-letni plutonowy podchorąży Józef Wowkonowicz ps. „Czarny” to jeden z najstarszych żyjących powstańców. Gdy wybuchło Powstanie, miał 24 lata. Należał do oddziału Baszta – kompania B-2. – W pierwszym dniu Powstania skombinowałem motocykl, którym przewoziłem broń dla naszej drużyny – opowiada. Wspomina zaciekłe walki w okolicy placu Wilsona, gdzie jego żołnierze obsadzili bloki mieszkalne. – Broniliśmy się i atakowaliśmy. To była straszna strzelanina – mówi. Świetnie pamięta nazwiska swoich towarzyszy broni, spośród których wielu zginęło w czasie walk powstańczych.

Śmierć tuż obok
Sami ocierali się o śmierć i musieli patrzeć, jak umierają ich najbliżsi, koledzy i przyjaciele. Dla wielu powstańców jest to wspomnienie tak silne, że łamie im się głos, kiedy dziś o tym mówią. Krzysztof Przelaskowski ps. „Struś” w trakcie Powstania stracił matkę. Została trafiona przez niemieckiego snajpera, gdy stała przy oknie. – Od pierwszego dnia patrzyliśmy na umierających ludzi. Wtedy śmierć stała się codziennością – zauważa Tadeusz Jarosz. Z upływem czasu oswajali się z nią. – Nie mogliśmy sobie pozwolić na rozdzieranie szat – mówi Hanna Szczepanowska. Nawet gdy dochodziło do tak tragicznych sytuacji, jak ta z jednego z podwórek przy ulicy Brackiej, gdzie znalazła się ze swoją koleżanką. – Za naszymi plecami rozległ się straszliwy huk. To nasz kolega, który wchodził do bramy, potknął się o cegłę i upadł. W kieszeni niósł granat. Widok był przerażający – urwane kończyny i olbrzymia fontanna krwi. Chwilę potem kopaliśmy mu grób. Nie było w nas żadnej emocji – opowiada była łączniczka. Urszula Katarzyńska jako jedno ze swoich najgorszych przeżyć zapamiętała obronę na Czerniakowie, a następnie przejście kanałami na Mokotów. Wówczas przeżyła chwile grozy, gdy ona i jej towarzyszka, czekając na następną grupę, zostały same w kanałach. – Szło się tragicznie. Miejscami było dużo wody, nie było prawie nic widać, czułyśmy, że w pobliżu znajdują się zwłoki. A na dodatek droga prowadziła pod górę. Powiedziano nam, że za szóstym włazem znajduje się wyjście. Szczęście, że ten kanał był prosty…

Śluby na gruzach
– Gdyby mnie ktoś zapytał, gdzie się myłam albo gdzie spałam, odpowiedziałabym, że nie mam pojęcia. Nic się wtedy nie liczyło – opowiada Hanna Szczepanowska, opisując radość i nadzieję na niepodległą Polskę, czym przez te dwa miesiące żyli warszawscy powstańcy. – Czuliśmy się tak, jakbyśmy mieli skrzydła. Niosło nas pragnienie wolności – dodaje Krzysztof Przelaskowski. Czy nie żal było im lat młodości? – Absolutnie nie. Walka w Powstaniu była dla nas zaszczytem. Jestem dumny, że mogłem nosić opaskę Armii Krajowej na ramieniu – wyznaje Przelaskowski. Ryzyko utraty życia i niepewność jutra nie powstrzymały młodych powstańców przed podejmowaniem ważnych życiowych wyborów, takich jak decyzja o założeniu rodziny. W oblężonej stolicy, którą na rozkaz Hitlera Niemcy równali z ziemią, w czasie Powstania zawarto ponad 250 ślubów. Nie zawsze mogły się one odbyć w kościele lub kaplicy, dlatego udzielane były w szpitalach, szkołach, piwnicach i mieszkaniach – często na wpół spalonych i zburzonych. Przebieg uroczystości zaślubin był bardzo skromny – gromadzono się zazwyczaj po zmroku przy nikłym świetle świeczek. Panna młoda rzadko kiedy mogła sobie pozwolić na białą suknię – dobrze było, jeśli udało się jej zdobyć białą bluzkę i bukiecik zrobiony z powszechnie rosnących na warszawskich balkonach petunii. Pan młody był zazwyczaj w stroju, w którym walczył. Nie lada sztuką było również zdobycie nawet miedzianych obrączek – pożyczano je lub kupowano, płacąc np. konserwami pochodzącymi ze zrzutów. Nowożeńcom towarzyszyła zazwyczaj rodzina oraz skąpy orszak kolegów, najczęściej towarzyszy broni. W jednym z takich ślubów we wrześniu 1944 r. brał udział Krzysztof Przelaskowski. – Warunki były – można by rzec – bojowe – opowiada. – To znamienne, że śluby zawierano w takiej chwili. No, ale miłość nie wybiera… Ten ślub zapamiętał jeszcze z jednego powodu. Otóż wracając z uroczystości, na ulicy Koszykowej został przysypany gruzami. Ciężko ranny nie mógł już brać udziału w Powstaniu.

Z pieśnią na ustach
„Niech płynie piosenka z barykad, wśród bloków, zaułków, ogrodów, z chłopcami niech idzie na wypad, pod rękę przez cały Mokotów” – to fragment „Marsza Mokotowa”, jednej z popularnych pieśni powstańczych. Takie „dzielnicowe” piosenki wraz z powstańcami wędrowały kanałami w inne regiony miasta, przez co śpiewała je cała powstańcza Warszawa. „Warszawskie dzieci”, „Chłopcy silni jak stal” czy „Pałacyk Michla” doskonale opisują atmosferę tamtych dni oraz jej bohaterów. Powstańcy wspominają, że te przeważnie podniosłe, ale też bardziej swobodne, a czasem wręcz żartobliwe utwory z czasów Powstania i całej okupacji podtrzymywały ich na duchu. – Co kilka dni po służbie organizowaliśmy wieczorne spotkania w kwaterach, tzw. kominki, w czasie których śpiewaliśmy, słuchaliśmy gawęd, żartowaliśmy. Ludność cywilna dziwiła się, że bomby lecą, domy się palą i walą, a my śpiewamy. Śpiewaliśmy, bo byliśmy młodzi. Dla nas była to namiastka normalnego, codziennego życia – opowiada Tadeusz Jarosz. Śpiewano również pieśni religijne. Hanna Szczepanowska nigdy nie zapomni, jak pewnego poranka była świadkiem wymarszu jej kolegów na pierwszą linię walki. Była godzina czwarta rano, a młodzi chłopcy, stojąc w kolumnie, gromko śpiewali pieśń „Kiedy ranne wstają zorze”. – Ile razy to sobie przypominam, przeszywa mnie dreszcz – tak gorąca i żarliwa była to modlitwa. Idąc walczyć o świętą sprawę, w ten sposób prosili Boga o pomoc – wspomina. Wspólny śpiew dawał im poczucie siły i bezpieczeństwa. Jak mówią, było im wtedy o wiele lżej.

Solidarni z powstańcami
Od początku między powstańcami a ludnością cywilną Warszawy panowała atmosfera serdeczności, solidarności i pomocy. Wielką życzliwością otaczano harcerskich listonoszy, których ze względu na to, że dostarczali również informacje o losie członków rodzin i najbliższych przyjaciół, nazywano „roznosicielami radości”. Hanna Szczepanowska uważa, że zdecydowanie za mało przypomina się dziś o relacjach pomiędzy powstańcami a ludnością cywilną. – Ogromnie nas kochali, w każdej bramie stał kocioł z zupą – opowiada. Potem, gdy warunki życia stały się dużo cięższe i zaczęło brakować żywności, ludzie nie byli już aż tak serdeczni. Pojawiały się nawet głosy, że to przez powstańców Niemcy spalili Warszawę. Nic więc dziwnego, że kiedy ogłoszono kapitulację i powstańcy w szeregach opuszczali swoje pozycje, wielu z nich czuło obawę przed tym, jak zareagują cywile. – Idąc ul. Złotą, zobaczyliśmy szpaler ludności cywilnej. Baliśmy się, jak nas przyjmą – czy nie będą nam wymyślać i rzucać w nas cegłami – wspomina Hanna Szczepanowska. Ale się nie zawiedli. – Ci ludzie dziękowali nam i błogosławili, dzielili się z nami jedzeniem. Wyczuwaliśmy serdeczność i solidarność. A my szliśmy w ogromnej powadze. Rozpierała nas duma. Zawsze, ilekroć o tym opowiadam, mam gardło ściśnięte ze wzruszenia.

68 lat później
2 października 1944 r. upadło Powstanie Warszawskie. Zakończył się piękny sen o wolności. – Kapitulacja, rozejść się, koniec – usłyszeli powstańcy w pierwszych dniach października. – Gdy dowiedzieliśmy się o upadku Powstania, ogarnęła nas straszna rozpacz. Byliśmy absolutnie temu przeciwni. Walczyliśmy o wolność i tej wolności chcieliśmy się doczekać. A tymczasem po dwóch miesiącach walki znów nałożono nam na ręce kajdany – zauważa Hanna Szczepanowska. Wywiezieni w 1944 r. do niemieckich obozów pracy po wojnie wrócili do Polski, gdzie wielu z nich było prześladowanych przez komunistów. Ojczyzna, której poświęcili najlepsze lata swojej młodości, na długie dziesięciolecia pogrążyła się w kolejnej niewoli. Dziś, kiedy byli powstańcy spacerują ulicami Warszawy, ich wspomnienia odżywają. Czują znacznie więcej niż turyści tłumnie przeciskający się wąskimi uliczkami Starówki. I widzą, że odbudowana na gruzach stolica ciągle się zmienia i pięknieje. Ale w ich słowach można także wyczuć rozczarowanie i gorycz, że coraz mniej Polski w Warszawie, że jej mieszkańcy nie znają i nie chcą znać historii. – Konieczna jest odbudowa ducha Narodu Polskiego – podkreślają. I temu poświęcają jesień swojego życia. Bo to, jak oni przeżywają patriotyzm, nie zmieniło się ani trochę. – Zmieniło się miasto, zmieniły się czasy. Ale my zawsze byliśmy i jesteśmy za Warszawą i za Polską – mówi Urszula Katarzyńska.

drukuj