Walka po polsku

Zorganizowanie nam w rocznicę wybuchu naszego narodowego powstania antychrześcijańskich, świętokradczych i wyuzdanych występów AntyMadonny wyraźnie pokazuje, że próbuje się nam ten skarb w rozmaity sposób odebrać, a zatem pedagogicznie umniejszyć. Historia jest przecież nauczycielką życia. Albo uczy życia byle jakiego, albo uczy godnie przeżyć własne życie.

Z tego też powodu próbuje się nieustannie ośmieszyć i zdyskredytować zarówno władze powstańcze, jak i jego zwykłych uczestników. Tak odczytuję tekst Waldemara Łysiaka na temat powstania. Jego zdaniem, lekcja Powstania Warszawskiego to lekcja polskiego braku roztropności oraz zdrady na najwyższych szczeblach władz Polskiego Państwa Podziemnego. Według tego autora walczący powstańcy na ulicach Warszawy tej mądrości nie wykazali, bo realizowali oczekiwania Niemców i „można się tylko dziwić, iż powstańcom zabrało aż dwa tygodnie zrozumienie, że nic nie zwojują”, ale „walczyli po polsku”. Czyżby to znaczyło, że walka „po polsku” to walka bez rozumu, na fali emocji?
W całym tym rozumowaniu widzimy zapomnienie nade wszystko o jednym, najważniejszym fakcie. Powstanie Warszawskie to nie tylko akt obrony Polski przed dwoma wrogimi wobec nas państwami, na których aktualnym konflikcie należało skorzystać, ale akt sprzeciwu wobec dwóch amoralnych, totalitarnych systemów XX stulecia, które opanowały Niemcy i Rosję. Bez zajęcia tej perspektywy wypaczamy nieodległą, a nawet jeszcze niezakończoną historię. Jest to przecież zawsze historia człowieka, a zatem podstawowym jej wymiarem jest wymiar moralny. Tylko bowiem moralne dobro i zło wiąże się z samym naszym człowieczeństwem. Totalitarne nazizm i komunizm to systemy amoralne, ze swojej istoty głoszące tylko instrumentalne traktowanie człowieka, z którymi zatem nigdy nie należy współpracować. Czy w 1944 roku mieliśmy oczekiwać klęski Hitlera i „wyswobodzenia” z rąk towarzysza Stalina według zasad „Manifestu komunistycznego”? Nawet z Attylą dawało się pertraktować i go przekonać, aby po ludzku walczył, ale totalitarne systemy z konieczności miażdżą wszystkich siłą swoich amoralnych założeń.
Te założenia widzimy nieraz w krytyce decyzji wybuchu Powstania Warszawskiego. Naoczny świadek tych wydarzeń – chylę czoła wobec jego cierpienia, ale właśnie dlatego zabieram krytycznie głos – stawia wszystkim za wzór dowódcę Brygady Świętokrzyskiej NSZ, który gdy ruszyła sowiecka ofensywa styczniowa, poszedł do Niemców i powiedział: „Wy przestajecie być naszymi wrogami, bo opuszczacie nasze ziemie. Pozwólcie nam odejść razem z wami, aby uratować naszą młodzież przed bolszewikami”. Odejść z nazistowskimi zbrodniarzami? Przyłożyć w ten sposób rękę do ich zbrodni? Logikę tego amoralnego rozumowania pokazuje też jego normatywna konkluzja: „Dla uniknięcia tej tragedii zabrakło jednego trzeźwego człowieka z charakterem, który by w przededniu powstania poszedł do Niemców i zadenuncjował tych ludzi chodzących po Księżycu”, czyli dowódców AK. Czyżby zdrada dla osiągnięcia jakiegoś dobra była kiedykolwiek usprawiedliwiona? Usprawiedliwiając w jakiejś sytuacji tę zdradę, a zatem zbrodnię, rozmijają się niektórzy krytycy Powstania Warszawskiego (ew. władz powstańczych) z tymi (jak np. Jan Paweł II w swoich znanych uwagach na temat tego powstania), którzy rozumieją ten wielki, rozumny, chociaż tragiczny akt polskiego ducha, dokonany w świecie miażdżonym totalitarną ideologią. A o wymordowanych 200 000 mieszkańców Warszawy, niewyobrażalne cierpienie uczestników oblężenia i zniszczone miasto zapytajmy dzisiaj naszych aktualnych „sojuszników”.

drukuj