fot. PAP/EPA

USA wysłały do Iraku kolejnych 130 doradców wojskowych

Kolejnych 130 amerykańskich doradców wojskowych przybyło we wtorek do Iraku, by ocenić rozmiary kryzysu humanitarnego w regionie miasta Sindżar w północno-zachodniej części kraju, gdzie trwają prześladowania jazydów przez dżihadystów Państwa Islamskiego. 

Informację taką podał minister obrony Chuck Hagel w bazie wojskowej Pendelton w Kalifornii.

Zapewnił, że nie jest to misja bojowa i nie ma powrotu do ponownego zaangażowania dużych sił lądowych USA w Iraku. Trwająca tam ponad osiem lat wojna kosztowała życie ponad 4,4 tys. żołnierzy.

Przedstawiciele resortu obrony USA ujawnili, że w skład misji wchodzą żołnierze sił specjalnych i marines. Dzięki ich ocenie sytuacji na miejscu USA mają bardziej zaangażować się w udzielanie pomocy humanitarnej jazydom. Niewykluczone, że misja potrwa krócej niż tydzień.

Amerykańscy żołnierze przybyli do miasta Irbil na wschód od Sindżaru. Już wcześniej ok 250 doradców USA zostało wysłanych do Bagdadu i Irbilu w celu wsparcia irackich sił bezpieczeństwa. Dodatkowo w ambasadzie USA pracuje obecnie w sumie ok. 555 przedstawicieli wojska i różnych sił bezpieczeństwa USA.

W czwartek prezydent Barack Obama zezwolił na prowadzenie amerykańskich nalotów na cele dżihadystów w Iraku, argumentując, że Stany Zjednoczone zostały zmuszone do działania, ponieważ ofensywa Państwa Islamskiego posuwała się gwałtowniej w głąb kraju niż przewidywano.

Jak poinformował w poniedziałek wysoki rangą przedstawiciel Białego Domu, administracja Obamy zaczęła też bezpośrednio dozbrajać irackich Kurdów. Lotnictwo przeprowadza zrzuty zapasów wody pitnej i żywności.

Jazydzi to mówiący po kurdyjsku wyznawcy synkretycznej religii łączącej elementy wierzeń indoirańskich, judaizmu, nestorianizmu i islamu. Zdobycie przez dżihadystów Państwa Islamskiego bastionu jazydów, Sindżaru, zmusiło do ucieczki ok. 200 tys. cywilów – alarmuje ONZ. Wielu jazydów ukryło się w odludnych górach, gdzie temperatury przekraczają 50 stopni, cierpią głód i pragnienie.

PAP

drukuj