Unia nie chce rozdrażniać Rosji

Wypowiedź prof. Mieczysława Ryby, historyka, wykładowcy KUL i WSKSiM.

Siergiej Ławrow (minister spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej), komentując „bezprawne” wejście konwoju humanitarnego do tej strefy przygranicznej – pamiętamy te białe ciężarówki – mówił, że w Syrii Amerykanie wysyłając pomoc rzędu ponad miliarda dolarów w ogóle nie pytali się rządu Asada (czyli formalnego rządu Syryjskiego) czy tę pomoc humanitarną słać, tylko zrobiono to wbrew temu rządowi. Sytuacja jest więc analogiczna, jeśli bierzemy pod uwagę rząd ukraiński, który takiej zgody nie wydał. Pamiętamy też, co się dzieje na Bliskim Wschodzie: jest totalna klęska, byłej już, interwencji amerykańskiej w Iraku. Wyjście wojsk amerykańskich spowodowało chaos i to, co przewidywaliśmy – powstanie kalifatu, potężnego kraju, który swoim zasięgiem obejmuje część Syrii i olbrzymią część Iraku. Mówi się, że powierzchnia opanowana przez islamistów to już teren współczesnej Francji, a więc olbrzymi teren. To jest bardzo dobrze finansowane i organizowane. Teraz to wszystko na Bliskim Wschodzie płonie i Amerykanie oczywiście są tym zaprzątani, zresztą Rosjanie też będą, bo też się obawiają, że z południowej flanki może im się coś wydarzyć, ale wykorzystują to.

Powołując się na przykład syryjski Rosjanie dają też do zrozumienia, że są potrzebni Amerykanom czy Zachodowi, w uspokojeniu sytuacji na Bliskim Wschodzie. Gdyby oni, na przykład, zaczęli ostrą grę przeciwko Ameryce, paktując, finansując czy wspomagając ten islamski kalifat, automatycznie ta problematyka ukraińska stałaby się problematyką o wiele szerszą i w zupełnie innym  regionie. A więc tutaj ta dyplomacja Rosyjska, to trzeba im przyznać, jest mocno precyzyjna, wieloaspektowo prowadzi swoją grę i swoją politykę. Natomiast to, co się dzieje wokół Doniecka, oczywiście ma wszelkie pozory współczesnej dyplomacji. We współczesnej wojnie, we współczesnych działaniach, nie mówi się o ataku, nie mówi się o interwencji militarnej, tylko zwykle mówi się o misji pokojowej, misji stabilizacyjnej albo humanitarnej. Rosjanie dokładnie tym językiem się posługują. Trudno nie wierzyć temu, że oni głównie dostarczają zaopatrzenie, sprzęt, broń, a może nawet ludzi dla tych oddziałów separatystów. Dla nich zasadniczo – gdybyśmy prostym językiem rzeczy opisywali, nie tym językiem współczesnej dyplomacji, gdzie ciągle się mówi o misjach pokojowych lub misjach antyterrorystycznych – to zasadniczo w takiej prostej formule w Donbasie mamy do czynienia po prostu z linią frontu. To bardziej linia frontu rosyjsko-ukraińskiego – mimo tego, że te oddziały separatystów reprezentują Rosję – niż jakieś wewnątrz-ukraińskie powstanie mające na celu oderwanie tych Republik. Jeśli przez granicę rosyjsko-ukraińską w sposób taki zupełnie nieszczelny jest w stanie przedostawać się tzw. konwój humanitarny i wrócić bez żadnych przeszkód (nikt ich nie był w stanie zatrzymać), to równie dobrze jest tam przesyłana broń i wszelkie inne zaopatrzenie. Rosjanie zrobią wszystko – a mają ku temu potężne moce  militarne – ażeby nie zlikwidować tego frontu, ażeby wojska ukraińskie nie przejęły kontroli nad całym tym regionem, bo wtedy, w sensie politycznym, dla Rosji taka sytuacji byłaby porażką, dużą klęską. Wtedy poziom negocjacji byłby zupełnie inny, inne  byłyby te pozycje negocjacyjne, gdyby Ukraińcy panowali nad terytorium.

Nawiązując do szczytu Mińskiego, to jest sytuacja dosyć kuriozalna. Ukraina podpisała umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską, a nie z Rosją, Kazachstanem i tą Wspólnotą Celną. Mimo to, te negocjacje toczą się w takim, nazwijmy to: trójstronnym układzie. To podobne do sytuacji, kiedy były te „negocjacje pokojowe”, tak to nazwijmy, kiedy to Francja i Anglia była reprezentowana przez kanclerza i przez prezydenta Francji, a Ukraina i Rosja negocjowały te pokojowe kwestie na tamtym terytorium.

Głównym graczom Unii Europejskiej (Niemcom i Francji) nie zależy na rozdrażnianiu Rosji, szczególnie w przestrzeni handlowej. Kiedy dogadują z Ukrainą pewne kwestie (chociażby układ stowarzyszeniowy, który zasadniczo ma wymiar gospodarczo-handlowy), starają się równolegle rozmawiać z Rosją. Mamy więc do czynienia z taką podwójną grą. Tu nie ma czegoś takiego, że Rosja jest w izolacji i układa się w pewne relacje z Kijowem, po to żeby go umocnić w relacji do silniejszego partnera, jakim jest Moskwa. To widać dosyć wyraźnie, zresztą deklarowała to kanclerz Angela Merkel. Z jednej strony deklarowała pomoc w postaci 500 milionów euro na odbudowę Donbasu, na odbudowę Doniecka, przy czym zaraz pojawia się pytanie: dobrze, tylko kto będzie panował nad tym Donieckiem? Bo jak na razie nie wiadomo. Gdyby zatem teraz dać tę pomoc, to prawdopodobnie trafiłaby ona prosto do tego układu rosyjskiego lub prorosyjskiego. Sytuacja jest więc dosyć kuriozalna, bo dopóki się tam to władanie Ukraińców nad tym terenem nie ustabilizuje, dopóty wszelkie deklarowanie pomocy jest po prostu kompletną iluzją. A żeby to władanie Ukraińców się ustabilizowało, oni oczekują jakiejś pomocy Zachodu, bardzo konkretnej, również w izolowaniu Rosji, po to, aby wymusić odejście stamtąd Rosji.

Tymczasem na szerszej arenie widzimy, że Rosja jest zupełnie podmiotowo traktowana i negocjacje z nią się toczą na sposób absolutnie taki, jak do tej pory. W związku z tym wydaje się na dzień dzisiejszy, ze ten region wpada w pewien obszar takiej permanentnej destabilizacji. Pamiętajmy: jest to najbogatszy region państwa Ukraińskiego. Temu państwu bez zewnętrznej kroplówki finansowej bardzo trudno będzie więc funkcjonować, bo nie będzie posiadało dostatecznej liczby podatków, służb energetycznych czy produkcji itd. Problem jest troszkę porównywalny do tego, co się dzieje w państwie Izrael czy w Palestynie, jeśli bierzemy pod uwagę Autonomię Palestyńską, bądź to, co w tej chwili dzieje się w Iraku i Syrii. Rosjanie doskonale „małpują” pewne zachowania Amerykanów. Amerykanie, kiedy wkraczali do Iraku, mieli ustabilizować sytuację, zaprowadzić tam demokrację. Widzimy że po ich wyjściu z Iraku mamy do czynienia z takim wielkim zagrożeniem, z taką destabilizacją, o jakiej nie można było marzyć, czy jakiej nie można było się obawiać za czasów Saddama Husajna. Rosjanie absolutnie jadą dzisiaj – tak propagandowo twierdzą – z misją humanitarną na Ukrainę i wspomagają  tamtejszą  ludność, która cierpi pod uciskiem, pod bombardowaniami ukraińskimi. Po prostu propaganda jest bardzo mocna, a świat zachodni jest poróżniony – jeśli nie podzielony, to na pewno poróżniony – co do sposobu reagowania w stosunku do Moskwy.

W kwestii obronności naszego kraju: na pewno należy dmuchać na zimne. To po pierwsze, bo w sferze obrony nie można przecenić tutaj jakichkolwiek wysiłków idących w kierunku wzmocnienia obronności. Absolutnie natomiast nalży stanąć na gruncie realności i oceny tego, w co gramy. Jeśli popatrzymy na gruncie historycznym – a historia powinna nas czegoś uczyć, niedługo 1 września, niedawno też obchodziliśmy rocznicę paktu Ribbentrop-Mołotow – to gwarancje słowne mocarstw niewiele znaczą. Coś znaczy pewna realna gra. Kiedy w tej realnej grze (i nie chodzi o to, czy tu będą stacjonować, czy nie będą stacjonować obce wojska) na przykład Angela Merkel, mówi że takiej potrzeby absolutnie nie ma – mówimy o stacjonowaniu wojsk NATO – to znaczy, że sygnał powinien być dla nas krótki. Nie po to, że my tym intensywniej będziemy nawoływać w przeciwnym kierunku, bo zaklinanie rzeczywistości niczego nie daje. Bardzo mocno trzeba ocenić, w jakiej konfiguracji jesteśmy.

Jesteśmy wciąż – może nie aż tak jak Ukraina, ale jednak – definiowani w przestrzeni międzynarodowej, jako strefa buforowa, a więc oddzielająca Wschód od Zachodu, o pewnej równowadze wpływów w tym obszarze – no, może z pewną przewagą Zachodu. Mimo wszystko nie jesteśmy zdefiniowani, jako bezpośrednia część interesów zachodnich czy nawet interesów amerykańskich. W tym znaczeniu takie państwa, jak Polska absolutnie, nade wszystko, powinny myśleć o wielorakiej swojej obronności. Natomiast różnica zasadnicza między Ukrainą a nami jest taka, że ta linia gospodarczego podziału jest jednak na Bugu. Tutaj więc też należałoby brać pod uwagę, a nawet czasem się obawiać takich zwiększonych wpływów czy zależności od Niemiec. Druga rzecz to to – i powiem na przekór tym różnym multikulturalnym ideologom, którzy wciskają nam wszelakie pomysły, na przekór ich teoriom – że państwo Polskie jest w przytłaczającej większości państwem jednonarodowym. Bardzo trudno jest tutaj wzniecić jakiś separatyzm, na bazie którego można generować taki konflikt, jak to się dzieje na Ukrainie, jak to się dzieje nawet w innym wymiarze niemilitarnym gdzieś tam, w Wielkiej Brytanii (mówię Szkocji) czy w Hiszpanii (w przypadku Katalonii). Możemy mówić o takim militarnym zaangażowaniu rosyjskim na wschodzie Ukrainy, gdzie mamy po prostu do czynienia z realnym buntem po części mniejszości Rosyjskiej. Na tym tle można prowadzić grę. My, na szczęście, takiego problemu – przynajmniej w tej konfiguracji, w strukturze społecznej – nie mamy. To jest pewien kapitał, o którym trzeba pamiętać.

Oprócz typowych zbrojeń, należy pomyśleć o budowaniu postaw patriotycznych w młodym pokoleniu. Tutaj to takie „głupawe” odejście od nauczania historii, jest zupełnie – nawet w sensie obronnym – działaniem samobójczym. Tu nie wystarczy to, że ma się jakieś uzbrojenie, trzeba mieć jeszcze żołnierzy, którzy będą w stanie z poświęceniem walczyć. Po drugie, należy absolutnie przemyśleć całą sytuację związaną z tzw. obroną terytorialną kraju czy tworzeniem czegoś w stylu Armii Krajowej. Chodzi o przeszkalanie ludzi w terenie, do tego, ażeby można było prowadzić działania, nie frontowe, ale obronne, w zakresie, nazwijmy to: partyzanckim. To wszystko rzeczy bardzo istotne, ale jeśli się stoi realnie na gruncie tego, co się w świecie dzieje, a nie wierzy się w mity, w które wierzymy już od ponad 20 lat, to myśli się o swoim państwie, o wychowaniu młodego pokolenia, a nie przeszczepia się na grunt własny destrukcyjne pomysły, pomysły pacyfistyczne albo kosmopolityczne.

Jeśli będziemy względnie mocni, w różnym tego słowa znaczeniu – również militarnym – o tyle możemy czuć się bezpieczni czy gwarantować pokój w całym regionie. Niestety, rzeczywistość, która jest na wschodzie, nas tego uczy. Jeśli bierzemy pod uwagę samą Ukrainę, ona nie ma w tej chwili możliwości pozyskiwania broni z ościennych państw (takiej sytuacji nie ma nawet w sensie kupna od państw zachodnich). Natomiast region Doniecki, separatyści mogą do woli korzystać z pomocy rosyjskiej. Proszę zwrócić uwagę na tę dysproporcję. Oczywiście Ukraina nie jest w NATO, Ukraina jest w pewnej innej przestrzeni, ale analogię trzeba sobie postawić. Czy rzeczywiście w sytuacji zagrożenia (ono może być Rosyjskie, ale nie musi, mogą to być inne zagrożenia) tzw. nasi zachodni sojusznicy zechcieliby umierać za Gdańsk, Szczecin, Przemyśl czy za jeszcze inne polskie miasta? Tutaj tę wątpliwość naprawdę można mieć bardzo dużą.

Należy pamiętać także o tym, w jakiej konfiguracji funkcjonujemy w relacji do Rosji. Rosja, dla na przykład Niemiec i Francji, jest potrzebna nade wszystko od strony gospodarczej, natomiast Amerykanie muszą się liczyć z tym, że płonie Bliski Wschód. Zapłonął takim płomieniem – mówimy o Iraku i Syrii – że bardzo trudno go zagasić. A bez Rosji będzie to wręcz, mówi się: niemożliwe. Rosja gra wielką grę tego typu. Trzeba również zdefiniować swoją grę, na swoją skalę, tak, ażeby zapewnić Polsce bezpieczeństwo.

drukuj