fot. Ewa Sądej / Nasz Dziennik

UE przyjęła dyrektywę o pracownikach delegowanych

Ministrowie państw Unii Europejskiej odpowiedzialni za sprawy społeczne ostatecznie zatwierdzili dyrektywę o pracownikach delegowanych. Mimo sprzeciwu Polski i Węgier nowe przepisy mają wejść w życie w połowie 2020 roku. Zmiany przepisów są niekorzystne z punktu widzenia interesów polskich firm. Na zmianach stracą przede wszystkim małe i średnie przedsiębiorstwa.

Delegowanie ma być skrócone do roku, z możliwością wydłużenia o 6 miesięcy. Po tym okresie pracownicy będą objęci prawem pracy kraju, do którego zostali wysłani. Uzgodnienia przewidują podniesienie płacy minimalnej i objęcie pracowników wszystkimi układami zbiorowymi. Zmiany utrudnią firmom delegowanie pracowników, bo oznaczają więcej biurokratycznych wymogów i wzrost kosztów. Zmiany uderzą w polskie firmy transportowe.

Bedzie się to wiązało z dodatkową biurokracją. Trzeba będzie prowadzić rejestry delegacji, pilnować, żeby te pensje – przynajmniej na papierze – nie odbiegały od tego, co zostanie ustalone. Będzie się to też wiązało z tym, że ci pracownicy będą musieli zarabiać więcej. A jak pracownicy, kierowcy – których teraz i tak brakuje jak powietrza – będą zarabiać więcej, to nie wiem, jak to dalej będzie. Marża w naszej branży wynosi 3-4 proc., więc rezerwy dużej nie ma – mówi właściciel firmy transportowej Andrzej Trojanowski.

Zdaniem przewoźników takie działania Unii to protekcjonizm i próba wyeliminowania ich z rynku Europy Zachodniej. Ekonomista dr Mariusz Sokołek wskazuje, że wzrosną koszty pracy, co negatywnie odbije się na kondycji polskich firm.

– Kalkulacje kosztów przeprowadzane są przez polskich przedsiębiorców tutaj, na terenie Polski. Jeżeli te wynagrodzenia, a zwykłe wynagrodzenia to jest dość istotny składnik kalkulacji prac, będzie przedstawiało inne wartości, na pewno polskie przedsiębiorstwa stracą na konkurencyjności – wskazuje Mariusz Sokolek.

Najwięcej osób do pracy za granicę z całej Unii wysyła Polska. Sprzeciwialiśmy się jakimkolwiek zmianom, gdyż oznaczały złamanie unijnej zasady konkurencyjności. Wspierała nas część krajów naszego regionu. Podnosiliśmy, że Komisja Europejska ugięła się pod presją państw zachodnich. Dla tych krajów tańsi pracownicy z Europy Środkowo-Wschodniej byli „solą w oku” i chciały one ograniczyć ich napływ.

– Dochodzimy do paradoksu: z jednej strony Europa Zachodnia ma problem z pracownikami, poszukuje rąk do pracy, a z drugiej strony – blokuje to. Pytanie, jaki tak naprawdę jest tego podtekst – zwraca uwagę Mariusz Sokolek.

Przeciwko ostatecznemu przyjęciu dyrektywy – poza Polską – zagłosowały jeszcze Węgry. Od głosu wstrzymały się Łotwa, Litwa, Chorwacja i Wielka Brytania. Wcześniej, pod koniec maja, za zatwierdzeniem tych przepisów opowiedział się Parlament Europejski. Polska i Węgry podkreśliły we wspólnym oświadczeniu, że zmiana dyrektywy w nieuzasadniony i nieproporcjonalny sposób ograniczy swobodę świadczenia usług.

TV Trwam News/RIRM

drukuj