fot. TV Trwam

[TYLKO U NAS] W. Osadczy: Polska jest cudzym narzędziem w prowadzeniu polityki na Ukrainie

Możemy albo dalej być narzędziem realizacji cudzych planów geopolitycznych w tym regionie, albo dbać przede wszystkim o polską rację stanu. […] Nie możemy się oszukiwać i mówić, że zabłysło jakieś światełko. Na pewno takim punktem zapalnym nie będzie wizyta prezydenta – powiedział o relacjach polsko-ukraińskich w rozmowie z red. Wojciechem Heronem z portalu radiomaryja.pl prof. Włodzimierz Osadczy. Profesor odniósł się także do konfliktu rosyjsko-ukraińskiego.

***

Wojciech Heron: Skąd wziął się termin „strategiczne partnerstwo z Ukrainą”? Możemy o nim mówić, biorąc pod uwagę relacje polsko-ukraińskie?

Prof. Włodzimierz Osadczy: Jest to kontynuacja pewnej linii, która była dostrzegalna jeszcze za czasów II Rzeczypospolitej. Myśl w tym kierunku rozwijała się także w połowie XIX w. Było to tworzenie bytów politycznych na granicy z Rosją i wspanie tych bytów jako naturalnego buforu, który będzie chronił Europę przed rosyjskim imperializmem. To założenie nasilało się też w okresach nasilonych emocji. Te emocje były mocno wyeksponowane po klęsce powstania styczniowego, stąd też ta wizja była bardzo nasilona w tym czasie. Chciano stworzyć coś, co można byłoby traktować jako swego rodzaju zasłonę geopolityczną. Można powiedzieć, że trwa to do dnia dzisiejszego. Obecna polityka polska jest pewną emanacją Stanów Zjednoczonych. Strategiczne partnerstwo jest w tej chwili realizacją celów właśnie Stanów Zjednoczonych w tym regionie Europy.

Faktycznie możemy nazwać dzisiaj Ukrainę – patrząc na jej sytuację wewnętrzną – takim buforem bezpieczeństwa, jakim miała być?

– Absolutnie nie. Jest to teza, która nigdy się nie sprawdzała, a obecnie doświadcza kompletnego fiaska po stronie weryfikacji. Gdy chodzi o Ukrainę, która powstała po roku 1991 to było to typowe państwo postsowieckie zdominowane przez oligarchów. Na to złożyło się kilka czynników: brak tradycji państwowej, brak społeczeństwa obywatelskiego – w którym obywatele stanowiliby o własnym losie – i głęboka spuścizna postsowiecka. Wszystko to złożyło się na przejęcie władzy przez klany oligarchiczne, które zaczęły pozorować demokrację i jakąkolwiek politykę zagraniczną. Dla dobra oligarchów te państwa postsowieckie były kierowane bardziej na Rosję lub na Zachód. Ta Ukraina postmajdanowa, która miała być państwem europejskim, stała się jeszcze bardziej dramatycznym tworem politycznym niż za czasów Wiktora Janukowycza. W niebyt odeszły dobre relacje z Rosją, a w konsekwencji tanie surowce i rynki zbytu. To przełożyło się na kryzys gospodarczy i konflikty między klanami oligarchicznymi. Stąd biorą się też tragikomedie, takie jak ta z udziałem Micheila Saakaszwiliego – polityka ze wszech miar skompromitowanego zarówno u siebie w kraju, jak i na arenie międzynarodowej. Czyni w tej chwili kroki, które wydawałyby się niemożliwe w przypadku innych graczy sceny politycznej. To, co się dzieje na Ukrainie, to jest rewolta. Ta przymiarka jest bardzo mocno zabezpieczana przez Stany Zjednoczone.

Co Stany Zjednoczone mogą i chcą na tym zyskać?

– Trudno to teraz stwierdzić. Wiemy, że reżim Petro Poroszenki się kompromituje. Wotum zaufania, które było dość wątpliwe w stosunku do niego się kończy. Standardy europejskie coraz bardziej się oddalają. Saakaszwili jest osobą bezpośrednio związaną ze Stanami Zjednoczonymi. Cieszy się też u części społeczeństwa ukraińskiego jako osoba bezwzględna w walce z korupcją, bo miał swoje pięć minut jako gubernator w obwodzie odeskim. To wszystko wpisuje się w antyrosyjską politykę, która bezwzględnie dominuje na Ukrainie.

Co jest dla nas groźniejsze: agresja Rosji na Ukrainę czy ukraiński nacjonalizm? Można to w jakiś sposób porównać?

– Ataki Rosji to teza, która wymaga dość dokładnej i uczciwej weryfikacji. Jeżeli mówimy o atakach Rosji, to pojawiają się pytania: dlaczego Ukraina utrzymuje z Rosją o wiele bardziej żywe stosunki handlowe niż np. z Polską? Dlaczego Rosja jest w czołówce krajów, które nabywają broń ukraińską? To wszystko nie trzyma się kupy, gdy chodzi o logikę prowadzenia wojny i konfliktu. Próbuje się narzucić jakąś nowomowę typu „wojna hybrydowa”. Ataki Rosji to nieco przebarwiona rzeczywistość. Rosja ma swoich ugruntowanych w tradycji i kulturze rosyjskiej zwolenników i będzie próbowała to wykorzystywać.

Jak w takim razie Polska powinna zachować się wobec tej agresji?

– Przede wszystkim Polska powinna zdawać sobie sprawę, że ten eksperyment, który Polska próbuje zrealizować od XX w., czyli tworzenia z Ukrainy narzędzia polityki antyrosyjskiej się nie powiodły i nie powiodą z racji tego, że jest to kraj bardzo zróżnicowany. Ukraina ma możliwość być zorientowana na Rosję, co dałoby pokój między częścią prorosyjską i prozachodnią albo nastąpi rozkład państwa lub długotrwały, wyniszczający konflikt. Polska powinna się więc liczyć z tym, że Ukraina nie może być narzędziem polityki antyrosyjskiej. Rosja nigdy nie wycofa się z wpływów na Ukrainie. Polska powinna zdawać sobie sprawę, że w Europie Środkowo-Wchodniej jest też Rosja, która ma swoje żywotne interesy na Ukrainie.

Polsko-ukraińskie relacje uległy znacznemu ochłodzeniu. Jak zatem oceni Pan wizytę prezydenta Andrzeja Dudy u naszych wschodnich sąsiadów?

– Tak jak mówiłem przed tym wydarzeniem – jest to wizyta absolutnie pozbawiona sensu. Sprawy historii stały się zasadniczymi w relacjach polsko-ukraińskich. Państwo ukraińskie wykazało się brakiem wolnej woli, a nawet nieprzyjazną postawą, kiedy zapadła decyzja o zakazie ekshumacji szczątków Polaków zamordowanych w trakcie ludobójstwa – według IPN-u to aż 130 tys. osób. Taki stan trwa od ponad ćwierć wieku. Nie dość, że państwo ukraińskie cieszy się szczególną opieką ze strony Polski, to deklaruje także wartości europejskie, w tym humanistyczne. Wśród tych wartości jest także szacunek do życia. Nie dość, że samo państwo toleruje tę sytuację, to jeszcze prowadzi politykę szantażu. Jest to gest wyjątkowo nieprzyjazny.

W jaki sposób Polska powinna zatem rozmawiać z Ukrainą?

– Powinna rozmawiać tak, jak mówiła Kancelaria Prezydenta, a co nie było zrealizowane – twardo i stanowczo. Jako kraj europejski świadomy swojej historii i godności, powinniśmy wyartykułować sprawy żywotne dla naszego państwa. Pogrzebanie szczątków niewinnych ofiar ludobójstwa to sprawa priorytetowa dla każdego państwa. Żadne państwo nie ma nieuregulowanych tego typu spraw. Ekshumacje szczątków Polaków się warunkuje, natomiast jest to sprawa bezwarunkowa. Taka sytuacja nie ma prawa istnieć.

Do Polski w celach zarobkowych przybyło bardzo wielu Ukraińców. Otrzymują oni tutaj zdecydowanie większe pieniądze za pracę niż na Ukrainie. Tamtejsze władze zamiast to docenić, twierdzą, że to my powinniśmy dziękować za dostarczenie wykwalifikowanych pracowników. Jak oceni Pan tę postawę?

– Widzimy, że na wierzchu leżą różnego rodzaju tezy, które wykorzystuje się w duchu antypolskim. To niepokrywające się z prawdą tezy, które niestety należą już do standardów. Widzimy więc, że w relacjach z Polską nie liczy się prawda, ale doraźne interesy. Dla ich realizacji wykorzystuje się niedopuszczalną retorykę. To, że ona występuje, świadczy o tym, że teza o strategicznym partnerstwie nie jest prawdziwa i tak naprawdę jest to kolos na glinianych nogach, który nie przetrwa próby czasu.

Jakie wyjście ma w tej perspektywie Polska?

– Możemy albo dalej być narzędziem realizacji cudzych planów geopolitycznych w tym regionie, albo dbać przede wszystkim o polską rację stanu, podobnie jak chociażby Węgry. Ta druga droga to jedyna możliwość realizacji suwerennej polityki. Polska na ziemiach współczesnej Ukrainy była obecna już w poł. XIV w. Zostawiła tam ogromne dziedzictwo kulturowe, które jest sukcesywnie niszczone.

Jakie są zatem szanse na poprawę tych relacji?

– Nie możemy się oszukiwać i mówić, że zabłysło jakieś światełko. Na pewno takim punktem zapalnym nie będzie wizyta prezydenta.

Wojciech Heron/RIRM

drukuj