fot. twitter.com/A_Zapalowski

[TYLKO U NAS] Dr hab. A. Zapałowski: Czas na szkolenie żołnierzy WOT kadra zawodowa bardzo często marnuje na bzdurną biurokrację

Czas bardzo ograniczony na szkolenie żołnierzy obrony terytorialnej kadra zawodowa bardzo często marnuje na to, żeby po prostu realizować bzdurną biurokrację, która tak naprawdę nikomu nie jest potrzebna, nie mówiąc już o tym, że z przyczyn w ogóle bezpieczeństwa w razie działań wojennych tworzenie takiej nadmiernej biurokracji jest absurdem – powiedział w rozmowie z portalem Radia Maryja Andrzej Zapałowski, historyk oraz doktor habilitowany nauk o bezpieczeństwie.

1 stycznia 2017 roku, na podstawie ustawy z dnia 16 listopada 2016 r. o zmianie ustawy o powszechnym obowiązku obrony Rzeczypospolitej Polskiej oraz niektórych innych ustaw, w Polsce zostały utworzone Wojska Obrony Terytorialnej. WOT stanowią jeden z pięciu rodzajów Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej, obok Wojsk Lądowych, Sił Powietrznych, Marynarki Wojennej i Wojsk Specjalnych.

Mimo istnienia Wojsk Obrony Terytorialnej od ponad dwóch lat, wciąż dużym problemem pozostają pewne przepisy prawa. Niektóre z nich są wręcz niekonstytucyjne – zwrócił uwagę dr hab. Andrzej Zapałowski.

– Przykładem tego jest to, że funkcjonariusz np. Policji czy Straży Granicznej, który jest na emeryturze, a chce służyć w Wojskach Obrony Terytorialnej, może w nich służyć tylko jako szeregowiec, a ten sam funkcjonariusz, gdyby przechodził ze służby np. z Policji czy Straży Granicznej na żołnierza zawodowego, przechodzi ze swoim stopniem. To jest to prosty przykład, że to jest niekonstytucyjny zapis. Samo ministerstwo już kilka miesięcy temu to przyznało, ale do dzisiaj nie ma żadnych ruchów. Podobnie jest w przypadku żołnierzy obrony terytorialnej, którzy zostali radnymi, ponieważ przepis sugeruje, że powinien taki żołnierz być reklamowany, aczkolwiek ten przepis mówi też o fakultatywności, ale MON przyjęło stanowisko, że wszystkich, którzy służą w obronie terytorialnej, a są radnymi, zwalnia się ze służby, gdyż są oni żołnierzami służby czynnej, co jest kolejnym absurdem – wskazał rozmówca Radia Maryja.

Tworząc obronę terytorialną nie zmieniono dziesiątków rozporządzeń dotyczących sił zbrojnych, a przede wszystkim regulaminów wojskowych – zauważył doktor habilitowany nauk o bezpieczeństwie.  

– Te regulaminy były dostosowane do służby zawodowej bądź też do służby zasadniczej w wojsku. One w wielu przypadkach wręcz paraliżują funkcjonowanie obrony terytorialnej i niezwykle utrudniają cały system szkolenia. Przykładem jest m.in. to, że żołnierz nie może wziąć do domu hełmu czy maski przeciwgazowej, a jednocześnie może sobie na Allegro kupić jaką chce maskę i jaki chce hełm, ponieważ jest to zakwalifikowane jako uzbrojenie. Podobnie jest z kamizelkami taktycznymi – zaznaczył.

Jednym z problemów, które paraliżują działalność wojsk obrony terytorialnej, jest nadmierna biurokracja.

– Czas bardzo ograniczony na szkolenie żołnierzy obrony terytorialnej kadra zawodowa bardzo często marnuje na to, żeby po prostu realizować bzdurną biurokrację, która tak naprawdę nikomu nie jest potrzebna, nie mówiąc już o tym, że z przyczyn w ogóle bezpieczeństwa w razie działań wojennych tworzenie takiej nadmiernej biurokracji jest absurdem. Kolejnym przykładem jest to, że żołnierz zawodowy na każde ćwiczenie pisze konspekty przez całe życie, co jest po prostu żenujące i wprost śmieszne. Nauczyciel ma taki obowiązek, jeżeli jest na stażu, wykładowca akademicki pisze jeden konspekt, który nazywa się sylabusem, na cały semestr, a w wojsku dla mnie to jest absolutne nieporozumienie – akcentował ekspert.

Wojska obrony terytorialnej są niezbędne, jednak musi to być formacja powszechna, liczona w setkach tysięcy osób – ocenił dr hab. Andrzej Zapałowski.   

– Przy zawodowej 100-tysięcznej armii nasycenie państwa polskiego oddziałami obrony terytorialnej jest racją stanu i fundamentem efektywności odstraszania polskiego potencjału militarnego. Dzisiejsza koncepcja budowy obrony terytorialnej jako wojsk, które liczą 50 tys. osób – uważam, że to jest dopiero wstęp. To musi być formacja powszechna, formacja, która będzie się liczyć w setkach tysięcy żołnierzy i tak naprawdę musi nastąpić w ogóle zmiana koncepcji funkcjonowania WOT, bo na razie bardziej obrona terytorialna zbudowana jest jak wojska wewnętrzne. Dowództwo WOT za bardzo wzoruje się na Gwardii Narodowej, która ma zupełnie inne obowiązki, zupełnie inne cele niż obrona terytorialna w swoim prawdziwym zamyśle – powiedział.

Rozmówca Radia Maryja na przykładzie regionu obejmującego byłe województwo przemyskie opisał, jak wygląda obecna sytuacja w poszczególnych oddziałach WOT.        

– Na terenie byłego województwa przemyskiego, które tak naprawdę liczy grubo ponad 300 tys. mieszkańców, jest ok. 700 żołnierzy obrony terytorialnej, a więc już sama skala pokazuje na żenująco niskie stany osobowe. Jest pięć kompanii w każdym powiecie i samym mieście Przemyślu jest jedna kompania. Te kompanie są już w drugim roku szkolenia i po prostu szkolą się tak naprawdę z zakresu działania podstawowego żołnierza, jak również działań w razie nastąpienia jakiś kryzysów tego typu, jak klęski żywiołowe. Trzeba powiedzieć, w WOT pomału następuje nasycenie bronią osobistą, ale jest dramatyczny brak broni przeciwlotniczej i przeciwpancernej – podkreślił ekspert.

Doktor habilitowany nauk o bezpieczeństwie opowiedział się również za tym, aby Polacy mogli mieć prawo do posiadania broni. W jego ocenie obecne obostrzenia dotyczące tej kwestii są „dziedzictwem okresu zaborów i komunizmu”.

– W Polsce każda zdrowa osoba, która przejdzie badania, ma prawo do posiadania broni. Jest furtka w przepisach dotycząca broni czarnoprochowej. Polacy nabyli prawdopodobnie ponad 250 tys. sztuk broni, na które nie trzeba pozwolenia, a która na odległość 50 metrów jest równie skuteczna jak inna broń palna. Nic się absolutnie nie dzieje, tylko właśnie te problemy mentalnościowe wyższej kadry dowódczej, polityków powodują to, że traktują tak naprawdę społeczeństwo polskie jak olbrzymią niepełnosprawną grupę społeczną. Tutaj należy radykalnie zmienić przepisy i należy od procesu decyzyjnego absolutnie odsunąć wszelkie osoby, które z przyczyn przyzwyczajenia albo mentalnościowych mają problemy z tym, żeby szerzej udostępnić Polakom dostęp do broni – zaznaczył rozmówca Radia Maryja.

Łukasz Brzeziński/RIRM

drukuj