fot. TV Trwam

Trzeba pokochać ludzi

O chrześcijanach i Kościele w Turcji oraz swojej kapłańskiej posłudze opowiada o. Maciej Sokołowski z Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów, misjonarz w tureckim Efezie.


Jak to się stało, że trafił Ojciec do Turcji?

– To jest długa historia, zwłaszcza w przypadku młodych zakonników, którzy poszukują swojej misji – nie tylko żeby być zakonnikiem, ale też coś konkretnego czynić. I w moim życiu właśnie tak było, czułem, że Pan Bóg mnie powołuje właśnie do podróży. Myślałem na początku o tym, żeby pojechać na Syberię, ale tam nie było naszych Braci. A później przeczytałem pewne teksty z Pisma Świętego, szczególnie wołające do jakiegoś takiego dziwnego narodu. Nie wiedziałem za bardzo o co chodzi, ale kiedy nasz generał zakonu przyjechał z Rzymu i poprosił nas o współpracę, o pomoc dla braci, którzy żyją w Turcji, szczególnie tym chrześcijanom, którzy tam są w mniejszości, to poczułem, że to jest właśnie dla mnie. Zdecydowałem się na prośbę, żeby tam pojechać i zobaczyć, czy dam radę. No i jestem już od 2007 roku, więc kawałek czasu, w Smyrnie, w Mersinie koło Tarsu. Teraz jestem w Efezie, w sanktuarium Matki Bożej, tam pracuję od trzech lat.

Jak wygląda Kościół w Turcji?

– Kościół katolicki w Turcji jest bardzo zróżnicowany i bogaty. Jest to oczywiście mała wspólnota, ale składa się nie tylko z rzymskich katolików, ale przede wszystkim z katolików obrządków wschodnich – Kościół chaldejski, asyryjski. Są to takie Kościoły, o których my tutaj w Europie nawet za bardzo nie słyszeliśmy. Ormianie, Syryjczycy, różnej „maści” Grecy, którzy zostali w jakiś sposób wyrzuceni z tej Turcji. Jeszcze 40 lat temu w Turcji było prawie 2 mln chrześcijan, bardzo dużo prawosławnych. Dzisiaj jest tu może około 200 tys. chrześcijan. Polityka kraju sprawiła, że wielu, szczególnie prawosławnych, opuściło Turcję. Zwłaszcza Grecy, którzy nie byli mile widziani, i do tej pory pewnie nie są. Dlatego dziś chrześcijan jest w Turcji ok. 200 tys. Oczywiście nie wiemy ilu dokładnie, bo te statystyki są płynne. Co innego to statystyki, a co innego życie codzienne. Ale widzimy teraz zwrócenie się Kościoła katolickiego do rodzimych mieszkańców, do Turków. Dużo ludzi przychodzi też do naszych kościołów, prosi o rozmowę, nawet o chrzest. Oczywiście mamy taką instytucję jak katechumenat.

A jaka jest sytuacja chrześcijan w Turcji?

Nie jest zbyt kolorowa i wesoła. Nie pod tym względem, że chrześcijanie są jakoś prześladowani przez państwo, ale ze względu na to, że Kościół rzymski, łaciński jest jakby zamknięty na tych ludzi z tego powodu, że dużo się nacierpiał. Ludzie mają w sobie „wdrukowane”, żeby się za bardzo nie otwierać i nie ufać. Tylko że jeżeli pójdziemy tą drogą – to jest moja opinia – to, niestety, będziemy mieli budynki, ale nie będzie ludzi. Teraz jesteśmy w takim momencie decyzji: czy otwieramy się na tych, którzy przechodzą z islamu, którzy nie tylko pytają się o sztukę i o to kim jesteśmy, ale mają doświadczenia Bożej interwencji i przychodzą do nas z bardzo interesującymi doświadczeniami duchowymi. To świadczy, że Bóg nas zaprasza do tego, co mówił Ojciec św. Franciszek, a co mnie bardzo mocno dotknęło: żeby marzyć, żeby  się nie bać i nie zamykać na to, co niemożliwe. A mówiło się, że to niemożliwe, żeby Turcja się nawróciła na chrześcijaństwo. Może kiedy ktoś to teraz słyszy, to myśli sobie, że to takie bajki. Ale po Światowych Dniach Młodzieży muszę powiedzieć, sam Papież zachęca do tego, aby mieć takie pragnienia, bo Bóg wtedy będzie działał. I my to widzimy, że ci ludzie oddolnie zaczynają do nas przychodzić. Modlę się o to, żebyśmy mieli odwagę, żebyśmy nie stchórzyli, żebyśmy się na nich otworzyli. Może to samo też czeka Europę?

Mam wiele pytań: jak to zrobić, żeby zatrzymać złych ludzi, by nie było aktów terroru i tak dalej. Po tych ŚDM zrozumiałem, że może rozwiązaniem jest to, aby po prostu się nie bać i ewangelizować – tak naprawdę „na maksa”, z ogromnym poświęceniem. Bo, jak teraz widzę, nie ma „połowicznych” wyjść. Tak samo my. Jeśli Kościół nie będzie ewangelizować, to my po prostu umrzemy. Kościół nie zginie, bo tak Jezus powiedział, ale to nie znaczy, że nie umrze w jakimś jednym miejscu. Mamy np. Efez, w którym jestem – tam przez pewien czas po prostu nie było żadnych chrześcijan – tak więc kościół starożytny, piękny, o którym czytamy w Ewangelii, a wspólnota zwyczajnie wymarła. Był jakiś powód.

A jaka jest Ojca wspólnota?

– Moja wspólnota jest złożona z prawosławnych, z osób które były wyznania muzułmańskiego, są też osoby (młode), które są w katechumenacie, są katolicy rzymscy. Turecki Kościół jest właśnie taki zróżnicowany, to nie są jednolite wspólnoty. My jako księża – kapłani, zakonnicy Kościoła rzymskokatolickiego posługujemy prawosławnym, oczywiście w naszym rycie, udzielamy im tych darów, które możemy – na co nam pozwala dyscyplina kościelna. Ale tam jednak wiele się eksperymentuje, to muszę powiedzieć. Tam jest takie miejsce, gdzie można eksperymentować i Ojciec św. daje nam na to kredyt zaufania – że będziemy znajdywać jakieś ścieżki, aby tym ludziom po prostu pomagać dojść do wiary. Bo to jest nasz podstawowy cel.

Jak wygląda nawracanie w Turcji?

Czasem przychodzili muzułmanie, w przypadku których na pierwszy rzut oka zastanawiałem się „co tam mają w plecaku – pistolet czy nóż”, bo takie rzeczy też przeżyłem w Turcji – śmierć naszego biskupa, któremu odcięto głowę, proboszcza, którego próbowały zasztyletować osoby, które chciały przyjąć chrzest. Ale to były tylko dwa przypadki, natomiast wyliczę sto innych, pozytywnych, gdzie rzeczywiście ludzie byli czymś ujęci. Szczególnie życiem chrześcijan, miłością, przebaczeniem, rodzinnością, nie tylko modlitwą – to przyjdzie później. To ich ujmowało i oni zostają do tej pory. Dlatego myślę, że to jest coś, czego brakuje może nam w kościele polskim. Ja miałem bardzo duży kryzys, kiedy przyjechałem z pięknych parafii polskich, gdzie na każdej Mszy św. jest po 300, 400 osób, młode rodziny, młodzież, dzieci – gdzie praca dla młodego duszpasterza to raj na ziemi. Tam (w Turcji) pierwsza Msza św. – i 5 osób. Mija rok, dwa, trzy – 5 osób. I później człowiek zaczyna się zastanawiać: czy jest w ogóle sens? Niektórzy mówią: „co będziesz tam siedział w pustym kościele”. Ale tam jest 5 osób. Potem to do ciebie dochodzi: tam jest 5 osób, które potrzebują duszpasterza. I odkryłem, że z tymi pięcioma osobami mam lepsze relacje niż wcześniej miałem z tą 300-400-osobową grupą, która przychodziła do kościoła. Z nimi nie miałem relacji – to był tłum i duszpasterz. A tutaj już jest wspólnota: Ahmed, Isa, Roberto… Znam ich rodziny, byłem u nich na kolacji, na śniadaniu, modliliśmy się razem, pojechaliśmy gdzieś. Po prostu, to bardzo proste życie, ale widzę, że to tam w Turcji bardzo dobrze funkcjonuje. Tu wychodzi też to, co papież Franciszek mówi o rozbijaniu tego klerykalizmu, tego „parasola”, który my często nosimy nad sobą jako księża – żeby nam się kłaniano, żeby nas szanowano na zasadzie autorytetu, który mamy od Kościoła. Myśmy to dostali, to nie jest żadna nasza zasługa. Natomiast ja rozumiem, że papież Franciszek chce od nas, żebyśmy sobie ten autorytet wypracowywali w zupełnie inny sposób: oddolnie, żeby zdobywać szacunek tych owiec, będąc z nimi. I wtedy albo zdobędę szacunek i uznają mnie za pasterza, albo powiedzą „jesteś <<najemnikiem>>, wracaj do Polski”. To wszystko przeżyłem, dużo się nauczyłem dzięki temu.

Czego nauczyła Ojca Turcja?

Turcy mnie dużo nauczyli. Przede wszystkim tego, co powiedział kiedyś mój kierownik duchowy: Tak, nauczyłeś się języka, kultury, i wiesz co? Wszystko dobrze, ale jednej rzeczy nie zrobiłeś – nie pokochałeś tych ludzi. Och, to było uderzenie, zimny prysznic. Jak to nie pokochałem? Ale potem rzeczywiście tak stwierdziłem – nie pokochałem ich. Bo mnie denerwowali, ich kultura, ich zachowania, to że nie chodzą jak w zegarku, że spóźniają się, nie dotrzymują słowa. Ja tutaj przyjechałem, zrobiłem takie wielkie poświęcenie, a oni to mają po prostu w nosie. To były takie rzeczy, że trzeba było to w sobie bardzo mocno przetrawić, przeżyć. I dzięki Bogu tak, ta miłość przyszła. To jest coś, co już od trzech lat tak bardzo mocno mnie trzyma. Wiem, że to nie jest moje, to jest działanie Boga.

Teraz jest Ojciec w Efezie…

Tak. Zachęcam, żeby przyjeżdżać do Efezu, skąd Maryja została wzięta do nieba i gdzie była też ogłoszona Bożą Rodzicielką. Tam przyjeżdża bardzo dużo chrześcijan i muzułmanów. Dom Matki Bożej stał się dzisiaj takim miejscem spotkania, pomostem, gdzie rocznie przybywa 700-800 tys. osób – muzułmanów i chrześcijan. Modlą się razem, spotykają się razem, rozmawiają, piją herbatę, zawierają przyjaźnie, czasem, potem, małżeństwa. Dzieją się też cuda, uzdrowienia – zarówno dla muzułmanów jak i dla chrześcijan. My tam nie możemy robić wielkiej „pompy ewangelizacyjnej”, ale modlimy się, rozmawiamy, sprawujemy Mszę św. dla tych, którzy pragną, błogosławimy ludzi muzułmanów i chrześcijan. Może nawet bardziej muzułmanów (śmiech); oni wierzą, że księża chrześcijańscy czy zakonnicy mają większą moc niż ich imamowie. Takie mamy tam w Efezie ciekawe doświadczenia.

Z o. Maciejem Sokołowskim, kapucynem, rozmawiała Marta Telakowska.

RIRM

drukuj