Tablica znaleziona w szafie

Bohaterowie:

Ona: Tablica z nierdzewnej blachy z wygrawerowanymi na niej dziewięcioma imionami i nazwiskami. Miała zawisnąć na krzyżu w drugą rocznicę tragedii, jaka rozegrała się 16 grudnia 1981 roku w katowickiej kopalni „Wujek”.

On: Włodzimierz Kapczyński, rocznik 1929. Miał 18 lat, gdy razem z najbliższymi kolegami założył Związek Walki z Komunizmem. Odsiedział swoje m.in. we Wronkach, Potulicach i Raciborzu. Do konspiracji wrócił po tym, jak wyszedł z internowania latem 1982 roku. Bezpiece nie udało się go już aresztować i posadzić za kraty.

Pan Włodzimierz uśmiecha się, trzymając w dłoniach ciężką tablicę z nierdzewnej blachy.

– W końcu się znalazła. Wie pan, wygląda tak samo jak w 1983 roku, kiedy odbierałem ją od grawera. Świetna robota, wykonana w prywatnym zakładzie przy Jagiellońskiej w Katowicach.

Dziennik na wyrwanych kartkach

Zapis z 16 października 1983 roku:

„Po mszy zbieramy się przed katedrą. (…). Idziemy pod Kopalnię Wujek. Po drodze kupujemy kwiaty i znicze. Pod Wujkiem nie widać esbeków.

Składamy wieńce, modlimy się, palimy znicze. Parę osób doszło w tym czasie. (…) Po godzinie idziemy do domu. Po drodze ustaliłem, że Romek Harazin zbierze nazwiska, adresy i daty śmierci górników oraz skombinuje blachę na tablicę. Ja ułożę tekst, który uzgodnię z Ludwiczakiem i po uzgodnieniu dam do wykonania tablicę. Tak, aby można było ją zawiesić na 16 grudnia”.

– Dlaczego ustaliliście z Harazinem, że trzeba wykonać tablicę z nazwiskami poległych górników? – pytam pana Włodzimierza.
– Z prostej przyczyny – odpowiada. – Proszę pamiętać, że wówczas nikt tak naprawdę nie wiedział, kim byli zabici górnicy z „Wujka”. Praktycznie nikt nie znał ich nazwisk. Ba, nie drukowała ich nawet podziemna prasa. Ta tablica miała pozbawić ich anonimowości – wyjaśnia.

Po raz pierwszy dowiedziałem się o tej tablicy, gdy zacząłem przepisywać dla katowickiego Stowarzyszenia „Pokolenie” (m.in. współwydawcy „Encyklopedii Solidarności”) dziennik Włodzimierza Kapczyńskiego z lat 80. ubiegłego stulecia. Setki gęsto zapisanych kartek wyrwanych ze szkolnych zeszytów zaczęły przenosić mnie w czasy PRL, który choć chylił się ku upadkowi, to wciąż dawał swoim obywatelom do zrozumienia, że żyją w kraju totalitarnym, rządzonym przez partię komunistyczną.

Zapiski zaczynają się w czasie internowania i kończą wraz z 1989 rokiem. Ich autor opisuje dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. Wątki z życia osobistego przeplatają się z życiem „podziemnym”. Trzeba wstać przed świtem i ustawić się w kolejce po mięso, potem kupić chleb, przygotować „bibułę” do kolportażu. Wszystko musi się zgrać w czasie, a nie każdy ma telefon, zresztą trzeba czasami mówić szyfrem, bo linia może być na podsłuchu. Do tego jak na złość spóźnił się autobus, a kolejny widniejący na rozkładzie nie przyjechał.

Przez blisko dekadę zapisywane maczkiem kartki lądowały w skrytce, np. w piwnicy. Potem pan Włodzimierz wywoził je do miejscowości Barycz, gdzie schowane w słoikach zakopywał w szopie. Niestety, po latach nie wszystkie zapiski się odnalazły, niektóre zostały strawione przez czas i wilgoć.

Dziennik Włodzimierza Kapczyńskiego to kapitalne źródło historyczne. Diariusz pisany na gorąco przywołuje obrazy, postacie, zjawiska, wydarzenia, które odchodzą w niepamięć. Dlatego gdy w przededniu 30. rocznicy wprowadzenia w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej stanu wojennego dr Łukasz Kamiński – prezes Instytutu Pamięci Narodowej, ogłosił konkurs na dziennik, pamiętnik lub wspomnienia dotyczące lat 80. XX wieku, od razu wraz z Przemysławem Miśkiewiczem, szefem Stowarzyszenia „Pokolenie”, wiedzieliśmy, że stowarzyszenie zgłosi dziennik do konkursu. 13 grudnia 2012 roku ogłoszono wyniki konkursu. Wspomnienia pana Kapczyńskiego zajęły drugie miejsce i ukażą się drukiem.

Zaaresztowana tablica

Zapis z czwartku, 27 października 1983 roku:

„Po drodze do domu wstępuję do Ludwiczaka. Spał, trochę chory. (…). Daję Ludwiczakowi do sprawdzenia listę zabitych i zmarłych górników – przeczytał, nie wniósł zastrzeżeń. Mówię mu, że tablica będzie kosztować 7600, będzie gotowa na 15 listopada (…). Obiecał zbiórkę wśród górników”.

Gruba, nierdzewna blacha była za darmo, sprezentowali ją hutnicy z katowickiej Huty „Baildon”. Grawer z ulicy Jagiellońskiej wykazał się niemałą odwagą. Wykonał pracę, za którą w najlepszym wypadku groziła grzywna, w najgorszym – być może więzienie.

Pod krzyżem, który flankują dwie litery „ŚP” (Świętej Pamięci), widnieje wstęp składający się z dwóch zdań:

„Górnicy Kopalni ’Wujek’

Zabici i zmarli z ran:”,

a pod nimi dziewięć nazwisk i daty śmierci. Epitafium tej niezniszczalnej metalowej klepsydry kończy wezwanie „Cześć Ich pamięci!”.

Kapczyński odebrał tablicę na dzień przed miesięcznicą – 15 listopada, i od razu zaniósł ją do Jana Ludwiczaka, przewodniczącego „Solidarności” w „Wujku”. Tam miała przeczekać jeszcze miesiąc, a następnie miano ją powiesić na krzyżu przed kopalnią „Wujek”, najpierw myślano o 16, a następnie o 18 grudnia. Niestety, tak się nie stało…

Jan Ludwiczak w ścisły sposób jest związany ze strajkiem, który został ogłoszony w kopalni „Wujek” tuż po ogłoszeniu stanu wojennego. Na wieść o tym, że Ludwiczaka wyciągnięto w nocy siłą z domu, górnicy podjęli decyzję o proteście. Jednym z postulatów było uwolnienie kolegi. Ludwiczak wyszedł na wolność po ponad roku internowania. Od tej pory był obserwowany przez bezpiekę. 8 grudnia 1983 roku został zatrzymany na 24 godz. pod krzyżem przy KWK „Wujek” i pobity.

W momencie, kiedy Ludwiczak jest zatrzymany, w jego domu trwa przeszukanie. Żona pana Jana była na tyle przytomna, że tablicę owiniętą w gazetę (wielkości kartki formatu A-4) wyjęła z szafki i wsunęła pod pralkę stojącą w łazience. Tam jej nie znaleźli. Z domu państwa Ludwiczaków tablica została przetransportowana do zaufanego pracownika kopalnianej straży przemysłowej. Najprawdopodobniej w wyniku obserwacji SB szybko przeszukała jego mieszkanie, on został zatrzymany na dwie doby, a tablica trafiła do bezpieczniackiego magazynu.

Nikt nie pobiegł z pomocą

Cofnijmy się o cztery dni od tamtego dnia do wydarzeń, które pokażą, jak esbecy (co za tym idzie – milicja, partia i mówiąc ogólnie, komuniści) bali się pamięci o zamordowanych górnikach. 4 grudnia 1983 roku na Śląsku była Anna Walentynowicz, już wtedy legenda „Solidarności”. Przywiozła ze sobą tablicę poświęconą górnikom „poległym w obronie praw związkowych” od „społeczeństwa Wybrzeża”. Tablica miała zawisnąć na kopalnianym murze…

Zapis Włodzimierza Kapczyńskiego z 4 grudnia 1983 roku (fragmenty):

„Zapalam znicz pod krzyżem pomordowanych górników z KWK Wujek. (…) Pod światłami na przejściu widzę dużą grupę ludzi (…). Widzę Kazika Świtonia i poznaję idącą obok niego niską i szczupłą panią Anię Walentynowicz. Dołączam do nich. Witam się i dalej idę z nimi. Pod krzyżem Kazik zdjął kurtkę i czapkę, wziął z torby bluzę roboczą, młotek i przecinak. (…) W czasie kucia otworów śpiewaliśmy pieśni religijne. (…) Po pewnym czasie podjechał milicyjny radiowóz. (…) Nie mogąc zabrać Kazika, wycofali się poza ludzi i zaczęli przez radio wzywać pomocy. (…) Oczekujemy na atak MO i SB. Podjeżdżają wozy z MO. Dwie nysy, kilka wołg i fiatów. Wyskakują z nich cywile i mundurowi. (…) Pod krzyż między ludzi wpadł starszy, niski, szczupły cywil i wrzeszczał: ’Brać!’. Dwóch dryblasów z MO porwało Kazika, inni brali młodych mężczyzn i wlekli do ’suk’. (…) W międzyczasie Ania Walentynowicz wzięła młotek i przecinak pozostawiony przez Kazia i kuła nadal mur (…). Podbiegło dwóch niebieskich bydlaków i złapali ją za ręce, wykręcając je do tyłu. Walentynowicz krzyczała: ’Na pomoc! Ratunku!’, a milicjanci wlekli ją po ziemi do samochodu. Nikt nie pobiegł z pomocą”.

Anna Walentynowicz została aresztowana (wraz z Kazimierzem Świtoniem i Ewą Tomaszewską). Trafiła do zakładu karnego w Lublińcu, w kwietniu 1984 roku została zwolniona ze względu na stan zdrowia.

Wróci na swoje miejsce

Gdy rozmawiałem z Janem Ludwiczakiem o tamtej tablicy, która – gdyby zawisła na krzyżu przy kopalni „Wujek”, byłaby pierwszą przywracającą pamięć o dziewięciu zastrzelonych górnikach, dowiedziałem się, że została ona zwrócona „Wujkowej” „Solidarności” wraz ze sztandarem w 1989 roku. Od razu poprosiłem Andrzeja Grolika, przewodniczącego Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” KWK „Wujek”, o jej odszukanie. Tablica odnalazła się pod koniec marca br. w szafie, wśród różnych związkowych dokumentów. Zanim zobaczył ją pan Kapczyński, byłem pewny, że to jest ta tablica, ponieważ miałem przy sobie kartkę maszynopisu, która trafiła do grawera w 1983 roku i to na jej podstawie zostały wykonane napisy. Zarówno na maszynopisie, jak i na tablicy był błąd w nazwisku jednego z zabitych górników – Jana Stawisińskiego. Zamiast „t” na obu tekstach widnieje „ł”.

Zwróciliśmy się do Komisji Zakładowej z prośbą o przekazanie tablicy do Śląskiego Centrum Wolności i Solidarności, gdy tak się stanie, trafi ona ostatecznie do Muzeum Izby Pamięci Kopalni Wujek – mówi Wojciech Skwira, p.o. dyrektor ŚCWiS w Katowicach.

– Tam jest jej miejsce – dodaje Włodzimierz Kapczyński. – Może nawet powinna zostać zawieszona na krzyżu, który stoi w Izbie Pamięci? Przecież trzydzieści lat temu mieliśmy właśnie taki plan.

drukuj