fot. Andrzej Wiktor/wSieci

Na szczęście Polska się budzi. Oby się obudziła!

Jacek i Michał Karnowscy rozmawiają z ojcem Tadeuszem Rydzykiem CSsR, dyrektorem Radia Maryja, twórcą Telewizji Trwam, Wyższej Szkoły Kultury Medialnej i Społecznej w Toruniu i wielu innych przedsięwzięć.


Ojcze dyrektorze, aż trudno uwie­rzyć, że to już 25-lecie Radia Ma­ryja. Gdy oglądamy się wstecz, narzuca się pytanie: skąd ojciec wiedział, że media będą tak waż­nym polem bitwy o wiarę katoli­cką, o kulturę polską, o suweren­ność gospodarczą?

Tadeusz Rydzyk CSsR: To było oczywiste.

Ale wielu dało się zwieść, że media będą z założenia uczciwe, obiek­tywne, a kapitał, jaki za nimi stoi, nie będzie miał znaczenia. Prze­konywali o tym najmądrzejsi pro­fesorowie.

Nigdy w to nie wierzyłem, ani przez minutę. A że profesorowie tak mó­wili. Różni są profesorowie, czasem tkwią daleko od rzeczywistości. Ale rozumiem, o czym panowie mówią. Na pewnym etapie bardzo liczyłem na inteligencję katolicką, na Kluby Inteligencji Katolickiej, Znak, „Więź” czy „Tygodnik Powszechny”. Nawet chciałem radio w Krakowie ulokować, a w Szczecinku zakładałem KIK. Li­czyłem, że te środowiska będą rozu­mem narodu, będą jego inteligencją, ale się rozczarowałem.

Rozczarował się też Ojciec Święty Jan Paweł II, który w 1995 r. na­pisał w głośnym liście do Jerzego Turowicza, że „w tym trudnym momencie Kościół w »Tygodniku« nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd oczekiwać: nie czuł się dość miłowany”.

Nie chciałbym oceniać tej konkretnej sytuacji. Wydaje mi się, że problemem w postawie inteligencji było zagubie­nie sumienia i pojęcia obowiązku wobec własnej wspólnoty. Samo wy­kształcenie to za mało, trzeba mieć mądrość i charakter. Diabeł też jest inteligentny, ale co z tego, skoro ma zły charakter. To się zresztą nie za­częło wtedy. Już prymas kard. Stefan Wyszyński mówił, że zawiódł się na in­teligencji, że ona go zdradziła. I to się nasila. Weźmy świat wielkich mediów. To coś dramatycznego. Oni się uczą nowoczesnych technik, trików i sztu­czek. Ale prawdy i dobra tam nie ma.

Długo nie było to oczywiste także dla części polskiego Kościoła.

Nie wiem, czy można to tak podsumo­wać. Medialne relacje o tym, co księża biskupi sądzą o jakiejś sprawie, bywają bardzo zafałszowane. Pamiętam spot­kanie z księdzem prymasem kard. Jó­zefem Glempem kilka miesięcy przed jego śmiercią. Były to imieniny ks. bp. Antoniego Dydycza. Ksiądz prymas wstał, by złożyć życzenia, i powie­dział też, że nie mamy mediów, które mówią nam prawdę o Polsce. I dodał: „Jest tylko Radio Maryja i Telewizja Trwam”. Powtórzył to kilkakrotnie, zwrócił się również z podziękowaniem do mnie. Ucieszyłem się, bo różnie wcześniej ksiądz prymas na Radio Maryja patrzył. Na początku nasze re­lacje były bardzo dobre, potem różne. A on, jakby czytając w moich myślach, zakończył: „Różnie to było w episko­pacie, ale tak jest”. Natomiast faktem jest, że bardzo długo wiele zagrożeń nie było dostrzegalnych.

Choćby znaczenie kapitału. Na­wet porządni ludzie dawali sobie wmówić, że najważniejsze to jak najszybciej wszystko wyprzedać. Nieważne komu, za ile ani co on z tym zrobi.

Tak było. Nawet duchowni niekiedy mi mówili: „Ale przecież ziemia to towar jak każdy inny”. Nie, ziemia to nie towar. Nie zapomnę, jak kiedyś bardzo szlachetny człowiek został posłem ZChN. I potem on do mnie mówi: „Opłaca się sprzedać wszystko, nawet za złotówkę”. Zdziwiłem się: „Ale jak się opłaca za złotówkę, gdy to jest warte dużo więcej?”. A on swoje — że się opłaci. To było nielogiczne. Potem, jak była AWS, to pytałem tych ludzi, dlaczego wszystko wyprzedają, dla­czego to robią, choć ludzie głosowali, by tego nie robili. Ale takie przekona­nia wielu ludziom wmówiono. Nie są­dzę, by ci, którzy to promowali, robili to bezinteresownie. Nie, oni wykony­wali zadania. Na szczęście Polska się budzi. Oby się obudziła!

A nie jest za późno? Media już nie­mal całe w obcych rękach, przemy­słu mało. Trudno to będzie odbu­dować.

Pewnie, że nie będzie łatwo. Ale da się. Powinniśmy sobie śpiewać każdego dnia: „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy”. Zresztą Radio Maryja jest chyba jedyną rozgłośnią, w której przynajmniej raz każdego dnia można usłyszeć hymn narodowy. Wszystkie zwrotki. Ostatnio młodzież z Wyższej Szkoły Kultury Medialnej i Społecz­nej w Toruniu urządziła na andrzejki zabawę, którą nazwała „bal niepodle­głości”. I na koniec zaśpiewała Mazurka Dąbrowskiego, do ostatniej zwrotki. Piękne. Jest piękna młodzież, jest na­dzieja. Oby tylko nie dali się zwieść, bo źli ludzie mogą niestety młodzież łatwo sprowadzić na złą drogę.

Bardzo często spotykamy się z nie­zwykłymi świadectwami ludzi, których życie zmieniło się właśnie za sprawą Radia Maryja. To był wielki uniwersytet troski o Polskę, niemal jedyne miejsce w eterze, w którym można było się zetknąć z ewangelizacją, spokojną roz­mową, szukaniem prawdy.

Do nas takie świadectwa docierają bardzo często. Dodają sił. Ale chcę podkreślić, że to dzieło bardzo wielu środowisk. Ojców redemptorystów posługujących w radiu, księży opie­kujących się kołami Rodziny Radia Maryja, tysięcy świeckich, wolon­tariuszy, ludzi składających się na to radio. Bo to ludzie się na to składają. Niełatwo to wszystko utrzymać, to ogromne opłaty.

Nie obawiał się ojciec tego wyzwa­nia? To przecież nie jednorazowa akcja, ale stały wysiłek, comie­sięczne zobowiązania, rachunki, wydatki.

To samo pytanie postawiono nam, gdy walczyliśmy o koncesję na nada­wanie. Blokowano nas strasznie, pró­bowano zniechęcić, stosowano liczne sztuczki. Pytano: „Skąd ojciec weźmie na to pieniądze?”. Odpowiadałem, że ludzie dadzą, tak jak dają na kościoły, na KUL i inne dzieła. Kwitowano to śmiechem. I wtedy wpadł mi do głowy pewien pomysł. Przypomnia­łem sobie, że niedawno pozłacaliśmy monstrancję i ludzie składali na to pierścionki, biżuterię. Przyszedł pe­wien pan z dwójką dzieci, zdjął z palca sygnet i dał nam. Powiedział: „Jestem dużo winien Matce Bożej”. Nawet nie wiem, jak się nazywał. I nieco tego złota zostało. Powiedziałem wtedy: „Mam złoto. Przyjedźcie do Torunia, to pokażę”. Na szczęście nie przyje­chali, bo to była garstka zaledwie, ale zadziałało. Potem w legendzie urosło to do walizki z dolarami i biżuterią, którą miałem z sobą na posiedzeniu komisji przyznającej koncesję. To nieprawda. Tam miałem obraz Matki Bożej, przed którym modlił się prymas kard. Wyszyński. To radio zostało wy­modlone, długie noce się modliliśmy w jego intencji. A sam teren przekazali w darowiźnie zakonowi nieżyjący już państwo Poznańscy. Często czułem, że Pan Bóg prowadzi to dzieło.

Często ojciec powtarza: „Módlmy się tak, jakby wszystko zależało od Pana Boga, pracujmy, jakby wszystko zależało od nas”.

Bo tak jest. Dlatego próbujemy docie­rać do ludzi, jak tylko się da. Satelita, internet, telewizja. To ludzie nam podpowiadają, troszczą się, by się rozwijało.

A teraz film. „Zerwany kłos” o bł. Karolinie Kózkównie to piękna, fabularna opowieść, bardzo profe­sjonalnie zrealizowana. Pozytyw­nie zaskakuje rozmach produkcji. Będą kolejne?

Zobaczymy. Na razie pracujemy nad tym, by „Zerwany kłos” wszedł do kin, by każdy mógł go zobaczyć. Cze­kamy na podpisanie umowy. Co warte podkreślenia, film zrobili studenci WSKSiM.

A o teatrze ojciec nie myśli? Co­raz trudniej o scenę, która w cen­trum zainteresowania stawiałaby prawdziwe wartości.

No dobrze, to powiem panom pierw­szym, że mamy plany stworzenia cze­goś, co roboczo nazywam Instytutem Jana Pawła II „Pamięć i tożsamość”. Widzę to jako placówkę m.in. muze­alną, ale w nowoczesnym wydaniu. Coś w stylu Muzeum Powstania War­szawskiego w Warszawie czy Mu­zeum Holokaustu w Waszyngtonie. Z wykorzystaniem światła, dźwięku, obrazu, laserów. Żeby wizyta tam bu­dowała przeżycie gości, żeby budowała tożsamość młodych ludzi, poruszała serca. Tam pokazywano by piękno Polski, jej historii, piękno Polaków. Tak jak mówił o tym św. Jan Paweł II.

A teatr?

Tam byłaby aula na 600 osób, z miej­scem na teatr. Niech przyjeżdżają dobrzy, porządni aktorzy, niech uczą przy okazji studentów. Widzę ogromną potrzebę. To, co dzisiaj się pokazuje, to często antysztuka.

To dalekie plany? 

Panowie, nie wiem, czy powinienem to mówić. Ale dobrze, już architekci pracują. Jak jest dobra idea, jak mamy wartościowy pomysł, to nie należy się wahać, ale realizować, iść do przodu. Nie wolno robić biznesplanów ewan­gelizacji. Gdy dzieło jest dobre, to Pan Bóg pomoże. I dobrzy ludzie. Radio Maryja jest na to dowodem. A teraz ten film. To ludzie dali z tego 1 proc. podatków. Całość kosztowała 550 tys. zł. I każdy może zobaczyć, jak dobrze te pieniądze zostały wydane.

Czy dzisiaj ojciec dyrektor ma po­czucie, że Radio Maryja jest bez­pieczne? Bywały lata, że co mie­siąc ruszała na ojca i rozgłośnię nowa nagonka. A to maybach, a to helikopter, a to jakaś prowokacja.

O, nie powiedziałbym, że radio jest na pewno bezpieczne.

Ale zniszczyć już nie dadzą rady?

Nie powiedziałbym. To siły między­narodowe. Oni dochodzili przeciw nam bardzo wysoko, także niestety w Kościele. I stosowali przeróżne metody. Pamiętam chwile, gdy ten nacisk był straszliwy, z każdej strony. Ratunkiem, schronieniem i źródłem siły była wtedy modlitwa. Całymi go­dzinami klęczałem w kaplicy, prosi­łem Pana Boga o wsparcie. Modlitwa jest zawsze ratunkiem. Kiedyś jeden z bardzo przeze mnie szanowanych księży wszedł i powiedział do mnie: „Tadeusz, oni cię zabiją”. Zapytałem: „Jak?”. Odpowiedział: „Przez media. Ja ich znam…”. I znał, bo był z rodziny, której członkowie byli bardzo wysoko w tamtych strukturach. Dziadkowie wyparli się mamy, bo przyjęła chrzest. O tym, jakie siły będą działały przeciw radiu, co uruchomią, by je zniszczyć, powiedział mi też kiedyś w Rzymie pe­wien kapucyn. Było gorąco, piliśmy wodę. Wziął kartkę i narysował małą kropkę, a wokół dwie zaokrąglone li­nie. I powiedział: „Widzisz, to kamyk. Ty jesteś ten kamyk, a te linie to ręce Matki Bożej. Pamiętaj zawsze, jesteś w tych rękach, kiedy te zorganizo­wane, potężne centra antyewangelizacyjne będą w ciebie uderzały”.

Zatem ojciec spodziewał się ata­ków?

Byłem przygotowany, ale nie sądzi­łem, że aż takie oszczerstwa się po­sypią, że to będą takie kłamstwa i że nawet niektórzy wśród duchownych w to uwierzą.

Od wymyślonego maybacha po helikopter, który ojciec miał dla siebie kupować.

Maybacha mam — plastikowe modele tego samochodu przysłali mi ludzie w prezencie [śmiech]. Choć kiedy o tym napisali, nie wiedziałem nawet, co to jest. Potem kiedyś na autostra­dzie mi pokazano. Nic specjalnego, samochód jak samochód.

Próbowali ojcowie sprostować tę informację?

Tak, to podała „Gazeta Pomorska”. Ojciec Jan zadzwonił do redaktora naczelnego i mu powiedział, że to nie – prawda. A ten: „Tak, ale to już napisali­śmy i to fakt już jest”. I nie sprostował. A z helikopterem to było tak: po­wiedziano mi, że pada jakaś firma, chcą bardzo tanio sprzedać taką maszynę. Pomyślałem, że warto sprawdzić. Ale nie dla siebie, lecz dla techników, którzy często mu­sieli na tych kiepskich wtedy dro­gach spędzać po dwa dni, by dotrzeć na drugi kraniec Polski i naprawić uszkodzony nadajnik. A dla radia każda godzina to utrata słuchaczy, a co dopiero dzień ciszy! Pojecha­liśmy, bo coś mnie tknęło, by nie jechać samemu. Obejrzeliśmy. Na­wet nas przewieźli, co pozwoliło nam pierwszy raz spojrzeć na radio z góry. Ale koszt był dla nas niewy­obrażalnie duży. A potem jeszcze okazało się, że to prowokacja. Nie pierwsza i pewnie nie ostatnia. Na­chodzili nas tu wielokrotnie, jedna z gazet to nawet dwóch dziennika­rzy wydelegowała na stałe do pilno­wania nas. Biedaki ciągle musieli tu czatować, na zimnie czy w upał. Współczułem im. I zadania, jakie wykonują, także. Zajmowanie się czymś takim nie przynosi dumy.

Można po takich atakach i pro­wokacjach zamknąć się w sobie, stracić zaufanie do ludzi. Ojciec nie stracił?

Nie. Cały czas jestem wolny. Boję się Pana Boga, żeby na sądzie osta­tecznym wypaść jako tako, żeby nie iść do piekła. I sumienia. Ja się ni­gdy nie poddam. Ale też spotykam ogrom życzliwości. Jeszcze parę lat temu bywało inaczej. Dziś młodzież sama podchodzi, wita się, zagaduje życzliwie.

Robią selfie z ojcem dyrektorem? 

Robią. „Czy możemy sobie z ojcem dy­rektorem zdjęcie zrobić?”. Gdy mam chwilę, to się godzę. Choć takie zdjęcie człowieka bardzo wykrzywia [śmiech].

A dzisiaj niektórzy twierdzą, że „Wyborcza” pada.

Bajeczki. Ileż to razy już pisano. Za­pewne coś szykują i się przepoczwa­rzają. Przecież właśnie uruchamiają kolejną telewizję, wydają kilkanaście tytułów prasowych, wiele portali. To naiwni ludzie takie rzeczy opowiadają. Ja się nabrać nie dam. Za potężne siły za tym stoją, żeby im dali upaść.

Soros nie da im upaść?

To nie jeden Soros. Nie on, to będą inni. Ważne, by dobra było w Polsce więcej.

Po roku dobrej zmiany jest więcej? Jak ojciec dyrektor patrzy na obecne rządy?

Przede wszystkim mam na­dzieję, że ci, którzy rządzą, chcą dobrze. Gdy patrzę na wielu z rządu, to widzę, że to szlachetni ludzie, że chcą pracować dla Polski. Często za granicą słyszę, że zazdroszczą nam takiego prezy­denta, takiego rządu. Ludzi, któ­rzy się modlą, którzy troszczą się o swój kraj. To świadectwo dla świata. Ale oczywiście dzień chwali się po zachodzie słońca, a czło­wieka kanonizuje po śmierci. Każdy może popełnić błąd. Przed nimi są wil­cze doły, pułapki pozakładane, a wo­kół nich pełno ludzi starego układu. I raz po raz widzimy, jak sypią piasek w tryby, wkładają kije w szprychy. To państwo w państwie.

Nie wystarczy zdobyć władzy poli­tycznej, żeby rządzić?

Nie wystarczy, bo najważniejsze są sumienia. A czy na uniwersytetach to wszyscy są przyzwoici profesorzy? A media? A opozycja?

W ostatnich miesiącach nie zawa­hali się nawet przed wezwaniami do nałożenia na Polskę rozmai­tych kar i sankcji.

Powiem otwarcie: to zdrada. My mamy polskie sprawy w Polsce rozwiązywać. Spójrzmy też choćby na ten KOD. Kiedy słyszę nazwę „Komitet Obrony Demokracji”, zaraz pytam: jakiej de­mokracji? Bo może socjalistycznej? To resortowe myślenie. Nie mówię, że wszyscy, niektórzy są zwiedzeni, ale duża część to resortowi.

Dziś budują tezę o milionach, które ojciec rzekomo dostaje od PiS.

Takie same oszczerstwa jak wcześ­niej. Nie dostałem nic. I nie proszę PiS o nic. A jeżeli są jakieś możliwości, by wygrać konkurs, otwarty, przejrzy­sty, to dlaczego mam nie spróbować? Wszystko jest przejrzyste, można sprawdzić, zobaczyć. Czy my nie mamy praw obywatelskich? I czy nie przysługują nam prawa do elementar­nego szacunku? Przysłali tutaj nawet dziewczynę, która z kukłą pana pre­miera Jarosława Kaczyńskiego cho­dziła wokół świątyni pw. Najświętszej Marii Panny Gwiazdy Nowej Ewan­gelizacji. Jakim prawem? Czy prezes Kaczyński za mało jeszcze wycierpiał? Można się nie zgadzać z kimś, ale trzeba merytorycznie rozmawiać. To, co robią, to coś najniższego. To zabija­nie człowieka, to ciągłe napuszczanie Polaków na siebie. To samo robili przy tragedii smoleńskiej, kpiny ze śmierci ludzkiej, z cierpienia. To niepolskie, nie z naszej cywilizacji. To jest. bol­szewickie takie. I to samo w mediach. Ale z drugiej strony zainteresowałem się ostatnio reklamami. Ile ma TVN, ile Polsat, a ile TVP? TVP ma może jedną trzecią tego, co mają tamci. I to mówię o spółkach państwowych. A ile Telewizja Trwam? Zastanawiam się więc, czy ktoś tam w tych spółkach nie oszukuje.

Jak ojciec widzi przyszłość Polski? Lewica i media przekonują nas, że my też musimy się zlaicyzować, odrzucić dziedzictwo kultury ła­cińskiej i narodu, musimy podą­żać drogą Zachodu.

Ci ludzie nic nie rozumieją. Albo mają złą wolę. Albo jedno i drugie. Oni za­wsze byli, przed wojną, w czasie wojny i po wojnie. Nic nie musimy, mo­żemy iść własną drogą. A na Za­chodzie niech uważają, żeby ich muzułmanie nie ureligijnili za chwilę na nowo i po swojemu.

Mówił niedawno ojciec w Ra­diu Maryja o coraz bardziej niespokojnych czasach. Na wschodzie wojna, w Syrii wojna, dużo niepokojów. Jakby świat trzeszczał w szwach. Sytuacja jest po­ważna?

Jest bardzo niespokojnie. Musimy pamiętać o zasadzie: chcesz po­koju, szykuj się do wojny. Musimy widzieć te zagrożenia. A nas prze­cież rozbroili. Wojska nie ma. Ko­szary rozpuszczone. Firmy ochro­niarskie bronią koszar, a wojsko po godz. 15.00 idzie do domu. Śmieszne to. Niszczyli wszystko — i wojsko, i edukację, i kulturę, i ducha, i Koś­ciół. To wszystko trzeba odbudować i dobrze, że to się zaczyna robić. Do­tąd kusili tylko Polaków wyjazdami. Ale nie powiedzieli, że tylu spadnie w tej drabinie społecznej, że zostaną parobkami bogatych narodów. Nie powiedzieli, że te wyjazdy rozbiją tyle rodzin, że będą eurosieroty. Dlaczego nie zaczęli od umacniania Polski? Czy my nie potrafimy? Czy mamy nic nie mieć? Dlatego cieszę się, że wresz­cie jest nadzieja. Nie możemy mieć kompleksów. Także Kościół polski nie może mieć kompleksów. Bądźmy sobą, służmy prawdzie.

W Sieci

 

drukuj