fot. facebook.com

Świadectwo misjonarza

Misjonarz to osoba, która pragnie nieść swą pomoc do najdalszych zakątków świata. Czyni to w sposób bezinteresowny. Pełen wiary, nadziei i miłości do Boga i drugiego człowieka. I choć misja ta jest piękna, bardzo często bywa śmiertelnie groźna. O chwile radości i smutku, nadziei i zwątpienia zapytaliśmy brata Benedykta Pączkę kapucyna, posługującego w Republice Środkowoafrykańskiej. 

Brat Benedykt Pączka swoje powołanie odkrył na pielgrzymim szlaku. Wówczas to spotkał braci Kapucynów, którzy swą otwartością oraz służbą ludziom ubogim – jak wspomina – ujęli go za serce.

Kiedy już wstąpiłem, kiedy później odwiedziłem pięciokrotnie Republikę Środkowej Afryki i Czad powiedziałem tak, że ja chcę tam pracować. Chcę pracować z bardzo biednymi ludźmi. Z ludźmi, którzy nie są w stanie się odwdzięczyć jakkolwiek coś mi dać, ale ja mogę im coś dać – powiedział brat Benedykt Pączka.

Brat Benedykt służy tamtejszej ludności już od dwóch lat. Zajmuje się 6 wioskami, w których nie tylko ewangelizuje, sprawuje sakramenty święte i edukuje, ale chociażby naprawia samochody. Jest także szefem warsztatu stolarskiego. I choć misja, którą pełni daje mu ogrom radości i satysfakcji jest – jak sam przyznaje – niezwykle trudna i niebezpieczna.

Wiedziałem, że jadę na wojnę, że był zamach stanu, że muzułmanie przejęli władzę z najemnikami z Sudanu oraz z Czadu. Wiedziałem o tym wszystkim, jednak nie spodziewałem się tego, że rzeczywiście będę w tym w jakiś sposób uczestniczył – podkreślił brat Benedykt Pączka.

Aż przyszedł styczeń 2014 roku. Rebelianci dotarli do misji, na której przebywał brat Benedykt Pączka.

Prowadzili nas z kałasznikowami jakieś 300 metrów do miejsca, gdzie mieliśmy schowane samochody. Kazali mi otworzyć kłódkę. Nie mogłem otworzyć. Ręce mi bardzo drżały. I wtedy on przeładowywał kałasznikowa – powiedział brat Benedykt Pączka.

Rebelianci uprowadzili jednego ze współbraci. Zabrali wszystko: żywność, samochody, motory, pieniądze, komórki i komputery. Jeden ze sprzętów ocalał.

Miałem dosłownie może 30 sekund, żeby wziąć komputer i go tak wyrzucić w trawę. Trochę został uszkodzony, ale dzięki temu komputerowi mogłem rozpocząć wołanie o pomoc. Pisałem tutaj do Krakowa, do Fundacji Kapucyni i Misje o Pomoc, pisałem do mojego kapelana wojsk francuskich, do dziennikarzy i tak naprawdę właśnie media polskie media katolickie ruszyły tą sprawę, że misjonarze są prześladowani. Po trzech tygodniach przyjechało do nas wojsko i mogliśmy rozpocząć trochę normalniejsze życie – zaznaczył brat Benedykt Pączka.

Mimo wielu chwil trwogi, rozpaczy i zwątpienia, misjonarze nie wyjechali. Pozostali na miejscu ze swymi podopiecznymi. Jak pasterz opisany w Ewangelii, który chroni swe owce przed wilkiem i nie dopuszcza, by pozostały same bez opieki.

Nawet do głowy mi nie przyszło, nie miałem ani jednej myśli podczas tych wszystkich wydarzeń, żeby uciekać, żeby zostawiać tych ludzi. Wtedy zadawałem takie pytanie: czy moje życie życie białego człowieka ma większą wartość niż życie czarnego człowieka? Czy nie jesteśmy dziećmi tego samego Boga? – powiedział brat Benedykt Pączka.

To właśnie Bóg – jak podkreśla brat Benedykt Pączka – daje mu każdego dnia siłę i moc do realizacji podjętego powołania.

 

TV Trwam News/RIRM

drukuj