fot. wikipedia.org

Sudan Południowy na granicy wojny domowej

Organizacje humanitarne i misjonarze opuszczają placówki w Sudanie Południowym, szczególnie w stanie Unity, gdzie trwają walki między siłami rządowymi obecnego prezydenta Salvy Kiira a rebeliantami wspierającymi byłego wiceprezydenta Rieka Machara. Wzmaga się napięcie między plemionami Dinków i Nuerów.

Koncentracja sił zwalczających się ugrupowań spowodowała, że pracownicy Czerwonego Krzyża i „Lekarze bez Granic” ewakuowali szpitale, w których nieśli pomoc. Jak podaje Radio Watykańskie, swoją placówkę opuścili też ojcowie kombonianie. Przed kilkoma dniami przywódca rebeliantów ostrzegał prezydenta o możliwości zaostrzenia konfliktu.

– Będziemy uświadamiać naszych ludzi poprzez propagandę przeciwko prezydentowi. To jest nielegalny reżim. I będziemy o tym mówić w regionie, a także w społeczności międzynarodowej. (…) Chcemy pokoju, Salva Kiir jest słaby, a ludzie z Południowego Sudanu są silniejsi niż on. Nie lubimy despotów w naszym własnym kraju – powiedział Rieka Machara.

Sudan Południowy to nieoficjalnie najmłodsze państwo świata; niepodległość zdobył zaledwie 4 lata temu. Od maja jest już jednak bankrutem, a trwa siłą rozpędu, jedynie dzięki pożyczkom z katarskich banków i drukowaniu tracących na wartości południowo-sudańskich funtów.

W Dżubie, stolicy Sudanu Południowego, dzieci szukają jedzenia po śmietnikach. Mimo to władze tego kraju utrudniają działalność wolontariuszy i lekarzy, aresztując ich pod byle pretekstem.

Konflikty plemienne pogrążają państwo w chaosie. Uzależnione od pomocy zagranicznej traci ono ostatnie symptomy niepodległości.

 

TV Trwam News/RIRM

drukuj