Szef IPN Łukasz Kamiński (na zdjęciu z prawej) (FOT. M. BORAWSKI)

Rządowa iluzja pomocy

Z prof. Antonim Dudkiem, zastępcą przewodniczącego Rady Instytutu Pamięci Narodowej, rozmawia Zenon Baranowski

Rada IPN twierdzi, że problem z siedzibą centrali i archiwum IPN to efekt zaniedbań dwóch ministerstw.
– Przede wszystkim chodzi o Ministerstwo Skarbu Państwa, które przez wiele lat prowadziło na raty prywatyzację RUCH. Zaczęło w 2006 r. i skończyło w 2010 roku. Przed 2006 r., kiedy to było łatwiejsze, i przed 2010 r., czyli do momentu sprzedaży pakietu kontrolnego RUCH prywatnemu właścicielowi, był czas na dokonanie rekompensaty RUCH w formie innej nieruchomości, a wszystko to w ramach Skarbu Państwa. Tej sprawy w istocie rzeczy nie dopatrzono. A w końcu dopuszczono do rzeczy skandalicznej – sprywatyzowano część majątku państwowego z państwowym urzędem mającym umocowanie ustawowe, który to użytkował część tego majątku, jakby ignorując w ogóle ten fakt. I to jest moim zdaniem największy skandal.

A rola resortu finansów?
– Ministerstwo Finansów pojawia się niejako w drugim akcie, kiedy była jeszcze szansa, żeby odkupić tę nieruchomość, która w ogóle nie powinna być sprywatyzowana. I tutaj minister finansów odmawia nam pomocy. A jeszcze po drodze jest Sejm obcinający Instytutowi budżet o kwotę, która, jak się później okazało, właściwie idealnie by wystarczyła na wykupienie budynku. Budżet IPN zmniejszono bowiem o 36 mln zł i tyle było potrzeba, licząc wraz z VAT, na wykup. I faza trzecia to jest moment, w którym minister finansów mógł uruchomić pewne środki z rezerwy budżetowej, konkretnie chodziło o 10 mln złotych. My wygospodarowaliśmy 5 mln zł z budżetu Instytutu i zapłacilibyśmy pierwszą ratę w tym roku, ponieważ RUCH był skłonny sprzedać nam budynek w rozbiciu na dwie raty. Ale nas całkowicie zignorowano. I to są właśnie winni zaistniałej sytuacji. Najpierw Ministerstwo Skarbu Państwa, które jest głównym winowajcą. Po drodze jest Sejm, który odcina nam jedną z możliwości wyjścia z sytuacji. Na koniec jest minister finansów, który zaciska pętlę na naszej szyi.

Ze strony resortu padają zarzuty, że IPN wybrzydzał na oferowane nieruchomości.
– Na etapie do 2010 r. to nie my wybrzydzaliśmy, tylko RUCH. Założenie było takie – my zostajemy w tym budynku, a RUCH dostaje jakąś rekompensatę z majątku Skarbu Państwa. I to RUCH odrzucił szereg obiektów zamiennych. Nie jestem w stanie ocenić, czy te rekompensaty były wystarczające. Wiem jedno: wszystko odbywało się w ramach resortu Skarbu Państwa, ponieważ do 2010 r. ministerstwo miało pakiet kontrolny RUCH, a do 2006 r. było właścicielem w 100 procentach. To wszystko było do załatwienia w ramach de facto ministra skarbu, który mógł zarządowi RUCH kazać przyjąć taką rekompensatę, uwzględniając interes państwa.
Natomiast jeśli chodzi o nasze wybrzydzanie, to pojawia się ono dopiero teraz, kiedy IPN zaczęto szukać zastępczej siedziby i zaoferowano nam w tym momencie dwie lokalizacje. Jedna jest na ul. Dominikańskiej – są to po prostu hale fabryczne po spółce, która dopiero jest w likwidacji. Nawet nie wiadomo dokładnie, kiedy ten proces się zakończy. Dlatego, nawet jakbyśmy chcieli tam wejść, to i tak nie moglibyśmy. Ponadto dochodzą gigantyczne koszty adaptacji obiektów.
Druga propozycja pojawiła się na dniach, a dotyczy Mokotowa. Z wstępnego rozpoznania wynika, że obiekt ze względów bezpieczeństwa nie wchodzi w grę, ponieważ jest to część wielkiego biurowca, z różnymi instytucjami, a my mamy tego rodzaju materiały, że nie możemy sąsiadować z nikim przez ścianę, bo nam ABW nie wystawi certyfikatu. IPN raczej potrzebuje budynku wolno stojącego, który będzie w całości kontrolował, ponieważ takie są reguły bezpieczeństwa. W ten sposób niby nam się pomaga, ale w rzeczywistości dalej jesteśmy w punkcie wyjścia.

Jednym słowem – klincz. Jak z niego wyjść? Ministerstwo skarbu przedstawi jakieś lepsze budynki?
– Klasyczny klincz, który może potrwać. Czy przedstawi? Zobaczymy. Tak czy owak musimy mieć w budżecie na przyszły rok pieniądze, żeby szukać nowej nieruchomości i zaadaptować ją do naszych potrzeb, ponieważ tego budynku już raczej nie utrzymamy. Musimy walczyć o przyszłoroczny budżet także dlatego, że musimy płacić wysokie kwoty czynu za ten budynek. A nie możemy z dnia na dzień z niego wyjść, bo to jest koniec Instytutu.

Sama adaptacja będzie kosztowna, jeżeli w przypadku ul. Towarowej było to 17 mln złotych.
– Dlatego nie rozumiemy działań Ministerstwa Finansów. Wskazywaliśmy, że wynajem podobnej powierzchni po cenie rynkowej wynosi około 5 mln zł rocznie. Jest oczywiste, że gdy się doda te 17 mln zł do tych 5 mln zł, to przez trzy lata wychodzi powyżej 30 mln zł, czyli opłaca się zapłacić taką sumę. I taki rachunek ekonomiczny Ministerstwo Finansów kompletnie ignorowało. Teraz jedyne tańsze rozwiązanie to takie, że znajdziemy nieruchomość w domenie publicznej. Dla nas idealne byłoby otrzymanie takiego budynku, który będzie miał trwały zarząd IPN, a nie wynajem kolejnego, z którego ktoś nas wyrzuci po kilku latach. Budynek powinien być własnością SP z trwałym zarządem Instytutu.

Posłowie koalicji mówią, że to sam IPN nie działał należycie w swoim interesie, dodatkowo inwestując w nie swój budynek duże środki.
– Opowieści o tym, że IPN mógł coś zrobić wcześniej, nie mają potwierdzenia w faktach. Pałeczka była wówczas po stronie Skarbu Państwa. A później podejmowaliśmy działania zmierzające do rozwiązania tej sytuacji. IPN nie mógł działać w tym budynku, nie inwestując w niego. Dopóki był własnością SP, działał w dobrej wierze. Teraz RUCH domaga się 40 mln zł za czynsz, którego rzekomo nie płaciliśmy, ale my płaciliśmy, tylko znacznie niższy. I oni się na to godzili przez ponad 10 lat. Wówczas nie mieli roszczeń, dopiero teraz. Tymczasem my znacząco podnieśliśmy wartość tego budynku, który oni sprzedali.

Do politycznych zarzutów dochodzą także medialne, jak te w sobotniej „Gazecie Wyborczej”, że IPN nie jest ani biedny, ani prześladowany. W Warszawie zajmuje nieruchomości w pięciu punktach, prokuratorzy zarabiają dużo, ale są nieudolni, a historyków jest więcej niż w PAN i na uniwersytetach.
– Jest w tym artykule wiele nadużyć. Tych skazanych jest w rzeczywistości więcej. Chociaż akurat z tym, że pion śledczy nie działał tak, jak powinien działać, to się mogę zgodzić. Ale prawda jest też taka, że prezes Instytutu jest pozbawiony jakichkolwiek narzędzi stymulowania pracy prokuratorów pionu śledczego.

Z tym że duża część to śledztwa historyczne.
– Uważam, że śledztwa historyczne powinni prowadzić historycy, a prokuratorzy powinni zajmować się ściganiem osób żyjących. Po prostu prokurator jest za drogi do śledztw historycznych. Zarabia kilka razy tyle co historyk, a efekty jego śledztw są gorsze niż zawodowego historyka.

IPN ma za dużo historyków?
– Historyków mamy dużo, ale nie więcej niż łącznie PAN i wszystkie uczelnie. Ale jest pytanie, czy taka instytucja jak IPN jest potrzebna, czy nie? Zdaniem „Wyborczej”, najwyraźniej nie jest potrzebna.

I na koniec klasyczny zarzut wyciągania przez IPN na kogoś teczek, w tym przypadku na gen. Ścibora-Rylskiego.
– Ta publikacja IPN była w 2011 r., czyli na długo przed wystąpieniem Ścibora-Rylskiego podczas ostatnich obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego, a to, że ją nagłośniono po tym zdarzeniu, to nie jest dzieło IPN.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj