fot. PAP

Rząd Tuska opiera swoją strategię na pieniądzach z UE

Rząd Donalda Tuska opiera całą swoją strategię na pieniądzach z UE, które nie są nam dane, ale na razie obiecane. „Z pewnością nie wykorzystamy ich w całości” – mówi dr Marian Szołucha. Ekonomista podkreśla, że do tej pory nikomu się to nie udało.

Wczoraj Rada Ministrów przyjęła projekty programów operacyjnych, dzięki którym pieniądze z UE mają być wydawane w Polsce w latach 2014 – 20.

Premier Donald Tusk stwierdził, że Polska w 2022 r. będzie w gronie 20 najbogatszych krajów świata, a pomóc w tym mają środki płynące z UE. Przypomniał, że w ciągu siedmiu lat Polska ma mieć do dyspozycji – uwzględniając aktualny kurs złotego do euro – blisko 500 mld zł.  Pieniądze te mają być przeznaczone, m.in. na dokończenie sieci dróg, ale także na innowacyjną gospodarkę, energetykę, środowisko i kulturę.

Rząd za priorytet uważa także wyrównywanie nierówności w rozwoju, zarówno między regionami, jak i wśród powiatów. Do obszarów biedy tj. części Pomorza Zachodniego, woj. lubuskiego, a także kilku rejonów w okolicach Łodzi, na Dolnym Śląsku i na Mazowszu ma trafić łącznie ok. 8 mld zł.

Ekonomista dr Marian Szołucha podkreśla, że hasła powtarzane przez rząd są jak najbardziej piękne, a nawet celne. Jednak biorąc pod uwagę to, co działo się przez ostatnich sześć lat wątpić należy w to, czy rząd będzie potrafił zrealizować te obietnice – dodał ekonomista.

Istotniejszy jest jednak fakt, że polityka gospodarcza rządu nie powinna opierać się wyłącznie na pieniądzach otrzymywanych z zewnątrz.

–  Po pierwsze, kiedyś te pieniądze się skończą. Pytanie, co wtedy? Taka polityka, to przede wszystkim sprowadzanie Polski do roli swoistej postkolonii, to uzależnianie się od pomocy z zewnątrz oraz przyjęcie stanowiska, polegającego na tym, że przyjmujemy za fakt, iż Polska sama nie potrafi utrzymać swojej gospodarki i administracji. Tak naprawdę przyjęcie stanowiska, że Polacy nie potrafią rządzić własnym krajem, więc ta kroplówka unijna po 2020 r. z pewnością jeszcze nam się odbije czkawką – powiedział dr Marian Szołucha.

Ekonomista zwraca uwagę, że po 2020 roku będziemy mieli problem z tysiącami firm, ich pracownikami, a także urzędnikami, którzy zostali zatrudnieni tylko do pozyskiwania funduszy unijnych. Te pieniądze – jak dodaje ekonomista – nie służą budowie trwałych fundamentów pod zrównoważony długoterminowy wzrost gospodarczy.

My te pieniądze przejadamy. Owszem nakręcamy dzięki nim chwilowo gospodarkę, ale na zasadzie generowania dodatkowej porcji popytu wewnętrznego, czyli konsumpcji. To nie są inwestycje. Oprócz nielicznych programów realizowanych za pieniądze unijne większość jest przejadana. Słowo inwestycja, np. w odniesieniu do kolejnych budowanych domów kultury, skwerków czy hal sportowych lub widowiskowych, w których można pomieścić więcej osób, niż mieszka w danej gminie – to nie jest inwestycja – zaznaczył dr Marian Szołucha.

RIRM

drukuj