Ropa cenniejsza niż pokój

Coraz częściej w mediach pojawiają się „przecieki”, jakoby lada moment USA miały uderzyć na Iran. Te poruszające doniesienia uzupełniane są informacjami o tym, że siły powietrzne Izraela – strategicznego sojusznika Waszyngtonu – już ćwiczą prewencyjny atak na Iran. Z drugiej strony, na przełomie czerwca i lipca br., Teheran odpowiedział serią testów sprawdzających rakiety średniego zasięgu, które mogłyby zniszczyć cele w Izraelu i główne bazy amerykańskie na Bliskim Wschodzie. Tej militarnej demonstracji siły towarzyszyły ostre w retoryce wypowiedzi przedstawicieli irańskich władz wojskowych, że na każdy atak będzie zdecydowana i krwawa riposta. Czyżby świat znalazł się na krawędzi kolejnej wojny?



Ogólnoświatowy kryzys sektora finansów, recesja, inflacja, galopujące ceny paliw i energii – to zjawiska wysoko niepokojące, które mogą stanowić podłoże dla globalnych napięć i konfliktów. W tej sytuacji dostęp do złóż ropy naftowej staje się powoli cenniejszy niż złoto czy diamenty. Wiedzą o tym doskonale potężni nafciarze, ale również przywódcy mocarstw, właściciele i zarządcy ponadnarodowych koncernów, dysponenci kompleksów militarno-przemysłowych, spekulanci giełdowi, magnaci światowego sektora teleinformacyjnego. Wiedzą o tym również szefowie różnych międzynarodówek i central wywiadowczych. Realia zaskakujących powiązań na styku wielkiej polityki, biznesu, bezpieczeństwa, światowego terroryzmu sugestywnie oddaje mroczny thriller polityczny „Syriana”, który był niedawno wyświetlany w kinach w Polsce.

Film amerykańskiego reżysera i scenarzysty Stephena Gaghana powstał na podstawie skandalizujących pamiętników agenta CIA Boba Baera. Opowiada o tajnikach działalności amerykańskiego wywiadu oraz jego udziale w powstawaniu organizacji terrorystycznych na Bliskim Wschodzie. Fabuła koncentruje się wokół bezlitosnej walki o dostęp do złóż ropy. Akcja ma wymiar globalny – toczy się jednocześnie na polach naftowych Zatoki Perskiej, w waszyngtońskich gabinetach, teksańskich ranczach, bejruckich zaułkach, w krążących pomiędzy zebraniami korporacyjnych zarządów samolotach, teherańskich mieszkaniach, w biurach i na pustyniach. Wątkiem przewodnim są dzieje Boba Barnesa (stylowa rola George’a Clooneya), agenta CIA, operującego na Bliskim Wschodzie. Lada chwila skończy swoją długą i pełną sukcesów karierę. Zanim jednak odejdzie na emeryturę, CIA wystawi go bez skrupułów jako kozła ofiarnego. Próbując zrozumieć, co się stało, Bob zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że wykorzystano go jako pionka w wielkiej grze. Postanawia naprawić zło, które kiedyś wyrządził, przy okazji odkrywając prawidła rządzące globalnym przemysłem naftowym, który stanowi główny nerw gospodarki światowej.

„Syriana” to solidne kino akcji dotykające kluczowych problemów współczesności. Prowokuje do zastanowienia się, ile naprawdę w tym wszystkim jest fikcji, a ile realizmu.

Film bowiem nie jest oderwany od rzeczywistości, a Bob Barnes, wydając swoje pamiętniki, znał z autopsji to, o czym pisał. Nasilający się konflikt między Stanami Zjednoczonymi i Izraelem oraz niektórymi krajami Zachodu z jednej strony a Iranem i jego mniej lub bardziej ujawniającymi się sojusznikami z drugiej strony jest wielowymiarowy i wielowątkowy. W tym tekście – z racji objętości – ograniczę się tylko do niektórych aspektów tego kolejnego zagrożenia wojennego.


Stróże i zarządcy kapitału


Globalizacja oznacza nie tylko integrację regionalnych rynków, ale również odsuwanie nadzoru państwa narodowego nad gospodarką. Zakres suwerennego sprawowania władzy jest redukowany do roli „negocjowania” oraz przyjmowania i harmonizowania standardów i reguł wypracowanych przez międzynarodowe struktury. Na przykład komercjalizacja państwa (przesuwanie zadań państwa do przestrzeni rynkowej) i związana z tym komercjalizacja funduszy publicznych (na przykład ubezpieczenia zdrowotne czy emerytalne) oznacza swoistą „kolonizację” państwa. Następuje przesunięcie ogromnej władzy zarządzania pochodzącymi ze składek obywateli funduszami publicznymi w prywatne ręce, poza zasięgiem instrumentów kontroli i koordynacji posiadanych przez państwo.

Oparty na globalizmie i globalizacji „nowy porządek” jest wprowadzany przy zmierzchu publicznej debaty i społecznej kontroli. We współczesnym świecie w sposób bardzo przewrotny jest oddalany wpływ jednostki na władzę, przy jednocześnie niezwykle sugestywnej iluzji jej współudziału w kreowaniu codzienności. Problemy globalne są przedstawiane jako nierozwiązywalne na szczeblu narodowym przez poszczególne państwa, więc wymagają planetarnej perspektywy, by je rozwiązywać oraz ponadnarodowych instytucji, które jednak wymykają się spod demokratycznej kontroli społeczeństw. Decyzje o kluczowym znaczeniu dla milionów ludzi zapadają często anonimowo i w małych zamkniętych gremiach. Zmęczeni codziennością i pochłonięci własnymi sprawami obywatele nabierają przekonania, że i tak na nic nie mają wpływu i dają przyzwolenie na sprawowanie władzy w sposób zakulisowy. Parlament jest sprowadzony do roli struktury kreowania klasy politycznej, która nie „rządzi”, lecz „zarządza” oraz do rytualnego miejsca „polityki symboli”. Instytucje demokratyczne przestają pełnić funkcję ośrodków suwerennej władzy pochodzącej z mandatu obywateli.

Przed niebezpieczeństwem związanym z „deficytem demokracji” (choćby antydemokratyczne próby wprowadzenia eurokonstytucji) przestrzegał nawet ceniony w kręgach globalistów Ralf Dahrendorf, znany socjolog i politolog o poglądach liberalnych. W jednym z wywiadów mówił: „Decyzje nie zapadają już tam, gdzie zwyczajowo czynił to parlament. Podejmuje się je w odległych, a nawet nieznanych miejscach. Są to być może sale konferencyjne korporacji bądź nieformalne międzynarodowe spotkania liderów czy bieg wydarzeń, które umykają wszelkiej kontroli. (…) Innym powodem jest odseparowanie gry politycznej od życia i trosk większości ludzi. Partie stały się machiną rozdzielania władzy, nie reprezentują już interesów obywateli. Uprawianie polityki utraciło cechę reprezentatywności. Można ją zastąpić sondażami opinii publicznej, a także referendami i plebiscytami. W obu wypadkach parlamenty zdają się zbyteczne. Niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą ten scenariusz, to wzmocnienie i tak już silnego trendu prowadzącego w stronę nowego autorytaryzmu” (Ralf Dahrendorf, Zmierzch parlamentów, „Gazeta Wyborcza”, nr 215, 14-15.09.2002 r.).

Zasięg planetarny osiągają gospodarcze instrumenty ekspansji i dominacji. Immanentnie związana z globalizmem „wolność dla kapitału” bynajmniej nie rozwiązuje problemów współczesności, lecz sytuuje je na innym poziomie. Ciekawego spostrzeżenia dokonał Ojciec Święty Pius XI, który w encyklice „Quadragesimo anno” – już w 1931 roku! – zauważył: „Przede wszystkim uderzającym w naszych czasach zjawiskiem jest skupianie się nie tylko samych bogactw, ale także ogromnej potęgi i despotycznej władzy gospodarczej w rękach niewielu, którzy w dodatku często nawet nie są właścicielami, lecz tylko stróżami i zarządcami kapitału, a którzy mimo to kierują nim w sposób samowolny. To ujarzmienie życia gospodarczego najgorszą przybiera postać w działalności tych ludzi, którzy jako stróże i kierownicy kapitału finansowego władają kredytem i rozdzielają go według swej woli. W ten sposób regulują oni niejako obieg krwi w organizmie gospodarczym i sam żywioł życia gospodarczego trzymają w swych rękach, że nikt nie może wbrew ich woli oddychać” (Pius XI, Quadragesimo anno, nr 105-106).

Globalizacja oznacza rządy gigantycznych ponadnarodowych instytucji finansowychh i korporacji. Oznacza niesprawiedliwość w stosunkach międzynarodowych i międzyludzkich, która wynika z braku kontroli etycznej, prawnej i politycznej nad uwolnionymi siłami międzynarodowej ekonomii. Oznacza też generowanie konfliktów militarnych, a wszystko w imię żądzy coraz większych zysków.


Mesjanizm północnoamerykański


Jeszcze w epoce „zimnej wojny”, gdy świat się dzielił na „wrogów” i „przyjaciół”, a o pozycji supermocarstw decydowała siła rażenia ich rakiet z głowicami nuklearnymi oraz wielokrotność możliwości zniszczenia ziemi przez ich arsenały atomowe, część elit światowych zdefiniowała nową linię podziału, gdyż dostrzegła nasilający się konflikt między bogatą Północą a ubogim Południem. Kryzys naftowy 1973 r. odegrał rolę katalizatora. Skoro bowiem eksporterzy ropy naftowej potrafili się zorganizować i przedstawić krajom wysoko rozwiniętym swoje warunki, to co będzie, jak kraje biedne – dostarczające jednak surowce i tanią siłę roboczą, a także będące rynkami zbytu – dogadają się i sformułują swoje warunki? W tym celu David Rockefeller, przy współudziale Zbigniewa Brzezińskiego, zorganizował Trójstronną Komisję (The Trilateral Commission): USA – Europa Zachodnia – Japonia. Jej celem ma być wypracowanie wspólnego stanowiska wobec chcącego się wyemancypować Trzeciego Świata, a przecież od stopnia jego uległości zależy światowa dominacja krajów bogatych.

„Na tym tle – pisał ks. prof. Michel Schooyans – przedsiębiorstwa międzynarodowe wydają się spełniać rolę zasadniczych mechanizmów globalnego systemu podporządkowania. Dzięki swoim metropolitalnym ośrodkom decyzyjnym mogą kontrolować koszty siły roboczej. Szantażują przeniesieniem fabryk, jeśli uznają roszczenia lokalnych pracowników za zbyt wygórowane. Organizują konkurencję, jednocześnie ją jednak kontrolując, pilnują swoich rynków, a w razie potrzeby chroniąc swoje oligopole, nadzorują i mogą ograniczać rozwój gospodarczy narodów satelickich” (Michel Schooyans, Aborcja i polityka, Lublin 1991, s. 178). W ten sposób następuje szybkie przejście od współzależności z dekady lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych do całkowitej zależności, a strażnikiem i regulatorem na nowo się kształtującego porządku światowego stają się państwa bogate pod przywództwem Stanów Zjednoczonych. Kraje Trzeciego Świata i b. bloku komunistycznego również zostają wpisane w światowy – globalny układ. „Stajemy tym samym w obliczu rozszerzonej na cały świat formuły starego mesjanizmu północnoamerykańskiego, który zakłada połączony wysiłek nie tylko najbogatszych narodów, lecz również bogatych klas społeczeństw ubogich. Argumentem dla bogaczy całego świata ma być to, iż biedacy stanowią potencjalną lub nawet aktualną groźbę dla ich bezpieczeństwa” (Michel Schooyans, Aborcja i polityka, Lublin 1991, s. 180).

Rozpad bloku wschodniego i zwycięstwo państw liberalnej demokracji nad „obozem krajów socjalistycznych” oznaczały przekształcenie świata z dwubiegunowego na jednobiegunowy. Ameryka uzyskała status jedynego supermocarstwa. Jedynie Waszyngton dysponuje wystarczającym potencjałem militarnym, politycznym, dyplomatycznym, ekonomicznym do pełnienia funkcji „strażnika światowego rezerwatu”.

Konflikt w Kuwejcie w 1990 r. jeszcze bardziej unaocznił realny układ sił. Okazało się z całą wyrazistością, że Europa nie jest samodzielnym graczem polityki światowej. Demokratyczne państwa Północy, które potrzebują stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa, uznają prymat Ameryki, która tym samym staje się odpowiedzialna za funkcjonowanie całego systemu.

Nowa sytuacja wymagała nowej doktryny. Nie przypadkiem została ona ogłoszona przy okazji pierwszego kryzysu irackiego, w sytuacji gdy Moskwa utraciła status supermocarstwa, a Europa unaoczniła swą słabość na globalnej arenie. Po aneksji Kuwejtu przez irackiego dyktatora Saddama Husajna, jako dziewiętnastej prowincji Iraku, 30 października 1990 roku prezydent Bush oświadczył, że „ONZ może pomóc, by zajaśniał nowy dzień… nowy porządek świata”. W listopadzie tego samego roku, w Pradze, stwierdził, że „kryzys w Zatoce Perskiej stworzył historyczną okazję wszystkim narodom do wykucia nowego porządku świata”. W oficjalnym przemówieniu, wygłoszonym w USA, wspomniał o „długo oczekiwanej obietnicy nowego porządku świata”. A gdy przemawiał w stanie Georgia do rodzin żołnierzy wysłanych do Zatoki Perskiej zapewnił, że „nie ma miejsca dla bezprawnej agresji w Zatoce Perskiej, a także w nowym porządku świata, który pragniemy utworzyć”. Jego syn, prezydent Bush junior w orędziu o stanie państwa wygłoszonym w Kongresie w styczniu 2003 r. odwoływał się do wolności jako naczelnej wartości amerykańskiej federacyjnej demokracji. Dał jasne przesłanie, na czym polega misja dziejowa USA. Podkreślał: „Wolność, którą tak wysoko sobie cenimy, nie jest darem Ameryki dla świata. Jest darem Boga dla ludzkości”.

Prezydent Bush senior w swoich przemówieniach de facto proklamował powstanie „Nowego Rzymu”. Według Roberta Strausza-Hupe’a – długoletniego dyplomaty i znanego w USA rzecznika globalizmu – motywacja jest następująca: w związku ze wzrostem ekonomicznym i politycznym znaczenia krajów azjatyckich oraz wysokim przyrostem ludności w tej strefie następuje przesunięcie się centrum światowego w stronę Pacyfiku (nowe mare nostrum). Drugim czynnikiem jest fakt zwiększania się liczby krajów, które dysponują bronią atomową, co może oznaczać utratę kontroli nad tymi arsenałami przez dotychczasowe mocarstwa atomowe. W związku z tymi okolicznościami jedynym wyjściem dla Stanów Zjednoczonych, jako jeszcze najsilniejszego państwa świata, i z racji przywództwa w ONZ, jest wprowadzenie Nowego Porządku Świata (New World Order), który sankcjonowałby nową pozycję i rolę USA w świecie (por. Robert Strausz-Hupe, The Ballance of Tomorrow, w: „ORBIS”, nr 36, 1992, s. 5-8).

Cywilizacyjna misja Stanów Zjednoczonych wpisuje się w logikę działania imperium. Jest uzasadniana racjami moralnymi, odpowiedzialnością za losy świata, a swe żywotne siły czerpie z idei federacji, która jest podstawą demokracji amerykańskiej. Podobne zasady, aczkolwiek inne motywacje, określały funkcjonowanie Związku Sowieckiego. O ironio, „doktryna Breżniewa” – która obowiązywała do 1987 roku – nakładała na „światową ojczyznę proletariatu” obowiązek bronienia zdobyczy rewolucji i socjalizmu w Europie Środkowowschodniej przed „imperializmem amerykańskim”…

Imperia lubią się powoływać na wolność jako ideę nadrzędną, choć nieraz zabierają tę wolność w imię „wyższych racji”. Nowy Porządek Świata proklamowany przez prezydenta Busha seniora jest kwintesencją misyjnej tożsamości amerykańskiej federacji. Przy czym realną władzą nie dysponuje centrum rządzenia, lecz logika globalna i „globalna ekonomiczno-polityczna totalność”.


Nowy podział świata


Atak na WTC 11 września 2001 roku stanowi punkt zwrotny dla tworzenia nowego ładu światowego. Tak jak atak Japończyków na Pearl Harbour 7 grudnia 1941 roku, który był ogromnym szokiem dla Amerykanów, lecz spowodował przystąpienie USA do II wojny światowej, co zasadniczo wpłynęło na losy świata, tak atak na World Trade Center przejdzie do historii jako kolejny etap tworzenia New World Order. Po 11 września w polityce USA pojawił się szczególny priorytet na najbliższe lata: walka z terroryzmem. Jego efektem była między innymi wojna w 2002 roku z talibami w Afganistanie, której propagandowym celem było bezpieczeństwo Amerykanów we własnym domu. Skuteczne użycie siły w Afganistanie i szerokie poparcie dla tej akcji przez Rosję, Chiny, Japonię i kraje europejskie umocniło pozycję USA jako przywódcy świata.

Dla Stanów Zjednoczonych poparcie akcji przeciwko terroryzmowi międzynarodowemu stało się zarazem ważnym kryterium oceny państw. Prezydent George W. Bush przyjął zasadę: kto nie z nami, ten przeciwko nam. W przemówieniu do Kongresu ostrzegał: „każde państwo w każdym regionie musi podjąć decyzję: albo będzie z nami, albo z terrorystami”. Inne – do niedawna istotne – sprawy, takie jak wewnętrzny system poszczególnych państw czy stopień respektowania praw człowieka, nie mają obecnie większego znaczenia. „Wojna z terroryzmem” jest w tej chwili priorytetem. Pakistan, rządzony niedemokratycznie, wręcz autorytarnie przez generała Perveza Muszarrafa, jest cennym sojusznikiem, podobnie ma się sprawa z Rosją i Chinami, które są dalekie od przestrzegania praw człowieka, ale zadeklarowały poparcie dla działań amerykańskich. Liczy się bowiem wsparcie polityczne w krucjacie antyterrorystycznej. Tym samym Osama bin Laden odniósł skutek odwrotny do zamierzonego: zwalczając globalizm utożsamiany ze Stanami Zjednoczonymi, wydatnie przyczynił się do jego wzmocnienia (Jacek Czaputowicz, Stosunki międzynarodowe po 11 września, w: „Polska w Europie”, nr 3 (37) 2001, s. 9-14).

Prezydent George W. Bush junior doszedł do władzy jesienią 2000 r. pod hasłem osłonięcia Ameryki tarczą antynuklearną. Zapewniał, że Amerykanie będą się czuli bezpiecznie i będą skutecznie chronili „swój sposób życia”. Zapowiadał budowę tarczy antyrakietowej, która miałaby przywrócić i zapewnić militarną przewagę Ameryki w świecie. Przewaga ta miałaby szczególne znaczenie wobec Chin, Rosji i krajów islamskich. System antyrakietowy bardzo wydatnie wzmacniałby status jedynego supermocarstwa dla Stanów Zjednoczonych i dystansowałby te kraje w stosunku do Ameryki. Dysponując znaczącą przewagą technologiczną w uzbrojeniu, USA mogłyby z mniejszym oporem umacniać swoje władztwo w systemie globalnym, zarówno w wymiarze ekonomicznym, jak i geostrategicznym. Atak na WTC odegrał zatem rolę katalizatora nowych stosunków międzynarodowych: wykrystalizował nowy podział świata i dostarczył znakomitego alibi do rozkręcenia programów zbrojeniowych, które z kolei ożywiają koniunkturę gospodarczą.

W swoim pierwszym orędziu o stanie państwa, wygłoszonym w Kongresie 30 stycznia 2002 r., prezydent George W. Bush ostrzegł, że operacja w Afganistanie to dopiero początek wojny Ameryki z terroryzmem. Jako potencjalne cele kolejnych ataków USA prezydent podał trzy państwa wchodzące w skład – nazwanej tak przez niego – „osi zła” (Axis of Evil), czyli Irak, Koreę Północną i Iran. „W chwili, gdy się tutaj zbieramy, nasz kraj jest w stanie wojny, nasza gospodarka jest w recesji, a cały cywilizowany świat stoi w obliczu bezprecedensowego zagrożenia. Mimo to nasze państwo nigdy nie było tak silne, jak teraz” – powiedział prezydent Bush w swoim orędziu. Dodał: „Wojnę wygramy, recesję pokonamy”.

Wystąpienie prezydenta odbiło się szerokim echem w świecie i wywołało również ożywioną dyskusję w samych Stanach Zjednoczonych. Pojawiły się rozważania semantyczne, jak należy rozumieć sformułowanie „oś”: czy wymienione przez Busha kraje ściśle ze sobą współdziałają i czy faktycznie są połączone wspólną osią. Dowodów współpracy i koordynacji jednak nie przedstawiono. Faktem jest natomiast przeświadczenie, że właśnie te kraje znajdują się poza kontrolą amerykańską, mogą stworzyć broń masowej zagłady i mogą ją udostępnić terrorystom. A zatem są potencjalnym zagrożeniem dla świata i dla Ameryki w ciągu najbliższych kilku lat. Problem polega jednak na tym, że bronią atomową obecnie oraz potencjalnie w perspektywie kilku lat dysponuje lub może dysponować poza uznanymi za „oś zła” kilka innych krajów. Między innymi: Brazylia, Indie, Izrael, Japonia, Korea Południowa, Pakistan. Istnieje więc duże niebezpieczeństwo pojawienia się takiej broni w innych częściach świata, a perspektywa dostępu do niej przez wrogie USA kraje islamskie staje się coraz bardziej realna.

27 marca 2003 roku wybuchła tak zwana druga wojna w Zatoce. Gdy Amerykanie przystępowali do ataku na Irak, twierdzili, że wojna jest niezbędna, bo Saddam Husajn zgromadził zapasy broni masowego rażenia, jest bliski ukończenia bomby atomowej, wspiera bin Ladena, a ludność Iraku czeka tylko na wyzwolenie i utworzenie państwa demokratycznego. Mimo apeli Jana Pawła II o stosowanie metod politycznych, a nie militarnych wojska amerykańskie i państw sprzymierzonych, w tym polskie, uderzyły. Wojna została wygrana szybko, lecz jej efekty są wątpliwe: ogrom śmierci, cierpień i zniszczenia, broni masowego rażenia nie odnaleziono, co podważyło wiarygodność Amerykanów, naruszono równowagę w całym regionie, sytuacja w powojennym Iraku jest skomplikowana. W całym państwie pozbawionym silnej władzy panuje anarchia, terroryzm, dochodzi do zamieszek i masowych rabunków. Motywowane „szlachetne” cele wojny i intencje „wyzwolicieli” wzbudzają powszechną krytykę na świecie. Czy chodziło o pokój, sprawiedliwość i demokrację, czy o ropę, demonstrację siły, interesy sojuszników USA w regionie?


Atak prewencyjny na Iran


Wojna z Irakiem – w latach 80. ubiegłego wieku bliskim sojusznikiem USA, który wspierał reżim Husajna w jego wojnie z Iranem – doprowadziła do wzmocnienia Teheranu. USA zdają sobie doskonale sprawę z tego, że brak stabilności na Bliskim Wschodzie może wywołać kataklizm o globalnym zasięgu. Znajduje się tam 65 proc. światowych zasobów ropy i stamtąd, a głównie z Arabii Saudyjskiej, pochodzi 12 proc. amerykańskiego importu ropy. Bliski Wschód wytwarza 31 proc. światowej produkcji ropy, a zużywa jedynie 6 procent. Stany Zjednoczone odpowiednio 18 i 30 proc., a ich zapotrzebowanie na energię wzrosło od czasów wielkiego kryzysu paliwowego w 1973 roku o mniej więcej tyle, ile zmniejszyły się amerykańskie zasoby ropy, czyli o 30 procent. Ponadto analitycy przewidują, że około 2009 roku światowa produkcja ropy zacznie spadać, osiągając zero około 2040 roku. Około 2010 roku zaogni się już widoczny kryzys. Obniżaniem ceny ropy (czyli spadkiem narodowego dochodu) taka Arabia Saudyjska nie jest absolutnie zainteresowana. A rewolucja w tym kraju pociągnęłaby dla świata mniej więcej takie następstwa ekonomiczne, jak rewolucja w Iranie w roku 1979.

W okresie I kryzysu naftowego w 1973 roku został zawarty układ między USA a Arabią Saudyjską. W zamian za polityczne i ekonomiczne popieranie dynastii Saudów, której rządy odbiegają od „standardów demokracji”, Arabia Saudyjska zobowiązała się, że będzie sprzedawała ropę wyłącznie za dolary. W tym manewrze chodziło o ratowanie zadłużonej po uszy gospodarki amerykańskiej i zmuszanie innych krajów eksportujących ten surowiec (OPEC), a przede wszystkim krajów importujących ropę o trzymanie swoich rezerw dewizowych w dolarach. Świat potrzebował coraz więcej ropy, a jej ceny szły stale w górę, toteż popyt na dolary mógł tylko wzrastać. Przewalutowanie tych rezerw oznaczałoby zatem katastrofę ekonomiczną USA. W ten sposób dolar stał się światową walutą przeliczeniową w transakcjach naftowych, a gospodarka amerykańska utrzymywała dominującą pozycję na świecie. Gdyby pojawiało się jednak żądanie zapłaty w innej walucie, to wtedy amerykańską racją stanu byłoby użycie całego aparatu perswazji od nacisków gospodarczych i politycznych aż do akcji militarnej włącznie.

W 2000 roku dyktator Iraku Saddam Husajn zaproponował zmianę ustalonego porządku rzeczy i zażądał płacenia za ropę w euro. Według części analityków, był to prawdziwy powód interwencji amerykańskiej i drugiej wojny z Irakiem. W operacji „Szok i Przerażenie” argumenty, na jakie powoływała się administracja amerykańska, takie jak sprzeciw wobec dyktatury, propagowanie demokracji i obrona zagrożonych w Iraku praw człowieka, rzekomo wielkie zasoby broni masowego rażenia stanowiące zagrożenie dla świata, a także kontrola nad polami naftowymi, które w rękach Husajna były używane do finansowania awanturniczej polityki podboju, stanowiły zasłonę dymną. Tak naprawdę chodziło o zduszenie zagrożenia w zarodku, ratowanie pozycji dolara i gospodarki amerykańskiej oraz przypomnienie, kto jest „strażnikiem światowego rezerwatu”.

Jednak większym zagrożeniem dla USA jest pomysł Teheranu, by powołać Irańską Giełdę Naftową (IOB), co mogłoby podważyć fundament globalnej dominacji USA. Idea ostatecznie powołanej 17 lutego 2008 roku na wyspie Kish giełdy polega na tym, aby każdy, kto chce sprzedać lub kupić ropę naftową czy gaz ziemny, mógł taką transakcję przeprowadzić w euro. Giełda ta ma w zamierzeniach przełamać monopol dolara w międzynarodowym obrocie paliwami. Obecnie wszystkie trzy obowiązujące wskaźniki wyceny ropy są podawane w dolarach: amerykańska WTI, europejska Brent i arabska Dubai. Dlatego dolary są podstawą wyceny na dwóch głównych światowych giełdach ropy: nowojorskiej NYMEX oraz londyńskiej IPE. Irańska giełda próbuje wprowadzić czwarty wskaźnik podawany w euro.

Według niektórych opinii, otwarcie giełdy spotkałoby się z dużym zainteresowaniem państw handlujących ropą, takich jak: Rosja, Chiny i Indie, a także liczne kraje europejskie, które wolałyby dokonywać swoich rozliczeń w euro. Spowodowałoby to gwałtowną wymianę części rezerw walutowych tych państw z dolarów na euro, co umożliwiłoby im drastyczne zmniejszenie swych ogromnych rezerw dolarowych i ich dywersyfikację, a co miałoby fatalne skutki dla amerykańskiej waluty i całej gospodarki Stanów Zjednoczonych. Kraje te bowiem zamiast kupować i trzymać dolary, wolałyby tworzyć rezerwę walutową w euro, co chroniłoby je przed deprecjacją dolara i osłabiało siłę USA w globalnych rozgrywkach. Warto na marginesie zauważyć, że Narodowy Bank Polski w wyniku spadku wartości dolara – a w dolarach była ulokowana polska rezerwa walutowa – stracił gigantyczną kwotę 12 miliardów złotych!

Dlatego coraz głośniej słychać o „ataku prewencyjnym na Iran”, który propagandowo jest motywowany zagrożeniem atomowym ze strony Teheranu. Problem jednak jest znacznie poważniejszy, gdyż atak na Iran spowodowałby znacznie głębsze konsekwencje dla świata niż uderzenie w Irak. Po pierwsze, Iran dysponuje większym potencjałem militarnym niż Irak osłabiony I wojną w Zatoce, po drugie, USA i ich ewentualni sprzymierzeńcy są już osłabieni niekończącymi się wojnami w Iraku i Afganistanie i otwieranie trzeciego frontu może przerosnąć ich możliwości skutecznego działania. Po trzecie, Iran ma sojuszników. Kolejnej wojnie wywołanej przez Waszyngton z niechęcią przyglądałyby się Chiny i Rosja, jak również kraje europejskie, upatrując w niej zagrożenie dla ładu międzynarodowego.


Upadek mitu o wiecznym pokoju


Globalizm i globalizacja nie oznaczają końca geopolityki. Żadna ludzka instancja nie może dać gwarancji, że ogólnoświatowy kataklizm jest już niemożliwy. O tym, jak kruche podstawy tkwią u źródeł przeświadczenia, że obecne status quo stosunków międzynarodowych jest ostateczne, a Polska jest bezpieczna „na zawsze”, przypomina przestroga sprzed blisko stu lat. W 1910 r., a więc w epoce pierwszej globalizacji, brytyjski pisarz Norman Angell ogłosił swą słynną książkę „The Great Illusion” (Wielkie złudzenie). Jej autor argumentował, że takie potęgi przemysłowe, jak: Ameryka, Wielka Brytania, Niemcy i Francja, absolutnie nie są zainteresowane wojną, gdyż coraz bardziej ścisła sieć międzynarodowej współpracy gospodarczej oraz globalna współzależność mocarstw całkowicie i automatycznie eliminują możliwość wielkich konfliktów. Wniosek: XX stulecie stanie się erą pokoju, gdyż wojna absolutnie się nie opłaca: zniszczyłaby zwycięzców i przegranych.

Publikacja Angella miała charakter epigoński. Nawiązywała do eseju „Zum ewigen Frieden” Immanuela Kanta z 1795 r., w którym ten pruski filozof zawarł idee wyraźnie inspirujące brytyjskiego pisarza do ich adaptacji do realiów początku ubiegłego stulecia. Kant twierdził mianowicie, że gdyby narody dążyły ku bardziej republikańskim, a więc demokratycznym rządom oraz gdyby zwiększały wymianę gospodarczą i tworzyły silne prawo międzynarodowe, to w pełni dojrzałyby bezsens wojny i nastałby wieczny pokój. Taka perspektywa, według Normana Angella, była otwarta przed wiekiem XX.

Rozprawa „The Great Illusion” wzbudziła ogromny aplauz, a pisarzowi gratulowano bezbłędnej logiki. Jak jednak powszechnie wiadomo, cztery lata po jej wydaniu wybuchła I wojna światowa, a wiek XX stanowił tragiczne pasmo wojen, rewolucji, konfliktów kolonialnych i postkolonialnych, obłąkanych ideologii, nieludzkich totalitaryzmów, eksterminacji milionów niewinnych ludzi…

Po upadku Muru Berlińskiego przepowiadano światu erę wiecznej szczęśliwości, a globalizm miał stanowić fundament bezkrwawego XXI wieku. Jednak argument siły militarnej jest coraz powszechniejszym narzędziem uprawiania polityki, zgodnie z klasyczną zasadą pruskiego generała Carla von Clausewitza, który głosił, że wojna jest przedłużeniem polityki. W latach 1990-2001, a więc w epoce postzimnowojennej, wybuchło więcej wojen między państwami, wojen domowych oraz innego rodzaju konfliktów niż w jakiejkolwiek innej dekadzie na przestrzeni ostatnich 100 lat.

Bardzo demokratyczne Stany Zjednoczone, które w deklaracjach są wyjątkowo niechętne działaniom militarnym poza własnym terytorium, były inicjatorami dwóch koalicji wojennych oraz uczestniczyły w rozmaitych operacjach wojskowych na kilku kontynentach. Przekonanie o niezagrożonej pozycji światowego hegemona, wynikające z dominującej przewagi w zakresie techniki wojskowej, spowodowało, że Amerykanie uznali wojnę za tanią i łatwą operację (Paul Kennedy, Marzenie o wiecznym pokoju, „Rzeczpospolita”, nr 162, 13-14 lipca 2002 r.). 11 września 2001 r., a więc w pierwszym roku nowego stulecia, upadł mit o bezpieczeństwie Stanów Zjednoczonych. Ostatecznie upadł też lansowany przez globalistów mit o wiecznym pokoju.


Jan Maria Jackowski
drukuj