fot. PAP/Leszek Szymański

Prezydent Andrzej Duda: Demokracja w Polsce nie jest zagrożona

Prezydent Andrzej Duda udzielił wywiadu niemieckiemu tygodnikowi „Der Spiegel”. Zaznaczył w nim, że w Polsce mamy spór polityczny odnoście Trybunału Konstytucyjnego, ale na pewno nie jest w naszym kraju zagrożona demokracja. Prezydent ocenił stosunki naszej ojczyzny z zachodnimi sąsiednimi przyrównując je do małżeństwa – „mamy miłość, ale wciąż zdarzają się też spory”. Rozmowę z głową państwa przeprowadził Jan Puhl.


Panie Prezydencie, Europa obawia się o stan demokracji w Polsce. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz przyrównuje Pańskie działania wręcz do „zamachu stanu”. Czy rozumie Pan te obawy?

To co powiedział pan Schulz, nie tylko ja, ale i wielu Polaków, odebrało jako wielką przesadę, a nawet jako obrazę Polski i polskich obywateli. Na wiosnę mieliśmy u nas wybory prezydenckie, a na jesieni wybory parlamentarne, w wyniku których doszło do zmiany władzy. Wielu ludziom się to nie podoba, zarówno przegranym politykom, jak i dziennikarzom z przeciwnego obozu politycznego. Próbują przedstawić nowy rząd w możliwie jak najgorszym świetle. Schulz jest politykiem lewicy, należy do innej orientacji politycznej aniżeli konserwatyści, którzy tu u nas wygrali. Jego wypowiedzi traktuję jako fragment politycznego wyścigu, który jest po prostu częścią polityki.

A więc to propaganda lewicowo-liberalnych mediów odpowiedzialna jest za zły image Polski? Przez dwa kolejne weekendy na ulice Warszawy i innych miast Polski wychodziły dziesiątki tysięcy osób, by bronić demokracji.

U nas toczy się aktualnie spór o kształt państwa. A to, że mamy demonstracje pokazuje przecież, jak żywą mamy demokrację. Policja nie interweniowała, nikogo nie pozbawiono prawa wyrażania własnego zdania. Zresztą jednocześnie odbyła się też wielka demonstracja zwolenników rządu.

Panu osobiście zarzuca się zaprzysiężenie kilku sędziów Trybunału Konstytucyjnego, których nominację sam Trybunał uznaje za niezgodną z prawem.

Błędem jest sądzenie, że Trybunał Konstytucyjny udzielił mi jasnych wskazówek dla zaprzysiężenia sędziów. Taka wykładnia prawa reprezentowana jest obecnie przez wielu polityków opozycji oraz dziennikarzy – i jest ona błędna. Mówię to teraz też jako prawnik. Ważną zasadą funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego jest jego pluralizm. W obliczu zbliżającej się klęski poprzedni rząd podjął jeszcze szybką próbę zainstalowania kilku swoich kandydatów, w wyniku czego na 15 sędziów 14 byłoby z ich obozu. Czy jest to pluralizm? Nowy parlament zakwestionował ten wybór i wybrał własnych kandydatów. Zaprzysięgłem sędziów, którzy zostali wybrani przez aktualną reprezentację narodu. Zresztą spory pomiędzy rządem a Trybunałem Konstytucyjnym są rzeczą całkiem normalną. Także i w Niemczech zdarzają się nieraz różnice zdań pomiędzy rządem federalnym a sądem konstytucyjnym, a we Włoszech parlament porozumiał się co do kilku nowych nominacji sędziowskich dopiero po 32 głosowaniach. W Polsce mamy spór polityczny, ale na pewno nie jest zagrożona demokracja.

PiS próbuje ponadto obsadzać kluczowe stanowiska w państwowych mediach i spółkach osobami z własnych szeregów. Podobnie robił Viktor Orbán. Czy Polska stanie się drugimi Węgrami?

Nie. Poprzedni liberalny rząd sprawował przez 8 lat władzę i był przy tym szczególnie pozbawiony skrupułów. Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe przywłaszczyły sobie brutalnie państwowe instytucje. I tak, np. Donald Tusk będąc premierem zwolnił po prostu szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego, łamiąc przy tym prawo. Ale media, które większościowo stoją po stronie PO, wtedy się tym nie przejęły. Jest bowiem jasne, że każdy rząd chce obsadzić swoimi ludźmi najważniejsze stanowiska w państwowych instytucjach i spółkach, ponieważ jest przecież odpowiedzialny za to, by dobrze funkcjonowały.

Podejmując jednak takie działania rząd ryzykuje, że Polska będzie w Europie izolowana, tak jak miało to już raz miejsce dziesięć lat temu za braci Kaczyńskich. Jak Warszawa broni się przed tego typu zarzutami?

Będziemy podążali zdecydowanie proeuropejskim kursem. Polacy chcą być w UE, wiedzą jakie korzyści niesie to dla naszego kraju. Dlaczego zarzuca nam się, że jesteśmy antyeuropejscy? To przecież kilku zachodnioeuropejskich polityków pragnie ograniczyć swobodę przepływu osób w Europie, naruszając tym samym jedną z podstawowych zasad funkcjonowania wspólnoty. Uważam tego typu wypowiedzi za antyeuropejskie. My natomiast chcemy w niektórych obszarach ściślejszej współpracy, chociażby w kwestii lepszej ochrony granic zewnętrznych UE. Polska jest ważnym członkiem europejskiej wspólnoty. Pozycję Polski chcemy budować wspólnie z Unia Europejską, a nie przeciwko niej.

Czy nowy rząd dotrzyma więc porozumień zawartych przez swoich poprzedników, choćby w sprawie przyjęcia co najmniej 7 tys. uchodźców?

Jesteśmy gotowi przyjąć w Polsce każdego, kto potrzebuje ochrony. Do tej chwili jednak nie przybył do nas jeszcze dobrowolnie nikt. Dzięki prywatnym inicjatywom zadbano o to, by przyjąć 150 syryjskich chrześcijan. Większość z nich wyjechała jednak w międzyczasie dalej, do Niemiec. Zadaję sobie więc pytanie – jak te 7 tys. ma do Polski dotrzeć?

Unia Europejska zamierza rozdzielić 160 tys. uchodźców według elastycznego systemu.

Czyli ma się ich do nas przewieźć? Może wbrew ich woli? I mamy ich jeszcze tutaj u nas wbrew ich woli przetrzymywać? W zamkniętych obozach? W żadnym wypadku. Kto jednak będąc w niebezpieczeństwie przybędzie do nas z własnej woli, otrzyma u nas schronienie.

Polska w imię europejskiej solidarności otrzymała od UE miliardowe kwoty. Rozwój gospodarczy Polska zawdzięcza także i tym pieniądzom. Czy Warszawa nie jest więc w kwestii przyjmowania uchodźców moralnie zobowiązana do wykazania się solidarnością również wobec innych państw Unii?

Wiele zawdzięczamy Unii Europejskiej – ale nie tylko od niej braliśmy, wnosimy również swój wkład. Z faktu, że Polska jest członkiem UE korzystało wiele zachodnich firm. Dodatkowo przyjmowaliśmy także obywateli ukraińskich uciekających przed wojną. Polska udzieli również pomocy uchodźcom w Libanie i Turcji, zgodnie z ustaleniami zawartymi przez Unię z Ankarą. Taką obietnicę złożyła już premier Beata Szydło. Ale bądźmy szczerzy – wśród uciekinierów wojennych znajduje się też wielu ludzi, którzy przybywają do Europy z przyczyn ekonomicznych. Głównym jednak problemem jest to, że Unia nie była przygotowana na tak ogromną liczbę uchodźców. Wszystkie kraje członkowskie powinny były we właściwym czasie zaplanować rozsądną politykę imigracyjną i azylową.

Jaką rolę ma w Unii odegrać Polska? Czy chciałby Pan, by Pana kraj był rodzajem wschodniej Wielkiej Brytanii – bez euro oraz niezależnością w wielu dziedzinach?

Nie chciałbym przeceniać problemu wspólnej waluty. Podczas kampanii prezydenckiej odwiedziłem ponad 270 powiatów i rozmawiałem z ludźmi. Kryzys gospodarczy ostatnich lat prawie nas nie dotknął. Nasza gospodarka dalej się rozwijała. Jednak ten rozwój dotyczy jak na razie w głównej mierze dużych miast. Na wsi bezrobocie nadal jest wysokie. Młodzi ludzie masowo emigrują. Polskę cechuje ekstremalnie nierówny rozwój. Gdybyśmy teraz wprowadzili euro, przeciętny emeryt dostałby niecałe 200 euro. Najpierw więc należy podnieść poziom życia Polaków. I dopiero później, może po 10 latach, możemy poważnie zastanowić się nad euro.

Polska stała się w ostatnich latach ważnym, przewidywalnym partnerem w UE, zwłaszcza dla Niemiec. Za rządów PiS-u w latach 2005-2007 stosunki między Warszawą i Berlinem jednak dramatycznie się pogorszyły. Czy grozi nam teraz to samo?

Myślę, że to pogorszenie było wymysłem mediów. Ton zaostrzył się wówczas zwłaszcza w gazetach. Natomiast teraz z drugą moją podróżą zagraniczną udałem się do Berlina. Miałem dobre rozmowy. Pewne jest, że Niemcy są nadzwyczaj ważnym partnerem, z którym pragniemy mieć jak najlepsze relacje. Powiem jednak otwarcie. Od Niemiec spodziewaliśmy się większej solidarności. To, że w chwili obecnej planowana jest budowa kolejnego rurociągu bałtyckiego pomiędzy Rosją i Niemcami, który omija Polskę, nie tylko godzi w polskie interesy, ale zwiększa również zależność od Rosji. Nasz stosunek do Niemiec można przyrównać do małżeństwa – w zasadzie to mamy miłość, ale wciąż zdarzają się też spory.

Stosunki z Rosją stanowiły przez długi czas punkt sporny pomiędzy Berlinem i Warszawą. Czy stanowisko Niemiec wobec Władimira Putina jest zbyt miękkie?

Obawiam się, że nie tylko Niemcy, ale i inne kraje, wracają wobec Rosji do zasady „business as usual”, zgodnie z mottem: pozwólcie nam znieść te uciążliwe sankcje, które nic nie wnoszą. Teraz trzeba znowu robić interesy. Takie stanowisko słyszałem w Parlamencie Europejskim także od Austriaków i Włochów. Odkąd Rosja kreuje się w Syrii na strażnika pokoju, głosy te jeszcze bardziej się nasiliły. Wojna w Syrii odwróciła uwagę od Ukrainy. Nie wolno nam jednak zamykać oczu przed imperialną polityką Rosji. Sankcje powinny pozostać w mocy, dopóki na Ukrainie nie zapanuje stabilny pokój. Leży to w interesie bezpieczeństwa całej Europy.

[prezydent.pl]

prezydent.pl/RIRM

drukuj