Prawda o in vitro zamiast kompromisu

Punktem wyjścia debaty na temat in vitro powinno być jasne i prawidłowe postawienie pytania, które w swojej istocie musi być pytaniem natury moralnej. Chodzi o to, jakie dobro należy popierać i jakiego dobra należy bronić oraz jakiemu złu należy zapobiec zgodnie z podstawowym adagium prawa naturalnego: „Dobro należy czynić, zła należy unikać”. Skoro więc opozycja między dobrem a złem ma charakter radykalny, celem debaty nie może być w żaden sposób poszukiwanie „kompromisu” pomiędzy zwolennikami przeciwnych rozwiązań, ale powinno być (jest) dotarcie do prawdy, która obowiązuje człowieka (społeczeństwo) w sposób bezwarunkowy i konieczny.

Poseł Konrad Szymański sformułował postulat doprowadzenia do końca debaty na temat in vitro – postulat bezwarunkowy, zaadresowany do wszystkich, niepozwalający na dłuższe zawieszenie problemu w próżni: w próżni myślowej, w próżni etycznej i w próżni prawnej. Sprawa jest dość złożona i należałoby wskazać ścieżki, którymi należy poprowadzić ową debatę, aby doprowadziła jej uczestników do szczęśliwego finału. Jednak czy w Polsce rzeczywiście toczy się debata na temat in vitro?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy uświadomić sobie, czym jest debata i kto ma ją prowadzić. Jak dotąd w Polsce – poza rzeczowymi i obiektywnymi wypowiedziami księży biskupów na temat in vitro – prawdziwej debaty właściwie nie ma. A powinni prowadzić ją ludzie, którzy rozumieją ten problem w całej złożoności, a więc specjaliści w zakresie dyscyplin z nim związanych. Przede wszystkim powinni zabrać głos moraliści; mogą to być też filozofowie uprawiający etykę, ale broń Boże filozofowie „analityczni” i tacy, których wystarczająco zdyskwalifikował Jan Paweł II w encyklice „Veritatis splendor”. Ponadto w debacie powinni wziąć udział ludzie, którzy podejmują decyzje prawne i polityczne, a więc parlamentarzyści, przynajmniej w wydelegowanych przez siebie komisjach. Natomiast nie ma żadnego znaczenia dla debaty badanie tzw. opinii publicznej, która jedynie świadczy o tym, że pewni ludzie myślą, a inni nie myślą, tylko ulegają natchnieniu idącemu ze źródeł propagandy o nieznanym pochodzeniu, inni „myślą że myślą” i wypisują, co im zakiełkuje w głowie. W każdym razie to, co ktoś „myśli” o problemie, nie ma merytorycznego znaczenia dla samej debaty, może natomiast stanowić materiał socjologiczny dla kogoś, kto chce mnożyć publikacje o publikacjach i sondaże o sondażach.


Punkt wyjścia: pytanie natury moralnej


Punktem wyjścia debaty na temat in vitro musi być jasne i prawidłowe postawienie pytania, które w swojej istocie jest pytaniem natury moralnej. Chodzi o to, jakie dobro należy popierać i jakiego dobra należy bronić oraz jakiemu złu należy zapobiec zgodnie z podstawowym adagium prawa naturalnego: „Dobro należy czynić, zła należy unikać”. Celem debaty powinno być (jest) dotarcie do prawdy, która obowiązuje człowieka (społeczeństwo) w sposób bezwarunkowy i konieczny.

Jeżeli jednak w debacie chcą wziąć udział ludzie, którzy nie wiedzą, co to jest prawda, lub nienawidzą prawdy, albo wyznają filozofię, która trudzi się tworzeniem intelektualnych zasłon odgradzających skutecznie i bezboleśnie danego filozofa od prawdy, to takim ludziom trzeba powiedzieć, że lepiej, aby nie zabierali głosu na ten temat. Wokół problemu in vitro istnieje ogromny zamęt myślowy we współczesnej kulturze zatrutej ideami postmodernizmu i liberalizmu, które znakomicie przygotowują grunt dla totalitarnych rządów. W polityce totalitarnej prawda nie jest potrzebna, prawda jest niewygodna, prawda „szkodzi” rządzącym. Zamiast prawdy obowiązuje „poprawność polityczna” i usłużna uległość wobec „autorytetów” wylansowanych przez wiodące siły polityczne.


Prawda u podstaw etyki


Prawda, o którą chodzi, z formalnego punktu widzenia jest to prawda metafizyczna, a merytorycznie rzecz biorąc, jest to prawda antropologiczna, stanowiąca podstawę prawa naturalnego, ale oświetlona Objawieniem, bez którego nie jest możliwe ujęcie integralnej prawdy o człowieku bez niebezpieczeństwa popełnienia błędu. Niektórzy wykorzystują ten fakt jako pretekst do stawiania zarzutu Kościołowi, że usiłuje narzucić ludziom „ideologię konfesyjną”. Pamiętamy tę polemikę z okresu walki przeciw aborcji: dla ateistów i zwolenników amoralizmu jest to wygodny wybieg, ujawniający zarazem istnienie apriorycznych założeń, które pozwalają manipulować moralnością dla celów politycznych lub czysto utylitarnych. Podobny spór toczył się w swoim czasie o status „filozofii chrześcijańskiej”, którą atakowano z punktu widzenia światopoglądu czysto racjonalistycznego bądź czysto naturalistycznego. Ujęcie naturalistyczne (racjonalistyczne) również polegało na bezprawnym założeniu apriorycznym, według którego chrześcijanin uprawiający filozofię rezygnuje z rozumu na rzecz „wiary”, którą z kolei rozumiano złośliwie jako coś irracjonalnego. Te uprzedzenia zostały w zasadzie szczęśliwie pokonane (E’tienne Gilson, Jacques Maritain, Mieczysław A. Krąpiec, Karol Wojtyła – Jan Paweł II), szczególnie za sprawą encykliki „Fides et ratio”. To zagadnienie stosunku wiary do rozumu nadal rozwija i pogłębia Benedykt XVI wykazujący w tym zakresie znakomity zmysł syntezy. Krótko mówiąc, ci, którzy zwalczają filozofię chrześcijańską, nie są zdolni pojąć, że chrześcijanin posługuje się swoim rozumem zgodnie z jego istotą i prawami myślenia wynikającymi z istoty człowieczeństwa i w ogóle z istoty bytu. Nie używa wiary jako „protezy” wyręczającej rozum, lecz korzysta z niej niczym ze światła, którego obecność odkrywa w rzeczywistości dostępnej ludzkiemu poznaniu (ponieważ tzw. preambula fidei poznaje nie inaczej jak rozumem). Poznanie to pozwala mu uniknąć karygodnych błędów myślenia i zdrady wobec samego rozumu. Natomiast smutną prawdą jest, że wielu „filozofów”, którzy w imię autonomii rozumu odrzucili wiarę, zwyczajnie kończyli jako ci, którzy przestali uznawać wartość rozumu. Popularnym symptomem tego stanu umysłu jest nienawiść i pogarda dla metafizyki, tak częsta w epoce postmodernizmu.


Jak prowadzić dialog?


Niektórzy w dobrej wierze proponują, by Kościół w debacie z niewierzącymi ograniczył się do samych argumentów racjonalnych, to znaczy nieodwołujących się do świadomości chrześcijańskiej. Byłby to wielki gest pokory ze strony Kościoła i w takiej sytuacji w grę wchodziłyby tylko argumenty „naukowe” i ogólnoludzkie doświadczenie moralne. Przyjęcie takiej formy debaty nie gwarantuje jednak jej powodzenia w sensie dotarcia do prawdy. Historia pokazuje, że niewierzący zwyczajnie nie chcą uznać faktów, które są im niewygodne, a ponadto dyskusja etyczna zależy nie tylko od podstawowego doświadczenia sumienia, lecz także od określonej filozofii, którą ktoś przyjmuje w celu interpretacji tego doświadczenia. W rezultacie nieuniknione jest rozejście się dróg Kościoła i tzw. racjonalistów.

Warto także zaznaczyć, że tylko Kościół – zaangażowany w tej debacie – będzie rozumiał dobrze błędy popełniane przez drugą stronę, która znajdzie równocześnie tysiąc wymówek usprawiedliwiających swój sposób myślenia, mimo iż jest oczywiście błędny. Sytuacja taka jest nader czytelna na przykładzie ciągnącej się dziesiątki lat dyskusji nad antykoncepcją, a obecnie dochodzą do tego nowe problemy związane z załamaniem się moralności seksualnej. Okazuje się, że istnieją pewne problemy moralne, które nie dają się rozwiązać na drodze czysto racjonalnej i wymagają odwołania się do racji ostatecznych, czyli do Pana Boga. Kościół w swojej długiej praktyce duszpasterskiej jest świadom tego problemu.


Rozum oświecony wiarą


Z tego wynika, że ludzie Kościoła mają pełne prawo posługiwać się rozumem jako oświeconym wiarą, ponieważ taki rozum nie przestaje być rozumem, lecz jest nim w sposób doskonalszy. Odrzucenie światła wiary w tym celu, aby znaleźć się wspólnie z „niewierzącymi” na tej samej płaszczyźnie racjonalnego myślenia, jest błędem, ponieważ światło wiary nie jest dane jedynie dla prywatnej satysfakcji wierzących, lecz dla oświecenia tych, „którzy tkwią w mroku i cieniu śmierci”. Chrześcijanin rezygnujący ze światła wiary w debacie moralnej, która dla swojej pełni wymaga tego światła, popełnia zdradę, a przynajmniej grzech małoduszności, lękając się głupawych i tendencyjnych zarzutów ze strony niedowiarków. Wreszcie „chowanie wiary do kieszonki” marynarki nie pomaga do obrony racjonalnego charakteru debaty, ponieważ to, co nasi „racjonaliści” przedstawiają jako „autonomiczny rozum”, jest w gruncie rzeczy swoistym racjonalistycznym fideizmem opartym na naturalistycznych dogmatach, do których wstydzą się przyznać, ale których nie pozwalają poddać pod dyskusję, przeżywając je jako element swojej racjonalistycznej „religii”. Jak widzimy, sprawa jest złożona i dopiero wiara rozświetla tajniki rozumu; nie należy więc chować jej „pod korzec” („bo nie jest światło, by pod korcem stało ani sól do potraw kuchennych” – jak to potwierdził Norwid). Nie wolno zapominać tego, co napisał św. Paweł w Liście do Tymoteusza o Chrystusie, „który śmierć zwyciężył, a na życie i nieśmiertelność rzucił światło przez Ewangelię” (2 Tm 1, 10). Korzystanie z tego światła nie przynosi ujmy rozumowi, lecz w pełni odpowiada jego wewnętrznej naturze.

W docieraniu do prawdy, na której opierają się zasady postępowania obowiązujące w dziedzinie życia i płodności, Kościół ma pełne możliwości prowadzenia dyskursu mającego charakter racjonalny, przy czym ma szansę pokazania takich aspektów prawdy antropologicznej, których nie domyślają się niedowiarkowie, choć z tego powodu ponoszą szkodę, np. jeśli chodzi o wymiar sakralny tajemnicy płodności. Człowiek uczciwie myślący ma pełną możliwość odkrycia tego aspektu ludzkiego bytu, choć samodzielnie nie pozna do końca jego ostatecznych racji. Wiara zatem wkroczy w sposób pełnoprawny w akcję, jednak nie po to, by pognębić rozum, lecz by go ocalić. To, co wiara może i powinna „pognębić”, to nie jest rozum, lecz pycha rozumu: pycha, która wmawia człowiekowi, że jest ostatecznym źródłem prawdy. Z tą pychą Kościół ma obowiązek walczyć, niezależnie od tego, czy spotyka go z tego powodu taki czy inny zarzut.


Zrodzenie w sensie ludzkim


Mamy zatem poznać prawdę, która dotyczy dobra podstawowego dla człowieka. Tym dobrem jest zrodzenie człowieka, nie tylko fizyczne, lecz także pełnowartościowe w rozumieniu osobowym, wspólnotowym, ogólnoludzkim wreszcie. W zrodzeniu człowieka jako wydarzeniu dostrzegamy w sposób nierozdzielnie związany dwie strony tej rzeczywistości: stronę podmiotową (tych, którzy rodzą) i stronę (w pewnym sensie) „przedmiotową”, to jest człowieka zrodzonego. Oczywiście wiemy, że w tym człowieku zrodzonym trzeba widzieć podmiot, a nie tylko przedmiot, gdyż w tym drugim przypadku ów przedmiot łatwo staje się „obiektem” bardzo urozmaiconego podejścia tych, którzy uważają się za stronę „czynną” wyposażoną we wszelkie możliwości działania według swoich zamiarów.

Samo wyróżnienie tych dwóch aspektów wydarzenia rozumianego jako zrodzenie nie wyjaśnia istotnego problemu związanego z przyjściem człowieka na świat. Oprócz tych dwóch „podmiotów” (małżonków i ich dziecka) w grę wchodzi trzeci podmiot, który rzuca istotne światło na całą sprawę: jest to Bóg-Stwórca. Bez tego Światła nie można zrozumieć człowieka, jego przyjścia na świat i dobra, które mieści się w tym wydarzeniu i które jest zadane jako dobro moralne temu podmiotowi, który nazywa się „małżeństwem”.

Dobro, które się realizuje (które powinno się realizować) wewnątrz relacji tych dwóch podmiotów antropologicznych, nie ma charakteru ontologicznego, psychologicznego, socjologicznego czy jakiegokolwiek utylitarystycznego, lecz jest to dobro w sensu stricto religijno-moralne. Wynika to stąd, że w zrodzeniu człowieka urzeczywistnia się w pierwszym i podstawowym znaczeniu stworzenie człowieka, które jest dziełem Boga, a rola małżonków polega na tym, iż są „sługami i współpracownikami” tego dzieła, które należy do Boga. Bogu przysługuje absolutne pierwszeństwo autorytetu, który nie może być dla żadnych racji podważony, a tym bardziej obalony przez grzech szatański polegający na odmówieniu Bogu posłuszeństwa. Ta zasada fundamentalna została ustanowiona dla obrony człowieka, jego godności, osobowej suwerenności, która objawia się w tym, że człowiek przychodzący na świat podlega tylko Bogu i z tego względu nie może się stać (nie powinien się stać) niewolnikiem jakichkolwiek sił i bożków tego świata. I tylko wtedy, gdy ta zasada jest dostrzegana i respektowana, godność człowieka może być ocalona i człowiek jest widziany jako podmiot czci i miłości, a nie jako przedmiot (obiekt) przyziemnych kalkulacji wynikających z ludzkiej żądzy, zaborczości, pychy, fałszywej ambicji i tym podobnych słabości człowieka.


Misja i odpowiedzialność małżeństwa


Ta wartość wewnętrzna, moralno-religijna, jest ściśle związana z konstytucją małżeństwa jako sakramentu i jest całkowicie wyjęta spod jurysdykcji świeckiej. Małżeństwo tak widziane stanowi przestrzeń, w której życie objawia się jako poddane tylko Bogu i całkowicie niezależne od państwa, jego praw i urzędów. Rodzina jest tą przestrzenią zbudowaną przez małżeństwo, w której człowiek jest wolny, nie jest numerem w państwowym budżecie ekonomiczno-demograficznym, człowiek jest po prostu Boży, należy wyłącznie do Stwórcy. Dzięki temu jest wolny wolnością otrzymaną z góry, ale też na mocy tej wolności jest odpowiedzialny za świętość daru życia, zarówno w ujęciu czynnym, jak i biernym.

To dobro, które jest zadane, należy całkowicie i wyłącznie do zakresu powołania małżeńskiego. Żadna inna instytucja nie może przejmować od małżeństwa tej odpowiedzialności ani stawiać jakichkolwiek przeszkód (społecznych, prawnych, ekonomicznych, ideologicznych) utrudniających lub nawet uniemożliwiających małżeństwu spełnianie właściwych mu zadań. Dobro zadane małżeństwu – i tym samym rodzinie – ma rangę uniwersalną i absolutną, dlatego cały ustrój społeczny i polityczny powinien być podporządkowany temu dobru, które jest najważniejszym składnikiem dobra wspólnego, wobec którego służba stanowi rację bytu wszelkich urządzeń społecznych i politycznych.


Prawo powinno służyć rodzinie


Jednym z istotnych urządzeń społecznych jest prawo, które ma służyć dobru rodziny, chroniąc ją, określając zadania państwa wynikające z zasady pomocniczości, ale nigdy nie pozwalając, by ktokolwiek przywłaszczał sobie te kompetencje, które w sposób istotny i wewnętrzny należą do rodziny. Rolą prawa jest uznać prawdziwą naturę małżeństwa i rodziny, która jest niezależna od samych formuł prawa stanowionego, lecz wynika z tych samych źródeł, z których pochodzi natura człowieka, duchowy ustrój ludzkości i jej wieczne powołanie. Kiedy mówimy „człowiek” i „ludzkość”, dotykamy rzeczywistości przekraczającej czas i wszelkie uwarunkowania widzialnego świata. Innymi słowy, prawo ma za zadanie przyjąć taką definicję małżeństwa i rodziny, która pochodzi od Boga i nie może w niczym naruszać prawdy małżeństwa i rodziny pod wpływem zmiennych prądów kulturowych lub podejrzanych interesów jakichś grup politycznych. Te fundamentalne zasady broniące prawa do życia, sakralnego charakteru powołania rodzicielskiego, suwerennego i nietykalnego charakteru rodziny jako podmiotu, któremu przysługuje w stosunku do państwa pierwszeństwo nie tylko historyczne, ale i metafizyczne, jurydyczne i moralne, zasady broniące świętego charakteru miłości małżeńskiej, nienaruszalnej godności ludzkiego ciała – powinny zostać w sposób nieusuwalny wpisane do Konstytucji państwa.


Prawo a moralność


Odpowiadając na pytanie o moralną treść dobra realizowanego przez małżeństwo, dotknęliśmy także rzeczywistości prawnej. Porządek moralny i prawny są ze sobą ściśle powiązane, a zarazem odróżnione w sposób niepozwalający na pomieszanie. Moralność jest wewnętrzną istotą życia rodziny, natomiast prawo stwarza zewnętrzną dla moralności przestrzeń bezpieczeństwa, które umożliwia realizację celów moralnych, czyli wynikających z powołania rodziny. Pomieszanie obu porządków rodzi szkody dla obydwu. Kiedy prawo staje się (usiłuje się stać) moralnością, czyli prawem moralnym w ścisłym znaczeniu, mamy do czynienia z rygoryzmem. Kiedy moralność usiłuje się stać prawem par excellence, mamy do czynienia z legalizmem. Oczywiście bardzo niedobrze jest także wtedy, kiedy prawo jest pojmowane i konstruowane jako niezależne od porządku moralnego; wtedy mamy pozytywizm prawny skojarzony z nihilizmem moralnym. A kiedy moralność nie ma dość siły, by wypowiedzieć się także poprzez strukturę prawną, skazuje się na stopniowy zanik, ponieważ rezygnuje ze słusznej ochrony, jaka jest jej należna ze strony prawa i odpowiednich instytucji społecznych.


Jakie prawo chroni rodzinę


Zatem kiedy już uzyskaliśmy odpowiedź na pytanie o moralność powołania małżeńskiego w rozumieniu ogólnym, należy ten problem rozważyć bardziej szczegółowo, aby było wiadome, jaka konstrukcja prawna byłaby słuszna i pożądana w celu ofiarowania rodzinie koniecznej ochrony. W naszej debacie koncentrujemy się na szczegółowym problemie dotyczącym etyki rodzicielskiej. Nie chodzi więc o całościowo wzięte postępowanie małżonków, lecz o konkretne problemy w dziedzinie płodności. Jak wiadomo, sam problem in vitro jest związany logicznie, psychologicznie i medycznie z faktem, że ktoś „chce” mieć dziecko, a równocześnie „nie może” mieć tego dziecka. Wtedy pojawiają się „specjaliści”, którzy oferują „usługi reprodukcyjne” i obiecują pokonanie bariery niepłodności przy pomocy określonych zabiegów biotechnologicznych. Należy zatrzymać się nieco nad problemem, jaki małżonkowie przeżywają w sumieniu, z jednej strony „chcąc” mieć dziecko, z drugiej strony nie mogąc go skutecznie „uzyskać”. Zanim przejdzie się do strony prawnej tego zagadnienia, należy oświetlić problem pryncypiami moralnymi wynikającymi z istoty powołania małżeńskiego.

Należy przypomnieć, że każdy człowiek rodzi się, ponieważ Bóg chce go jako Stwórca. Małżonkowie nie mogą w inny sposób „chcieć” tego człowieka, niż chce go Stwórca. Ich „chcenie” powinno całkowicie zamykać się wewnątrz woli Boga wyrażonej w samej istocie małżeństwa jako oblubieńczego przymierza osób. Małżeństwo jest służbą Bogu i małżonkowie powinni zdobyć się na bezwarunkowy akt posłuszeństwa wobec Stwórcy i Jego zbawczych planów. Nie mogą przemienić małżeństwa na prywatne przedsiębiorstwo „produkcyjne”, w którym nie bierze się pod uwagę woli Boga, lecz osiągnięcia „nauki” i możliwości biotechnologii. Problem ten dotyczy dwojakiego rodzaju sytuacji: z jednej strony małżonkowie nie mogą przy pomocy różnych zabiegów niszczyć płodności pod pretekstem, że ta płodność przeszkadza im w swobodnym przeżywaniu „miłości”, a po drugie, kiedy z jakichś powodów (a najczęściej z powodu praktyk antykoncepcyjnych) płodność napotyka na przeszkody, nie mogą realizować na siłę własnych dążeń do „posiadania” dziecka, ponieważ takie dążenie jest sprzeczne z istotą małżeństwa. Dziecko „wymuszone” biotechnologicznie jest dzieckiem „wyprodukowanym”; nie jest natomiast dzieckiem zrodzonym, biorąc pod uwagę teologiczno-moralny sens tego pojęcia. W świetle etyki powołania małżeńskiego sprawa jest jasna i już tutaj można powiedzieć, że jeśli jest potrzebne jakieś prawo, to powinno być to prawo bezwzględnie i bezwarunkowo zakazujące praktyki in vitro, jak to już ktoś mądry zaproponował w projekcie „Contra in vitro”, a posłowie (mniej mądrzy) nie chcieli się temu projektowi przyjrzeć. Kiedy odrzuca się słuszny i mądry projekt, gremium skazuje się na błądzenie po manowcach legislacyjnych bez szans i nadziei na stworzenie czegoś sensownego.

Transcendencja daru.


Duchowy wymiar płodności


Bóg, stwarzając małżeństwo jako unię osobową mężczyzny i kobiety, wpisał tym samym w jego istotę prawo, zgodnie z którym poczęcie człowieka dokonuje się jako owoc wzajemnego daru mężczyzny i kobiety (męża i żony), daru integralnego i bezinteresownego. Małżonkowie nie traktują małżeństwa jako „instrumentu” do rodzenia dzieci, który przy braku efektywności należałoby zastąpić innym, skuteczniejszym instrumentem lub skorzystać z usług „firmy”. Zjednoczenie małżonków odbywa się w kontekście sakramentu i dlatego ma charakter modlitwy, w której otwierają swoje serca w gotowości pełnienia woli Boga i przyjmowania od Boga daru życia, „którym ich zechce obdarzyć”. Ta perspektywa zarysowana już w liturgii zawierania małżeństwa powinna wyznaczać kierunek myślenia małżonków w odniesieniu do potomstwa. Skoro dziecko jest darem Stwórcy, a to nie jest przenośnia poetycka, lecz realna prawda metafizyczna, dlatego postawa małżonków charakteryzuje się wdzięcznością i gotowością służby wobec otrzymanego daru. A jeśli ten oczekiwany dar się nie pojawia, nadal aktualna jest modlitwa w celu uzyskania światła dla zrozumienia swojej sytuacji przed Bogiem oraz uzyskania nowych łask dla pełnienia zadań, które Bóg zechce im powierzyć dla dobra Kościoła. Z historii biblijnej wiadomo, że nieraz Bóg długo przygotowywał serca małżonków na przyjęcie daru życia, wobec którego miał szczególne plany. A jeśli okaże się, że dotknęła ich niepłodność, być może nieuleczalna, tym bardziej potrzebna jest wytrwała modlitwa, aby mogła dojść do głosu płodność duchowa, przewidziana w życiu Kościoła jako charyzmat, przez który objawia się Duch Święty. Nie wolno płodności małżeńskiej zniżać do poziomu samej biologii. Człowiek jest przede wszystkim istotą duchową i na poziomie ducha kształtuje się cała jego aktywność.

Dlatego problem niepłodności małżonkowie rozwiązują w rozmowie z Bogiem, a nie w kontraktach z zootechnikami. Istnieje oczywiście dział medycyny, który zajmuje się badaniem zjawiska płodności i niepłodności, odczytując precyzyjnie wszystkie uwarunkowania z tym związane wpisane w organizm człowieka. Rozwija się dzięki staranności i wytrwałości dr. Thomasa Hilgersa i nosi osobliwą nazwę „NaProTechnologii”. Dziś może się poszczycić realnymi osiągnięciami w leczeniu niepłodności, nie wyręczając małżonków, lecz pozwalając im działać zgodnie z ich naturą. NaProTechnologia zasługuje ze wszech miar na poparcie i powinna być objęta programem studiów medycznych, gdyż pomaga ocalić ludzki charakter płodności.

Centralnym problemem debaty na temat in vitro jest etyka zrodzenia związana wewnętrznie z powołaniem małżeństwa. Stwierdziliśmy także, że jest to wewnętrzna dziedzina rodziny jako Kościoła domowego, stąd wyklucza się tu jakąkolwiek interwencję prawa państwowego. Istnienie cywilizacji godnej swego miana zależy od ocalenia autonomii małżeństwa i rodziny w realizacji swego powołania otrzymanego od Stwórcy. Państwo może i powinno chronić tę instytucję Bożą przed zamachami ze strony zbrodniczych grup politycznych, które usiłują zdegradować lub zniszczyć małżeństwo moralnie, antropologicznie, ekonomicznie i społecznie. Tu są potrzebne zakazy oparte na konstytucyjnym potwierdzeniu tożsamości i roli małżeństwa. Duże pole do popisu mają parlamenty w zakresie tworzenia ustaw realnie chroniących rodzinę, w organicznej łączności z ustanowieniem autentycznej polityki prorodzinnej. Jak dotychczas nasz parlament nie potrafił uczynić ani jednego kroku pozytywnego w tym kierunku i jest obawa, czy nasi politycy rozumieją naprawdę, o co tutaj chodzi.

Ks. prof. Jerzy Bajda
drukuj