fot. Ewa Sądej / Nasz Dziennik

Trwa problem polskich przewoźników dot. płacy minimalnej

Niemcy i Francja chcą wyeliminować ze swojego rynku polskich przewoźników. Chodzi o dotkliwe dla polskich przedsiębiorców przepisy dotyczące płacy minimalnej. Mogą one doprowadzić do upadku wielu polskich firm transportowych.

Polski rząd zapewnia, że robi co może. Sprawa nie jest jednak taka prosta, płaca minimalna stała się bowiem przedmiotem wewnętrznych rozgrywek politycznych – zarówno w Niemczech jak i we Francji.

Polski transport jest wiodący w Europie. Niestety sytuacja polskich przewoźników pogarsza się. Chodzi o przepisy dotyczące płacy minimalnej, które wprowadziły Niemcy i Francja.

– To jest chęć wyrzucenia z rynku transportowego na terenie Niemiec i Francji polskich firm transportowych – ocenia mówi Tomasz Rojek z Pomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników.

Szczególnie dotkliwe są przepisy we Francji. Tu stawka płacy minimalnej wynosi 9,67 euro za godzinę

– Dzisiaj niestety nie stać nas jako kraju, aby taka stawka powszechnie  obowiązywała – mówi wiceminister infrastruktury i budownictwa Jerzy Szmit.

Utrudnienia polegają jednak nie tylko na tym – zwraca uwagę Tomasz Rojek.

– Musimy tłumaczyć na język francuski czy niemiecki dokumenty. Musimy w przypadku przepisów francuskich mieć swojego przedstawiciela na terenie Francji. Może dojść do sytuacji, że żeby wypuścić samochód w trasę będziemy musieli mieć kilka osób, które będą obsługiwały tegoż kierowcę i ten samochód – alarmuje Tomasz Rejek z Pomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników.

Niestosowanie się do przepisów grozi surowymi karami. Polski rząd zapowiada, że będzie walczył o prawa polskich przewoźników.

– Przeciwstawiamy się temu i nie zamierzamy ustąpić w staraniach w sprawie cofnięcia tych uregulowań – oświadczył minister Jerzy Szmit.

Rozmowy toczyły się już na najwyższym szczeblach. Premier Beata Szydło rozmawiała o sprawie m.in. z kanclerz Niemiec Angelą Merkel w czasie konsultacji międzyrządowych w Warszawie.

Przeciwko przepisom protestuje łącznie 11 państw. Wśród nich między innymi kraje Grupy Wyszehradzkiej. Liczą one na zdecydowaną reakcję Unii Europejskiej.

– Ta sprawa jest już w obrębie Unii Europejskiej i mamy kilka sygnałów i kilka jasnych dokumentów, że pani komisarz Violeta Bulc, która jest odpowiedzialna za transport, również jest przeciwna tym rozwiązaniom – podkreśla Jerzy Szmit, wiceminister infrastruktury i budownictwa.

O zniesienie szkodliwych przepisów nie będzie łatwo. Tym bardziej, że Komisja Europejska odrzuciła sprzeciw 11 krajów w sprawie pracowników delegowanych. A to oznacza, że pracodawca, wysyłając pracownika do pracy do innego kraju UE, będzie musiał zapłacić mu tyle samo, ile zarabiają lokalni pracownicy. Zmiany najdotkliwiej odczują polscy przedsiębiorcy. To z naszego kraju pochodzi najwięcej pracowników delegowanych. Jest ich ćwierć miliona – najwięcej – aż 50 proc. z nich pracuje w Niemczech.

Kraje takie jak Niemcy, czy Francja dążą do tego, aby ograniczyć konkurencję z zewnątrz – to jest jasne – komentuje Mariusz Kękuś, ekonomista.

O zmiany ustaw uderzających w polskich przewoźników nie będzie łatwo.  Zarówno we Francji jak i w Niemczech stały się one elementem wewnętrznej polityki.  W Niemczech ustawa została wpisana do umowy koalicyjnej między SPD a chadecją. Socjaldemokraci nie zamierzają w żaden sposób ustąpić. Podobnie we Francji, gdzie zbliżają się wybory.

 

 

TV Trwam News/RIRM

drukuj