fot. Mateusz Marek / Nasz Dziennik

Pokonajmy ten polityczny klincz

Z ks. abp. Markiem Jędraszewskim, metropolitą łódzkim, zastępcą przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, rozmawia Sławomir Jagodziński

„Gdzie chrzest, tam nadzieja” – to hasło trwających obchodów jubileuszu 1050-lecia chrztu Polski. Jak je zinterpretować w kontekście nie tyle przeszłości, ile przyszłości?

– Chrzest jest wielkim zobowiązaniem do tego, aby dawać świadectwo o swej przynależności do Chrystusa. Ono w życiu chrześcijanina musi być ciągle ponawiane. Z kolei świadectwo daje się po to, by się coś wokół nas zmieniło. Jest więc w tym zawarta nadzieja związana z przyszłością. Chodzi bowiem o to, aby poprzez wierność wynikającym z sakramentu chrztu zadaniom i zobowiązaniom zmieniało się nasze wnętrze, a dalej: aby na dobre zmieniało się to wszystko, co jest wokół nas – zarówno w wymiarze najbliższym, rodzinnym, jak i społecznym, narodowym i państwowym. Nie możemy się ograniczyć do samego świętowania pewnych rocznic, ale musimy pytać się, z jakimi zobowiązaniami i zadaniami te rocznice wiążą się dla nas na dzisiaj i na jutro.

Czas na rachunek sumienia?

– Zasadniczo rachunek sumienia odnosi się do przeszłości. Chodzi w nim bowiem o ocenę tego, co się zrobiło dobrze, a co nie. Oczywiście, rachunek sumienia jest bardzo ważny, ale ja chciałbym tutaj podkreślić wagę namysłu nad zobowiązaniami płynącymi z przeszłości w świetle dotychczasowych sukcesów i porażek Narodu – po to, żeby budować jego dobrą teraźniejszość i dobrą przyszłość.

Co zrobić, aby świętowanie tak kluczowej, także dla polskiej państwowości, rocznicy wpłynęło na przemiany w przestrzeni społeczno-narodowej?

– Tak się złożyło, że kościelne obchody tysiąclecia chrztu Polski w latach 1956-1966 i konkurencyjne z nimi obchody tysiąclecia państwa polskiego, organizowane przez ówczesne władze PRL z Władysławem Gomułką na czele, miały w swym tle wyraźnie nakreślony problem miłosierdzia. Stało się tak na skutek ogłoszonego późną jesienią 1965 roku listu biskupów polskich do biskupów niemieckich wraz ze słynnym zdaniem: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Realizacja tego, co wyrażało owo zdanie, wymagała ze strony wielu Polaków prawdziwego heroizmu, poprzedzonego dogłębnym procesem wewnętrznego nawrócenia. Ostatecznie, kiedy pół wieku temu jako katolicki Naród świętowaliśmy tysiąclecie chrztu Polski, czyniliśmy to w poczuciu moralnego zwycięstwa, najpierw nad sobą, nad swoimi urazami, nad ogromnym poczuciem wyrządzonych nam krzywd, a potem w skali katolickiego Narodu. Wszystko dlatego, że byliśmy zdolni i przebaczyć, i prosić o przebaczenie – mimo że między doznanymi krzywdami ze strony Niemców a uczynionymi im przez nas była ogromna dysproporcja i mimo że przeciwko Kościołowi, w pierwszym rzędzie przeciwko ks. kard. Stefanowi Wyszyńskiemu, rozpętała się potężna komunistyczna propaganda nienawiści w myśl hasła „Nie przebaczamy i nie prosimy o przebaczenie”.

Tak było pięćdziesiąt lat temu. Obecnie zaczynamy wchodzić w obchody 1050. rocznicy chrztu także w kontekście miłosierdzia. Tym razem impuls popłynął od Ojca Świętego Franciszka, który ogłosił Jubileuszowy Rok Miłosierdzia. Na chrzest przyjęty przez Mieszka I powinniśmy spojrzeć jako na wielki dar Bożego Miłosierdzia dla naszego Narodu, a następnie z tego daru się niejako rozliczyć. To znaczy zapytać siebie, czy miłosierdzie okazane nam przez Dobrego Ojca zaowocowało i owocuje dzisiaj gotowością do okazywania miłosierdzia innym ludziom. Chodzi o to, aby w jakiejś mierze uporać się z przeszłością i odpowiedzialnie, właśnie w duchu Bożego Miłosierdzia, przejść do teraźniejszości. Znaczy to konkretnie: umieć przebaczyć drugiemu człowiekowi i umieć z nadzieją budować dobrą teraźniejszość naszego społeczeństwa, naszego Narodu, naszego państwa.

Do takiego pojednania wezwało polityków także Prezydium KEP. Czy na próżno?

– Dobrą przyszłość Narodu musimy wszyscy budować na fundamencie moralnego zwycięstwa nad złem, na pokonywaniu sporów, na wewnętrznym nawróceniu, na usilnym dążeniu do prawdy i dobra. Inaczej nie wyjdziemy z sytuacji swoistego klinczu i zacietrzewienia, w którym się obecnie znaleźliśmy. Można nawet odnieść wrażenie, że niektóre siły dążą do tego, żeby zamrozić sytuację polską właśnie w postaci owego klinczu. Jest to postawa w gruncie rzeczy dla nas wszystkich zabójcza.

Jak Ksiądz Arcybiskup odbiera tę wrzawę, że w Polsce rzekomo skończyła się demokracja?

– Jeśli ktoś pojmuje demokrację tak, że ma prawo ciągle sprawować władzę, to można powiedzieć, że się ona skończyła. Natomiast jeśli demokrację poj- muje się jako rządy ludu, który zgodnie z Konstytucją wybiera swoich przedstawicieli w wolnych, niezależnych wyborach, to mijający właśnie rok 2015 był pod tym względem wspaniałą lekcją demokracji. Nie można uznać za coś normalnego dla systemu demokratycznego, aby jakaś partia czy opcja polityczna rządziła nieprzerwanie przez długie lata i na to rządzenie miała swoisty monopol. Wtedy bowiem demokracja bardzo łatwo może przerodzić się w autorytaryzm. Przestaje być rządami ludu, a przy wszystkich zewnętrznych atrybutach demokracji staje się po prostu rządami nad ludem. Natomiast w tym roku Naród wybrał w wolnych wyborach swoich przedstawicieli, którzy zaprezentowali mu określony program działania dla dobra państwa i dla dobra jego obywateli na najbliższą przyszłość. Społeczeństwo ma teraz prawo oczekiwać, żeby ten program był realizowany.

Widać jednak, że ci, którzy przegrali, nie dają za wygraną…

– Ponieważ Naród wybrał tak, a nie inaczej, to wszystkie inne siły polityczne powinny się najpierw głęboko zastanowić, dlaczego do takiej właśnie zmiany doszło. Dlaczego ludzie takiej zmiany, takiego programu chcieli? Od wyborów parlamentarnych mijają już dwa miesiące, od prezydenckich aż siedem, a wydaje się, że tej refleksji u niedawno rządzących ciągle jeszcze brak.

Brak też chyba tego, co każdy polityk powinien mieć przede wszystkim na uwadze: troski o dobro wspólne.

– Pojęcie dobra wspólnego jest niezwykle istotne. To od niego właśnie powinien zaczynać swą pracę każdy uczciwy i odpowiedzialny polityk. Wiele bardzo ważnych rzeczy na ten temat powiedział w książce „Osoba i czyn” ks. kard. Karol Wojtyła. Niestety, tego pojęcia nie widać w dzisiejszej debacie politycznej. A przecież nie tylko partie rządzące, lecz również te, które znajdują się w opozycji, powinny się nieustannie zastanawiać nad tym, co dla wspólnego dobra, jakim jest Rzeczpospolita, mogłyby i wręcz powinny zrobić. Przy takiej prawdziwie patriotycznej postawie demokracja jest budowana na uniwersalnych wartościach. Jeżeli natomiast działań politycznych nie buduje się na nich, jeśli z horyzontu myślenia i działania polityków ginie zatroskanie o dobro wspólne, pozostaje już tylko partyjniactwo. W konsekwencji państwo i naród ulegają wewnętrznej erozji i chylą się ku upadkowi. Tę tragiczną lekcję przerabiała już Polska w czasach saskich, a następnie stanisławowskich, aby ostatecznie zniknąć z map politycznych Europy. Jestem głęboko przekonany, że wielu współczesnych polityków w Polsce powinno wziąć sobie tę lekcję historii głęboko do serca i wyciągnąć z niej jasne wnioski.

Czy obecne agresywne zachowanie opozycji nie ukazuje, że dla nich Naród nie jest w praktyce suwerenem?

– Proszę sięgnąć do preambuły naszej Konstytucji z 1997 roku. Znajdziemy w niej jasne sformułowanie: „my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej”, a zaraz potem: „równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski”. Wynika z tego niezbicie: to Naród Polski jest w Polsce suwerenem. Nie można tego sformułowania traktować jak jakiejś atrapy. Dlatego też decyzji Narodu wyrażonej w wyborach nie można ignorować. A tak się, niestety, dzieje. Jak wielką złość wzbudziła w niektórych środowiskach wypowiedź pana posła Kornela Morawieckiego, że najwyższym dobrem jest dobro Narodu i w odniesieniu do niego powinny być formułowane prawa obowiązujące w naszym państwie. W krytyce, jaka go osobiście dotknęła, widać, że dla niektórych Naród się akurat nie liczy, liczy się natomiast pozytywizm prawny. A z drugiej strony na podstawie opinii różnych prawników odnośnie do sporu o Trybunał Konstytucyjny wiemy, że niekiedy zasady państwa prawa w duchu pozytywizmu prawnego były przez poprzednią władzę łamane. Ostry spór o charakterze prawnym przenosi się teraz na ulice. To coś naprawdę niedobrego… W ubiegłą niedzielę mówił o tym w Krakowie ks. kard. Stanisław Dziwisz, podkreślając to, że „drogą do rozwiązania trudnych spraw jest spokojny i rzeczowy dialog, nieprowadzony na ulicy, bo przecież taka forma ’komunikacji’ pogłębia podziały i prowadzi do obniżenia poziomu życia politycznego”.

Ludzi na ulice wyprowadzają określone środowiska stojące za tzw. Komitetem Obrony Demokracji…

– Na usta zaraz ciśnie się pytanie: „Jakiej demokracji chcą oni tutaj bronić?”.

Czy kolejnym frontem walki uczyniono świat kultury i teatru? We Wrocławiu Teatr Polski, inaugurując swą działalność 70 lat temu, wystawił sztukę Fredry. Teraz rocznicę powstania ma „uczcić” w święto Trzech Króli pornograficzna sztuka „Śmierć i dziewczyna”.

– Wtedy był wielki Aleksander Fredro, dzisiaj jest ta sztuka… Można się zastanowić, jaką myśmy przeszli smutną drogę, zwłaszcza w przypadku teatru, który jest subwencjonowany przez państwo, czyli przez podatników, przez nas wszystkich. Zamiast budować to, co najbardziej piękne i szlachetne w naszym Narodzie, chce się to wszystko podeptać, naruszając najbardziej podstawowe zasady moralne. Na pewno ani termin nie jest przypadkowy, ani też rodzaj sztuki. Przecież w tym dniu, 6 stycznia, będą przechodziły przez Polskę Orszaki Trzech Króli zdążających do Dzieciątka Jezus. To jest już właściwie wielki ruch społeczny, który się rozlewa na całą Polskę, o charakterze jak najbardziej rodzinnym, a więc z poszanowaniem życia małżeńskiego, rodzinnego, ze zwróceniem uwagi na dzieci, dla których ten rodzaj obchodów uroczystości Objawienia Pańskiego jest naprawdę wspaniałym przeżyciem. Tymczasem w tle takiego właśnie przeżywania święta Trzech Króli pojawia się propozycja teatru, która musi budzić żal i autentyczne zatroskanie o ludzi, którzy uważają, że wystawianie pornografii jest dziełem sztuki.

Oni się nazywają obrońcami wolności artystycznej.

– Trudno na to wszystko nie patrzeć w kategorii prowokacji i chęci zyskania rozgłosu przez wzbudzanie skandalu. Ludzie, którzy bronią tej sztuki, w gruncie rzeczy służą temu, co Jan Paweł II nazwał we Włocławku w 1991 roku „zużywaniem naszego człowieczeństwa”. Bo prawdziwa kultura to to, co człowieka buduje, a nie niszczy.

Wspomniał Ksiądz Arcybiskup o poszanowaniu małżeństwa, życia rodzinnego. Ta troska także państwa o rodzinę i dzieci w rodzinie to chyba jedyna droga, aby ratować Naród…

– W pełni się z tym zgadzam. Wróciłbym tu do exposé pani premier Beaty Szydło, podczas którego stwierdziła, że „dziecko nie jest luksusem, jest inwestycją”. Dziecko jest naprawdę wprost niezbędną inwestycją, abyśmy jako Naród mogli w ogóle przetrwać. W obliczu problemów demograficznych, które już są i które będą się jeszcze nasilały, stoi przed nami realna groźba znalezienia się w sytuacji wymierającego Narodu – podobnie jak to już jest w niektórych krajach Europy Zachodniej.

Nie wolno nam prowadzić polityki polegającej na tym, że liczy się tylko ciepła woda w kranie – dzisiaj. My musimy prowadzić politykę odpowiedzialności w kategoriach tego, co będzie w przyszłości. W takim przypadku myślenie o dzieciach jest czymś po prostu koniecznym. Jest to najbardziej sensowna inwestycja, jaką powinniśmy zrobić. Za kilka czy kilkanaście lat przyjdzie nowe pokolenie Polaków, które przejmie odpowiedzialność za Polskę zarówno w wymiarze czysto osobistym, polegającym na ich trosce i opiece okazywanej ich dziadkom i rodzicom, jak i w wymiarze życia samorządowego i państwowego, a także kulturowego. Ale to pokolenie musi się narodzić dzisiaj! Dlatego też polityka prorodzinna jest konieczna i nie może być przedmiotem zatroskania tylko u członków aktualnego rządu czy rządzącej partii. Ona musi się stać programem całego Narodu, wyrażanym między innymi przez wszystkie partie polityczne szczerze odpowiedzialne za przyszłość Polski. Jeśli, oczywiście, chcemy jako Naród dalej egzystować.

O polityce prorodzinnej mówią niemal wszyscy, tylko nie dla wszystkich rodzina, małżeństwo znaczy to samo. Czy dziś trzeba bronić znaczenia podstawowych pojęć?

– Celowo doszło do takiego przekręcenia znaczeń nawet najbardziej fundamentalnych pojęć, że dzisiaj przychodzi nam rzeczywiście tłumaczyć sprawy jeszcze do niedawna zupełnie oczywiste dla wszystkich: co to jest małżeństwo i co to jest rodzina, co to jest dobro i co to jest dobro wspólne.

Z czego to wynika?

– Jak chce się zrobić jakąś rewolucję, to najpierw trzeba zmienić język. Powstaje zatem nowomowa, dokładnie przeanalizowana i przedstawiona między innymi w utworach Orwella. Okazuje się jednak, że nie jest to tylko sprawa minionej już na szczęście epoki komunizmu. Lewacka rewolucja trwa. Ma ona miejsce w Europie Zachodniej, próbuje się ją przeszczepić również na grunt polski. Jednak tegoroczne wybory pokazały, że mimo ogromnej, wręcz nachalnej lewackiej propagandy, mimo pewnych decyzji wprost politycznych – mam tu na myśli niektóre uchwalone w ekspresowym tempie ustawy z czerwca i lipca tego roku – a także mimo pewnych programów, które już zaczęto wprowadzać do przedszkoli i szkół, Naród, ci, którzy poszli głosować, powiedzieli temu wszystkiemu jednoznaczne „nie”. To znaczy, że przy wszystkich trudnościach i wyzwaniach jest w nas, w polskim Narodzie, ciągle żywe przywiązanie do takich wartości jak małżeństwo czy rodzina. Zresztą znajduje to też potwierdzenie w najnowszych badaniach socjologicznych. Młodzi, kiedy stawia się im pytanie, co jest dla nich najważniejsze, na pierwszym miejscu wymieniają właśnie małżeństwo i rodzinę. Myślę, że na przykład to, w jaki sposób przeżywamy Wigilię i święta Bożego Narodzenia, pokazuje jednoznacznie, jak dla nas, Polaków, osobiste szczęście i radość są mocno powiązane z rodzinnością. W tle tak właśnie przeżywanych świąt znajduje się, oczywiście, Ewangelia i całe nauczanie Kościoła odnośnie do małżeństwa i do rodziny. Nie byłoby tego wszystkiego bez prawdy o Dzieciątku Jezus narodzonym w dalekim, a równocześnie tak bliskim naszym sercom Betlejem.

Podkreślił Ksiądz Arcybiskup, że młodzi tęsknią za szczęśliwą rodziną. Gorzej jest jednak z realizacją tych pragnień, bo np. decyzje o zawarciu małżeństwa są odwlekane. Na ile Światowe Dni Młodzieży mogą przyczynić się tu do zmiany?

– Odpowiem panu przez doświadczenie ze ŚDM w Madrycie w 2011 roku. Przyleciałem do Madrytu i na lotnisku powitało mnie młode małżeństwo Polaków. Mówią, że są tu już od kilku lat, mają pracę, dzieci. Na czas ŚDM specjalnie wzięli urlop, żeby służyć Polakom. Zapytałem ich, dlaczego to robią. Okazuje się, że w 2000 roku brali udział w ŚDM w Rzymie. „Widzieliśmy, jak nas przyjmują, jak wielka jest rzesza wolontariuszy i jakie to jest ważne, żeby taka pomoc była. I dziś to spłacamy wobec innych młodych ludzi. Dlatego tutaj jesteśmy, dlatego przyjechaliśmy po księdza biskupa”.

Wszystko właściwie mogło się z nimi stać: inny kraj, inny język i to lewactwo hiszpańskie tamtych czasów związane z rządami socjalistów. Jednak piękne wspomnienia z 2000 roku gdzieś tam w nich pozostały. A nawet coś więcej: uważali, że dobro, które otrzymali w Rzymie, jest czymś tak wielkim i cennym, że przychodzi czas, żeby je spłacać wobec kolejnych pokoleń młodych uczestników ŚDM.

Życzę sobie, aby coś takiego było też w przypadku Polaków, którzy będą uczestniczyć w ŚDM w Krakowie. Mam nadzieję, że doświadczenie ŚDM sprawi, że będą się czuli oni jakby dłużnikami tego, czego doświadczyli. Po to, żeby ten dług spłacać przede wszystkim wobec siebie nawzajem i wobec innych. Ale trzeba zacząć od budowania własnych dobrych małżeństw i rodzin. Z tym się wiąże, co oczywiste, ogromny wysiłek duszpasterski.

Na zakończenie obchodów jubileuszu 1050-lecia chrztu Polski w Łagiewnikach 19 października przyszłego roku będzie dokonany ogólnopolski akt przyjęcia królowania Chrystusa i poddania się pod Jego Boską władzę. To nie tylko podsumowanie, ale wielkie otwarcie na przyszłość.

– Jeśli jest królowanie, to nie kończy się ono w momencie, w którym powiem, że Chrystus jest moim Królem. Z tym wiąże się zobowiązanie, żeby Go na co dzień jako Króla uznawać: jako Króla mojego serca, mojego umysłu, jako Tego, któremu powinienem wiernie służyć. Tutaj warto by przywołać cały ten średniowieczny etos rycerski, bo on dobrze oddaje, kim dla rycerza, dla każdego poddanego jest jego król.

Uroczystość łagiewnicka w sposób oczywisty będzie się łączyła z przypadającą następnego dnia uroczystością Chrystusa Króla Wszechświata i z zamknięciem Roku Miłosierdzia oraz z dziękczynieniem za Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. Poprzez akt łagiewnicki chcemy pokazać, jak bardzo jesteśmy wdzięczni Bogu za łaskę chrztu sprzed 1050 lat; jak bardzo czujemy się zobowiązani wobec Pana Boga i wobec naszych praojców za to, co oni robili, by na naszych ziemiach chrześcijaństwo się najpierw umacniało, a potem stało się żywym źródłem naszej mentalności, naszej kultury, naszego życia; jak bardzo czujemy się odpowiedzialni, żeby to wielkie duchowe dziedzictwo przenieść w bliższą i dalszą przyszłość.

Wymiar społeczny jest także tutaj ważny?

– Konieczny. Nie można oddzielić chrześcijańskiej wiary od życia społecznego. Nie możemy pozwolić na to, żeby nas zamknięto w zakrystiach. Chodzi o to, żeby – jak często mówił św. Jan Paweł II – budować cywilizację miłości, a więc pewną rzeczywistość opartą na tej najpiękniejszej, nadzwyczajnej miłości agápē, jaką nam sobą objawił Pan Jezus. On jest jej Królem.

To chodzi o praktyczny wymiar życia społecznego i państwowego. Jeśli jestem człowiekiem wierzącym, a Pan Bóg stawia mnie na takim, a nie innym miejscu, to mam w tym właśnie miejscu być i działać jako człowiek wierzący, a bardziej ogólnie – jako człowiek sumienia. Jako ludzie tym różnimy się od wszystkich innych istot zamieszkujących naszą planetę, że mamy sumienie. Jeśli ktoś mówi, że wchodząc do urzędu, w którym pracuje, wiesza w szatni wraz z płaszczem swoje sumienie, to można powiedzieć, że wiesza on na haku także swoje człowieczeństwo. Można się wtedy zapytać, kim on naprawdę jest, kiedy zaraz po tym zasiada np. za swym biurkiem ministerialnym. Boję się, że wtedy urzeczywistnia on sobą maksymę wyrażoną już kilka wieków temu przez Thomasa Hobbesa: „Człowiek człowiekowi wilkiem”. Tylko że ona nie ma nic wspólnego ani z chrześcijaństwem, ani z autentycznym humanizmem.

Dziękuję za rozmowę.

Źródło: Nasz Dziennik

drukuj