Po tej rozprawie nie mam złudzeń

Z Dorotą Arciszewską-Mielewczyk, senator Rzeczypospolitej Polskiej, rozmawia Waldemar Maszewski

Podczas rozprawy apelacyjnej w Kolonii sąd nie pozwolił na przedstawienie wszystkich argumentów Powiernictwa Polskiego…

– Widać było wyraźnie, że z rzetelnością podczas tego procesu było na bakier. Okazało się, że Związek Wypędzonych ma w Niemczech pełne carte blanche wobec swojej działalności, do której my jako Polacy i ja jako parlamentarzystka mamy wiele zastrzeżeń. Słuchając sędziów, miałam wrażenie, że Niemcy są jakąś wyalienowaną wyspą, gdzie nie używa się argumentów o budowaniu wspólnej Europy ani nie wspomina o jakichkolwiek wysiłkach nad poprawą wzajemnego porozumienia. Niemców nie interesuje ani to, jakie odczucia, ani jakie upiory wśród innych narodów wzbudza pani Erika Steinbach czy inni członkowie Związku Wypędzonych, którzy wypowiadają się na temat roszczeń materialnych lub terytorialnych.


Pani oczekiwania w kwestii wyroku…


– Wysłuchawszy sądu, nie mam złudzeń i już podjęłam decyzję, że będziemy się dalej odwoływać.


Jak Pani ocenia decyzję sędziów o niedopuszczeniu Pani do głosu?


– Decyzja sądu w Kolonii jest zasmucająca, ponieważ na przyszłość bardzo źle wróży w kwestii wolności słowa w Europie. Moim zdaniem, jest to zdecydowane ograniczenie możliwości dyskursu politycznego, historycznego i próba spacyfikowania takich stowarzyszeń jak nasze i wszystkich ludzi, którzy mają odwagę przeciwstawić się relatywizacji i przekłamaniu historii.


Pani się jednak odważyła.


– Odważyłam się bronić dobrego polskiego imienia i teraz muszę zapłacić za to taką cenę, jaką wymierzył mi rząd niemiecki.


Czy otrzymuje Pani jakąkolwiek pomoc ze strony polskiego rządu?


– Nie, ze strony naszego rządu nie mam żadnej pomocy, wręcz odwrotnie – gdyż marszałek Senatu Bogdan Borusewicz nawet nie dał mi skorzystać z dyplomatycznego paszportu, a kancelaria premiera Donalda Tuska uważa, że sprawy roszczeń są prywatną sprawą poszczególnych ludzi, którzy powinni się o nie sami martwić. Rząd to wszystko traktuje więc jako prywatne sprawy i wychodzi z założenia, że obywatele w tych kwestiach muszą sobie radzić sami, gdyż są to ich prywatne problemy. Taka postawa jest przerażająca, bo pozostawia obywateli samych sobie, natomiast w Niemczech rząd zdecydowanie wspiera te wszystkie środowiska powiązane ze Związkiem Wypędzonych. Jeżeli nasze państwo nie będzie tak twardo postępować jak Republika Federalna, nie będzie bronić i zabezpieczać naszych obywateli przed niemieckimi roszczeniami, to bardzo źle to wróży dla naszej przyszłości, a także uniemożliwi prowadzenie prawdziwej i szczerej wzajemnej dyskusji, bo będziemy się bali wypowiadać na ważne społecznie sprawy.


Dlaczego Pani to robi?


– Roszczenia to nie jest moja prywatna sprawa, to jest nasza polska sprawa, a ja jako parlamentarzystka mam w tym zakresie misję do spełnienia, i to niezależnie od tego, czy pan marszałek mi na to pozwala, czy też nie. Moim zadaniem jest poważne traktowanie roli polskiego senatora czy wcześniej posła.


Relacje polsko-niemieckie w ostatnich miesiącach się zmieniły?


– Nie widzę w ciągu ostatniego roku w tym zakresie żadnych konkretnych posunięć, które można by nazwać sukcesami w kwestii stosunków polsko-niemieckich.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj