Otwarta puszka Pandory

Michaił Leontiew w typowy dla rosyjskich środowisk politycznych sposób usprawiedliwia imperialną politykę rosyjską. W jego przekonaniu, Rosja niejako z natury predestynowana jest do panowania na obszarze byłego Związku Sowieckiego. Jego argumentacja oparta jest na całej serii pomówień rządu gruzińskiego, który miałby dopuszczać się ludobójstwa na terenie Osetii Południowej, choć nie ma no to żadnych dowodów. Faktem jest, że prowincja ta, podobnie jak Abchazja, od wielu już lat prowadzi separatystyczną politykę, przy potężnym wsparciu Kremla. Ów separatyzm na pewno nie utrzymałby się aż do tej pory bez wsparcia Rosji.

Moskwa dzięki temu osiąga kontrolę na Kaukazie, również w jakimś stopniu nad tym, co dzieje się w polityce wewnętrznej Gruzji. Zważywszy na fakt, że na terenach byłego ZSRS następowała przez dziesięciolecia regularna rusyfikacja, nie można dziś tworzyć granic na bazie ściśle narodowościowej. Pod uwagę muszą być brane argumenty historyczne oraz strategiczne. Posiadanie przez Gruzję Abchazji i Osetii Południowej ma przecież ze względów obronnych kluczowe znaczenie dla tego kraju. Zatem wkroczenie wojsk rosyjskich w granice Osetii jest tym samym, co naruszenie integralności terytorialnej całego państwa gruzińskiego. Owo wkroczenie odbyło się bez zezwolenia Rady Bezpieczeństwa ONZ, a więc wbrew prawu międzynarodowemu. Rosyjskie elity są świadome, że pełna okupacja Gruzji jest niekorzystna dla Rosji, gdyż łączyć by się musiała z wieloletnią wojną partyzancką, z regularnym niszczeniem wizerunku Rosji w świecie. Rosjanom chodzi jedynie o kontrolę tego państwa. Deklaracja prezydenta Gruzji o chęci wstąpienia jego kraju do NATO i przychylna reakcja Amerykanów spowodowała w Rosji niepokój. Gruzja leży w strategicznym miejscu, jeśli idzie o możliwości eksportu kaspijskiego gazu na Zachód, dla Rosjan jest to więc ważne miejsce. Utrata kontroli nad Gruzją mogłaby poza tym wywołać kolejne akcesje do NATO, np. Ukrainy. Dlatego Rosjanie przy okazji inwazji na Gruzję ostrzegają Ukrainę, twierdząc, że ta wspiera „przestępczą” politykę Micheila Saakaszwiliego. Ostry ostrzegawczy sygnał zostanie z pewnością jednoznacznie odczytany w Kijowie oraz w innych krajach zachodnich. Walcząc z małym krajem, Moskwa daje jasny sygnał Amerykanom, że w przestrzeni byłych republik sowieckich nie ustąpi i będzie gotowa w sposób bardzo zdecydowany reagować.

Leontiew za głównego winowajcę zaistniałej sytuacji na Kaukazie uznaje USA, w ogóle nie wspominając o Unii Europejskiej. Ta bowiem, pod realnym kierownictwem Niemiec i Francji, nastawiona jest na trwały sojusz z Moskwą i z pewnością – poza krajami wprost współpracującymi z Ameryką (Polska, Litwa, itp.) – niczego realnego nie zrobi w celu powstrzymania Rosjan i osłabienia ich kaukaskich wpływów.

Z całych rozważań Michaiła Leontiewa można mimo wszystko wysnuć pewne wnioski pośrednio oddające słuszność jego metodyce wywodu. Otóż posługuje się on retoryką uderzającą w suwerenność małych narodów, jednakże cały czas podkreśla winę amerykańską. Ma trochę racji nie w tym, że Waszyngton pisze pełne scenariusze wydarzeń na Kaukazie, ale w tym, iż Rosjanie posługują się dziś dokładnie tą samą logiką, którą USA i UE stosowała wobec Serbii. Skoro bowiem niedawno uznano niepodległość Kosowa wbrew prawu międzynarodowemu, to skądinąd słuszny protest Zachodu wobec wydarzeń w Osetii Południowej i w Abchazji (protest przeciwko naruszeniu integralności terytorialnej Gruzji) zakrawa na hipokryzję. Jeśli Amerykanie bez zgody ONZ zaatakowali Irak, to Rosjanie uważają, że mają do tego samego prawo na Kaukazie. Posługują się wręcz identycznymi argumentami, podkreślając, że Saakaszwili to w domyśle drugi Slobodan Milo˘sević lub Saddam Husajn; że w Osetii mamy do czynienia z „katastrofą humanitarną” podobną do tej w byłej Jugosławii i w Kosowie; że wreszcie Rosja domaga się poszanowania suwerenności uciskanych mniejszości narodowych.

W czasie ogłaszania niepodległości Kosowa ostrzegaliśmy, że otworzona została puszka Pandory. Dziś, jutro i za rok zbierać będziemy tego tragiczne żniwo. Pamiętajmy, że na obszarach posowieckich mamy olbrzymią mniejszość rosyjską, która może odegrać analogiczną rolę co Osetyjczycy w Gruzji. Krytyka amerykańska poczynań rosyjskich będzie również uznana za przejaw hipokryzji.

Polska dziś słusznie staje po stronie niepodległości małego państwa poddanego agresji rosyjskiej. Nasza tradycja niepodległościowa zobowiązuje nas do troski o suwerenność nawet słabego państwa. Jednakże nasz głos brzmiałby dziś również bardziej wiarygodnie, gdybyśmy w takim pośpiechu nie przyłączali się do uznania niepodległości Kosowa, a więc do realnego naruszenia integralności terytorialnej Serbii, dokonanego wbrew międzynarodowemu prawu.


Mieczysław Ryba
drukuj