fot. arch

[NASZ TEMAT] Prof. W. Polak o zbrodni katyńskiej: Niemcy działali w tej sytuacji ze swoistym wyrachowaniem, ponieważ chcieli to wykorzystać propagandowo i wykorzystali. Jedni zbrodniarze mówili o drugich zbrodniarzach

Niemcy zdecydowali sprawę rozegrać propagandowo i postanowili dokonać ekshumacji, gdy zorientowali się, że mają do czynienia z ludobójstwem na dużą skalę. Rzecz ciekawa, że w czasie tych prac ekshumacyjnych stosowano wszystkie metody i środki według prawideł sztuki – robiono to bardzo porządnie. Niemcom zależało, aby wykazać winę Sowietom – mówił na antenie Telewizji Trwam w programie „Rozmowy niedokończone” historyk prof. Wojciech Polak, przewodniczący Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.

Rozwiązywanie tajemnicy zbrodni katyńskiej zaczęło się w momencie, gdy po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej w 1941 r. pod naciskiem Anglików polski rząd w Londynie podpisał układ, który przeszedł do historii jako układ Sikorski-Majski.

– Ten układ, doprowadzając do amnestii dla Polaków uwięzionych w Związku Sowieckim, dawał możliwość zwolnienia ich z łagrów, ratował życie dziesiątkom, a może nawet setkom tysięcy ludzi. Poza tym miały powstać w ZSRR polskie siły zbrojne, które nazywamy dzisiaj potocznie Armią Andersa – wskazał.

Jednak – jak podkreślił historyk – pojawiła się też zagadka. Z łagrów tysiące Polaków przybywało do Armii Andersa, ale jakoś wyjątkowo mało było wśród nich oficerów.

– Polacy próbowali dowiedzieć się, co się stało, dlaczego tych oficerów nie ma. Odbywano szereg rozmów nawet na najwyższym szczeblu. W czasie jednej takiej rozmowy Józef Stalin Sikorskiemu i Andersowi powiedział, że nie ma tych oficerów, ponieważ uciekli. Ale gdzie uciekali? Do Mandżurii. Brzmiało to dość fantastycznie – mówił.

Sprawa wyglądała bardzo tajemniczo, nikt nie wiedział, co o tym sądzić aż do 1943 r., gdy Niemcy w kwietniu odnajdują groby polskich oficerów w Katyniu. Prof. Wojciech Polak zaznaczył, że „w tym swój udział mieli także polscy pracownicy tzw. Organizacji Todta, przywiezieni przez Niemców na przymusowe roboty”.

– Niemcy zdecydowali sprawę rozegrać propagandowo i postanowili dokonać ekshumacji, gdy zorientowali się, że mają do czynienia z ludobójstwem na dużą skalę. Rzecz ciekawa, że w czasie tych prac ekshumacyjnych     stosowano wszystkie metody i środki według prawideł sztuki – robiono to bardzo porządnie. Niemcom zależało, aby wykazać winę Sowietom – tłumaczył.

Mało tego – kontynuował gość Telewizji Trwam – Niemcy przywozili jeńców wojennych różnych narodowości – Anglików, Polaków itd. – których mieli w swoich obozach jenieckich i pozwalali im oglądać wszystko bez jakichkolwiek ograniczeń, więc mogli uczestniczyć przy wszystkich czynnościach ekshumacyjnych. „Wszyscy ci ludzie, którzy potem opisali relację z Katynia, podkreślali, że mieli absolutną swobodę” – dodał.

– Dowody wskazujące na to, że ludobójstwa dokonali Sowieci w 1940 r. były niezbite. Gdy rozpruwano kieszenie, to wszystkie zapisy, listy czy datowane gazety nigdy nie przekraczały kwietnia 1940 r. Dowodów było wiele. Sam ogląd zwłok wskazywał na ten rok. Na „grobach” posadzono sosenki, a ich słoje wskazywały na to, że były one przesadzane, a można było stwierdzić, kiedy drzewa zostały przesadzone – powiedział.

Polski rząd w Londynie zareagował dość spokojnie na to wszystko. Nie chciano prowokować jakiejś gwałtownej sytuacji, więc poproszono Międzynarodowy Czerwony Krzyż w Genewie, żeby sprawę zbadać – wskazał wykładowca WSKSiM.

– Stalin w tym czasie, myśląc już o konstruowaniu polskiego rządu komunistycznego, ew. też o podporządkowanej sobie armii, wykorzystał to do zerwania stosunków dyplomatycznych z rządem polskim na uchodźctwie – zauważył.

Jak podkreślił historyk, „Niemcy też działali w tej sytuacji ze swoistym wyrachowaniem, ponieważ chcieli to wykorzystać propagandowo i wykorzystali. Różne gazety, które ukazywały się w Generalnej Guberni, pisały szeroko o tej zbrodni, a nawet drukowały listy zamordowanych. Więc można powiedzieć, że jedni zbrodniarze mówili o drugich zbrodniarzach”.

Niemcy – i tu jest rzecz ciekawa – upierali się, że zwłok w Katyniu jest ok. 12 tys., bo tylu oficerów brakowało. Jednak fakty były takie, że było ich dużo mniej. To nasuwało się przypuszczenie, że gdzieś jeszcze muszą być takie miejsca.

– Faktem jest, że w Katyniu byli pochowani oficerowie, których internowano w obozie w Kozielsku. Nie było tam więźniów z dwóch innych obozów, o których wiedziano, czyli Starobielska i Ostaszkowa. Więc powstawało pytanie, gdzie są więźniowie z tych miejscowości. Niemcom było wygodnie powiedzieć, że wszyscy są w Katyniu, aby powiększyć rangę ludobójstwa, ale to nie była prawda. Faktem jest natomiast, że na temat tego, co się stało z jeńcami z Ostaszkowa i Starobielska nie wiedzieliśmy aż do 1990 r. To była zagadka, nad którą historycy się zastanawiali – mówił prof. Wojciech Polak.

RIRM

drukuj