fot. PAP/EPA

Morale w drzazgach

Z Jędrzejem Grafem, redaktorem naczelnym portalu Defence24.pl, rozmawia Piotr Falkowski

Jak to możliwe, że ukraińscy żołnierze na Krymie oddają broń bez walki, dają się Rosjanom rozbrajać, a nawet związywać?

– Ich sytuacja jest bardzo skomplikowana. Ta niezdecydowana odpowiedź wynika z kilku przyczyn. Przede wszystkim brak jest jasnych rozkazów płynących z Kijowa. Już 12 marca minister obrony Tieniuch poinformował, że Ukraina nie będzie wysyłać sił zbrojnych na Krym, bo odsłoniłaby swoją flankę wschodnią i byłaby bezbronna. To na pewno uderzyło w morale jednostek nie tylko na Krymie, ale w całych siłach zbrojnych. Kijów wysłał jasny komunikat: „Krym uważamy za stracony”. Pamiętajmy, że działo się to jeszcze przed referendum. Po drugie, rosyjskie wojska bardzo szybko otoczyły te bazy ukraińskie, odcięły zaopatrzenie, zakłócały też łączność, więc bardzo możliwe, że niektóre oddziały nie miały kontaktu z Kijowem. Trzeba pamiętać, że na Krym Rosja przerzuciła elitarne jednostki zaprawione w bojach na Kaukazie i w Gruzji, natomiast ze strony ukraińskiej na Krymie stacjonowały przeważnie jednostki logistyczne, obrony przeciwlotniczej. Jednostki bojowe ze składu brygady obrony wybrzeża były niewystarczająco liczne, aby móc stawić skuteczny opór. Wiadomo, że Kijów zakazał używania broni do celów innych niż obrona, a więc zakazał wszelkich działań zaczepnych. Ale w wielu sytuacjach granica między obroną a atakiem jest płynna. Władzom Ukrainy chodzi zaś o to, żeby nie dać Rosji pretekstu do wszczęcia konfliktu na szeroką skalę, na terenie – jak teraz mówimy – Ukrainy kontynentalnej. Nazywanie tych żołnierzy tchórzami, jak to niektórzy robią, jest niesprawiedliwe.

Ale niektóre jednostki dobrowolnie w całości lub prawie w całości przechodziły na stronę rosyjską.

– To prawda, gdyż na tę skomplikowaną sytuację nakładają się jeszcze kwestie społeczne. Część żołnierzy ukraińskich stacjonujących na Krymie ma poczucie rosyjskiej przynależności narodowej. Poza tym na Krymie jest wiele mieszanych małżeństw. Były też ze strony rosyjskiej próby przekupstwa. Na pewno Rosjanie składali ukraińskim żołnierzom rozmaite obietnice, bo takie metody stosowali zawsze. Część żołnierzy mogła w takie układy wejść. Ale to dotyczy tylko pewnego procentu. Główną przyczyną jest niejasna polityka Kijowa.

W kilku przypadkach mieliśmy jednak przykłady skutecznego „biernego oporu” przez dość długi czas. Długo ostała się baza lotnicza w Belbeku pod Sewastopolem, a dopiero teraz poddała się piechota morska w Teodozji.

– Wydaje się, że to były decyzje dowódców tych jednostek i baz, nieskoordynowane, nie wynikały z rozkazów z Kijowa, który dawał sygnały, że nie wesprze ich działań. Teraz zapadła już decyzja o ewakuacji sił ukraińskich z Krymu. Wiadomo, że Rosjanie nie pozwolą im zabrać uzbrojenia ani żadnego sprzętu. Ale nie przeceniałbym wartości tej broni.

Ale to jednak broń. Dobrowolne rozbrojenie jest niesłychanie poniżające, obniża morale całej armii. Może Ukraińcy powinni ją zniszczyć, wystrzelać amunicję i zatopić okręty?

– Rzeczywiście, na przykład w marynarce wojennej zawsze uważało się, że nie można za wszelką cenę dopuścić do oddania nieprzyjacielowi okrętu. Jednak nie znamy treści rozkazów płynących z Kijowa. Trzeba też cały czas pamiętać o tej polityce strachu przed prowokacjami. Ja jednak większą odpowiedzialność bym przerzucił na dowództwo armii, ministerstwo obrony i cały nowy rząd Ukrainy, którego polityka wobec tego, co się dzieje na Krymie, była od początku niejasna. Moim zdaniem, Kijów od początku zakładał, że Krym jest stracony. Zajęcie półwyspu przez siły rosyjskie, a później referendum spowodowały, że Ukraińcy od razu powiedzieli sobie: skupimy się na wschodniej granicy. Lecz ta polityka obniża morale całej armii. Szeregowi żołnierze zadają pytanie, co się stało, dlaczego nie strzelamy do wroga.

Co właściwie robi ukraińskie ministerstwo obrony?

– Ogłoszono częściową mobilizację. Wiemy, że w ostatnich dniach rozpoczęto w siłach zbrojnych ćwiczenia, manewry na mniejszą czy większą skalę. Ukraina ma pewien potencjał obronny, ale w większości na papierze. Mówi się, że ma ponad 100 samolotów bojowych, ale naprawdę zdolność bojową ma tylko kilkanaście, najwyżej kilkadziesiąt z nich. Po latach nieużywania raptem zaczynają ćwiczyć. Okazuje się, że są awarie, sprzęt nie działa. Nie jest to przypadek, ale wynik wieloletnich zaniedbań. Budżet obronny Ukrainy od 10 lat to budżet minimum egzystencji. Ukraińscy eksperci szacują, że ostatnio mieli około jednej trzeciej tego, co jest potrzebne do normalnego funkcjonowania, poniżej 1 proc. PKB. W ramach cięć drastycznie redukowano ćwiczenia, rozwiązywano całe jednostki. Efektem jest piątkowa katastrofa ukraińskiego Su-24. Od 2010 roku te negatywne tendencje się bardzo nasiliły. Dojście do władzy Wiktora Janukowycza oznaczało na wielu obszarach polityki obronnej pogorszenie już złej sytuacji. W czasach Juszczenki zdecydowano, że kierunkiem rozwoju będzie NATO. Podjęto pewne próby reform, zmian, na przykład redukcje zbędnych stanowisk. Janukowycz ogłosił, że Ukraina będzie krajem poza blokami obronnymi, ale nie zrobił nic, żeby utrzymać armię na poziomie, który pozwoliłby na prowadzenie skutecznych działań obronnych. Nie podjęto prób reform czy modernizacji technicznej. Jest ona teraz przestarzała, ma ogromne problemy kadrowe, żołnierze dostają niski żołd. To odbija się na gotowości bojowej wojsk ukraińskich.

Głównodowodzący NATO w Europie mówi o 200 tys. rosyjskich żołnierzy przy granicy Ukrainy i dużym prawdopodobieństwie inwazji.

– To jest bardzo poważny sygnał dla całej Europy, przede wszystkim państw bałtyckich. Ocena NATO jest bardzo poważna. A Ukraina ma niewiele atutów. Wiele wyposażenia wojskowego to po prostu rzeczy pozostałe po czasach sowieckich. Otwarte pozostaje pytanie: w jakim stanie jest ten sprzęt? Z drugiej strony, armia rosyjska od wojny gruzińskiej przeszła znaczne reformy, zredukowano liczbę dowództw, pozyskuje się nowe uzbrojenie, wzrósł stopień mobilności wojsk. Widzimy, że rosyjskie siły zbrojne zrobiły duży krok do przodu od 2008 roku. Ukraina jest w sytuacji, w której na pewno mobilizowane są wszystkie zasoby, ale na ile to pomoże w przypadku, gdyby podobny scenariusz jak na Krymie zrealizował się w obwodach wschodnich, trudno powiedzieć.

Czy Ukrainie można jakoś pomóc? Na przykład dostarczyć broń.

– W krótkim czasie, na przykład tygodni, byłoby to bardzo trudne. Wiemy, że pomoc o charakterze humanitarnym już została wysłana ze Stanów Zjednoczonych. Jeśli chodzi o pomoc typowo wojskową, to trzeba byłoby się liczyć z reakcją Rosji, gdyż te transporty byłyby niewątpliwie wykryte. Można sobie wyobrazić wysłanie jakiejś broni przez państwa NATO, wiązałoby się to z koniecznością pokonania wielu przeszkód prawnych. Poza tym ukraińscy żołnierze nie są przeszkoleni do używania zachodniej broni, na ogół nie znają nowoczesnej technologii wojskowej. Trzeba więc byłoby jednocześnie wysłać wielu doradców, prowadzić szkolenia. Łatwiej już wyobrazić sobie autonomiczne wsparcie w przypadku inwazji, na przykład lotnicze.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj