fot: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Mleko na ulicy

Producenci mleka grożą potężną manifestacją w Warszawie. Powód: rząd i Unia Europejska lekceważą kryzys, jaki dotknął mleczarstwo.

Hodowcy krów są rozżaleni, że władza lekceważy ich problemy. – Bardzo mało mówi się o mleku, bo wszyscy koncentrują się na rynku owoców i warzyw. Tymczasem sytuacja na rynku mleka stale się pogarsza, bo spadają ceny skupu i ceny produktów mlecznych – podkreśla Krzysztof Banach, wiceprezes Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka. Rolnicy obawiają się też dotkliwych kar za przekroczenie kwot mlecznych, które mogą zrujnować niejedno gospodarstwo. W tej sytuacji producenci mleka są coraz bardziej zdesperowani. – Rolnicy z Podlasia, województwa warmińsko-mazurskiego pytają: kiedy mamy jechać do Warszawy autobusami na strajk? – relacjonuje Krzysztof Banach.

Część hodowców krów postuluje przeprowadzenie nie tylko dużej, ale i bardzo głośnej manifestacji przed kancelarią premier Ewy Kopacz, parlamentem i ministerstwem rolnictwa. W takim stylu, jak dzieje się to np. we Francji, gdzie dochodzi choćby do wylewania mleka na ulice i przyprowadzania krów przed budynki rządowe. Rolnicy twierdzą, że ich dotychczasowe protesty były „za grzeczne” i przez to nieskuteczne. Przeprowadzenie manifestacji w stolicy jest bardzo realne. Za takim rozwiązaniem opowiadają się zarówno rolnicze związki, jak i spółdzielnie mleczarskie, taki postulat pojawił się też podczas ogólnopolskiego spotkania branżowego w Nieborowie. Rolnicy czekają tylko na ustalenie terminu przez swoje związki. Rozważany jest też pomysł zorganizowania lokalnych akcji, np. w formie blokady dróg.

Rolnicy i mleczarnie oczekują wsparcia państwa w sporze z sieciami handlowymi, które wymuszają obniżanie cen zbytu nabiału. Krzysztof Banach skarżył się na posiedzeniu sejmowej komisji rolnictwa, że gdy mleczarnie się opierają, to dyskonty i markety podpowiadają im, aby obniżyły ceny skupu rolnikom, to wtedy zejdą z kosztów. Tymczasem ceny surowca i tak od wielu miesięcy spadają – pod koniec ubiegłego roku litr mleka kosztował średnio około 1,60-1,70 zł, a teraz niewiele ponad 1,20 złotego. Co więcej, zdaniem rolników i przetwórców, tylko sieci handlowe korzystają na obecnej sytuacji, bo wymuszają obniżkę cen, ale na półkach sklepowych produkty mleczne nie tanieją.

Obok cen ogromnym zmartwieniem rolników jest ryzyko znacznego przekroczenia kwot mlecznych. W tej chwili ta „nadprodukcja” wynosi 7 proc. i może się jeszcze zwiększyć. To zaś grozi ogromnymi karami, wynoszącymi nawet 80 groszy za każdy litr mleka sprzedany do mleczarni ponad przyznany rolnikowi indywidualny limit – w skali kraju unijne grzywny mogą sięgnąć nawet 1 mld zł. Kary, jakie grożą polskim producentom, mogą doprowadzić do bankructwa wiele gospodarstw. Logika nakazywałaby więc ograniczyć produkcję, ale to nie takie proste. – Tego się nie da wyhamować, tu cykl produkcji trwa 2-3 lata – mówi Waldemar Broś, prezes Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich. Do zmniejszenia dostaw mleka pewnie dojdzie, ale nie będą one duże. Broś dodaje, że jedynym sposobem na szybkie zmniejszenie dostaw mleka byłoby wybicie tysięcy krów. Tego jednak nie możemy zrobić, aby w przyszłości nadal być znaczącym producentem mleka w UE. Inaczej wyprą nas Niemcy, Włosi, Francuzi czy Holendrzy.

Dlatego branża mleczarska oczekuje od rządu wzmożenia działań, które doprowadzą do zniesienia przez Komisję Europejską kar za nadprodukcję w ostatnim roku kwotowym 2014/2015. Wiceminister rolnictwa Kazimierz Plocke mówi, że takie działania zostały podjęte, Polska zabiega o zniesienie kar, ale raczej nie uda nam się ich uniknąć, bo nie ma na to zgody większości państw UE. – Na dziś sytuacja jest bardzo trudna, bo 8 państw unijnych przekroczyło kwotę mleczną, a 20 nie – wyjaśnia Plocke. Z kar nie chce też rezygnować KE, bo unijni biurokraci już wpisali wpływy z grzywien od rolników do projektu budżetu na 2015 rok. Zrobili to, choć nie wiadomo, jak wysokie jeszcze będą te kary.

Waldemar Broś mówi, że dobre efekty dałaby redukcja współczynnika tłuszczu, co też leży w gestii UE. Polska ma ustalony ten współczynnik na 3,9 proc., ale wielu rolników go przekracza i osiąga nawet 4,5 procent. I dlatego tacy rolnicy mają w praktyce obniżaną kwotę mleczną, a więc wpadają w nadprodukcję i kary. I dlatego trzeba się starać, aby KE podniosła standardową ilość tłuszczu w mleku. Wtedy – jak wyliczył Waldemar Broś – nadwyżka ponad krajową kwotę mleczną byłaby znacznie niższa, rzędu 3 proc. (razem ze spodziewanym niedużym spadkiem skupu mleka).

Poza tym dużą pomocą dla mleczarstwa byłoby uruchomienie dopłat do przechowywania masła i mleka w proszku na realnym poziomie, bo teraz stawki są zbyt niskie. Konieczne są także dopłaty do wywozu produktów mleczarskich poza UE. – Dopłaty eksportowe rozwiązały kryzys sprzed 4 lat – podkreśla prezes KZSM. Wielu ekspertów jest zdania, że skoro już kary są płacone – w tym roku było to łącznie w całej UE ponad 400 mln euro – to pieniądze te powinny być wydane na wsparcie mleczarstwa.

Krzysztof Banach postuluje też, aby UE wypłaciła rolnikom rekompensaty za zniesienie kwot mlecznych. I przypomina, że podobny mechanizm wypłaty ekwiwalentów zastosowano już choćby na unijnych rynkach cukru i chmielu. Organizacje rolnicze i spółdzielnie mleczarskie postulują, aby ekwiwalent wynosił minimum 30 groszy z 1 litra mleka, i wskazują, że w 2006 roku Agencja Rynku Rolnego wykupywała kwoty mleczne od rolników po znacznie wyższych cenach – 1,30 złotego.

Krzysztof Losz
Nasz Dziennik

drukuj