fot. Tomasz Strąg

Min. M. Błaszczak: Wstyd, że są dziś tacy, którzy przywracają komunistycznych patronów ulic

Wstyd, że dzisiaj są tacy, którzy gloryfikują i przywracają komunistycznych patronów ulic – napisał w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego szef MON Mariusz Błaszczak. Jak podkreślił, 37 lat temu komuniści siłą stłumili zapał Polaków, którzy chcieli żyć w wolnym kraju.

Stan wojenny został wprowadzony 13 grudnia 1981 r. Tego dnia od rana Polskie Radio i Telewizja Polska nadawały wystąpienie gen. Wojciecha Jaruzelskiego, w który poinformował o ukonstytuowaniu się Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego i wprowadzeniu dekretem Rady Państwa stanu wojennego na terenie całego kraju.

W czwartek w 37. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, do tych wydarzeń odniósł się na Twitterze minister obrony narodowej.

„Dziś wspominamy ofiary stanu wojennego. Wydarzenia sprzed 37 lat były wojną wypowiedzianą własnemu narodowi. Komuniści siłą stłumili zapał Polaków, aby żyć w wolnym kraju. Wstyd, że dzisiaj są tacy, którzy gloryfikują i przywracają komunistycznych patronów ulic” – napisał szef MON.

W ubiegłym tygodniu Naczelny Sąd Administracyjny podtrzymał uchylenia Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie ponad 40 zarządzeń wojewody o zmianach nazw ulic w Warszawie w związku z ustawą dekomunizacyjną – w tym w sprawie zmiany al. Armii Ludowej na ul. Lecha Kaczyńskiego. Uchylenia zmian tych nazw są więc prawomocne. NSA w uzasadnieniu swych orzeczeń wskazał, że WSA prawidłowo uznał, iż zarządzenia wojewody o zmianach nazw ulic podjęto z naruszeniem przepisów, zaś sporządzenie opinii IPN – na której oparto te zarządzenia – było niewłaściwe.

Z takim stanowiskiem nie zgadza się IPN, który zwraca uwagę, że orzeczenia sądów administracyjnych związane są z argumentacją merytoryczną sądów, wprost odnoszącą się do oceny danej postaci lub formacji historycznej, a nie dotyczą – jak przekonują sędziowie – jedynie uchybień formalnych. Uwagę na to zwrócił we wcześniejszej rozmowie z PAP dyrektor Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa IPN Adam Siwek, który ocenił, że podstawą decyzji sądów nie są wady formalne zarządzeń wojewodów.

Zgodnie z ustawą dekomunizacyjną samorządy miały czas do 2 września 2017 r. na zmianę nazw propagujących komunizm.

W Warszawie w wyniku decyzji NSA oprócz uchylenia zmiany al. Armii Ludowej na ul. Lecha Kaczyńskiego prawomocne stały się m.in. uchylenia zmian nazw ze Stanisława Wrońskiego na Anny Walentynowicz, Małego Franka na Danuty Siedzikówny „Inki”, Zygmunta Modzelewskiego na Jacka Kaczmarskiego, 17 Stycznia na Komitetu Obrony Robotników, Teodora Duracza na Zbigniewa Romaszewskiego, Stanisława Kulczyńskiego na Rodziny Ulmów, Leona Kruczkowskiego na Zbigniewa Herberta, Antoniego Kacpury na Stefana Melaka oraz Hanki Sawickiej na Zofii Kossak-Szczuckiej.

NSA nie wykluczył, że w niektórych przypadkach – np. alei Armii Ludowej – można by uznać, że nazwy propagują komunizm, ale należało to wskazać w opinii, tymczasem było w niej tylko „zestawienie zbiorcze nazw i lakoniczne stwierdzenie, że podpadają pod ustawę”.

IPN – po wyroku NSA – zaapelował do władz Warszawy, by w poczuciu obywatelskiej odpowiedzialności i niezależnie od bieżących sporów politycznych odstąpiły od przywracania nazw ulic zmienionych na podstawie tzw. ustawy dekomunizacyjnej. Według IPN są procedury, które to umożliwiają. IPN przypomniał też, że w związku z ustawą dekomunizacyjną dokonano przeglądu prawie 270 tys. nazw ulic, placów i skwerów w całym kraju i udzielono ponad tysiąca odpowiedzi na pytania dotyczące ustawy, poszczególnych patronów i zasad postępowania Instytutu w różnych problematycznych przypadkach.

Z kolei wojewoda mazowiecki Zdzisław Sipiera w poniedziałek zwrócił uwagę, że to, co stanie się ze zdekomunizowanymi ulicami po wyroku NSA, zależy tylko od władz Warszawy.

„Procedura została zakończona. (…) To, co jest dalszym, to decyzja m.st. Warszawy. Oni otrzymają, tak samo, jak Urząd Wojewódzki, wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego i do tego będą się odnosili.(…) Tylko od radnych zależy, co uczynią z tymi ulicami” – tłumaczył Zdzisław Sipiera.

PAP/RIRM

drukuj