fot. M. Borawski/Nasz Dziennik

Męczeństwo bez granic

Przeszedł wszystkie stopnie udręczenia aż po męczeńską śmierć. Był poniżany, zastraszany, pozbawiany dobrego imienia, fałszywie oskarżany, niesłusznie więziony, bestialsko torturowany i zamordowany, opluwany jeszcze po śmierci. Za winę poczytano mu wierność Bogu i ludziom, a Pawłowe słowa: „zło dobrem zwyciężaj” potraktowano jako wyzwanie rzucone komunistyczno-esbeckiemu imperium.

– Męczeństwo za wiarę jest ukoronowaniem całego życia, to jest pewna łaska – wskazuje ks. prof. Józef Naumowicz, patrolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, notariusz w procesie kanonizacyjnym ks. Jerzego Popiełuszki. – Tak było traktowane od początków chrześcijaństwa i ks. Jerzy wpisuje się w tę tradycję. To jest klasyczny przykład męczeństwa.

Sprofanowane zwłoki

„Po otwarciu drzwi zobaczyliśmy wstrząsający widok: na stole-wózku leżące na wznak zwłoki przykryte białą tkaniną” – pisał w sporządzonej na gorąco relacji z „podjęcia zwłok Księdza Jerzego Popiełuszki z prosektorium Zakładu Medycyny Sądowej w Białymstoku” ks. infułat Grzegorz Kalwarczyk, kanclerz Kurii Metropolitalnej Warszawskiej, który reprezentował stronę kościelną przy identyfikacji ciała kapłana w Białymstoku 2 listopada 1984 roku. „Spod tkaniny widać było prawy bok i rękę ułożoną obok ciała i prawie całe nogi. Na prawym barku była ukośna rana (około 3 cm), golenie wyglądały tak, jakby płatami czy miejscami pozdzierano z nich naskórek. A może były już objedzone przez faunę wodną? Takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Gdy zapytałem obecnego lekarza, co się stało z nogami Księdza Popiełuszki – odpowiedział, że są to już zmiany pośmiertne. Dodał przy tym, że ciało na zewnątrz nie miało większych śladów pobicia, był natomiast zaskoczony jamą brzuszną. Stwierdził, że w swojej praktyce lekarskiej nigdy nie dokonywał sekcji zwłok, które wewnątrz byłyby tak uszkodzone, jak było to w przypadku wnętrza ciała Księdza Jerzego Popiełuszki. Palce u rąk i nóg robiły wrażenie, jakby były nadgniłe. Z brązu i ciemnoczerwieni dłoni i stóp przechodziły w kolor popielato-ziemisty. Wyglądało to tak, jakby palce rąk i nóg oblepione były piaskiem plażowym. Po zdjęciu białej tkaniny ukazało się nagie ciało zszyte na krzyż wzdłuż i w poprzek. Zszyte było również lewe ramię od łokcia do barku. Całe ciało i twarz robiło wrażenie posiniaczonego, miało zabarwienie brązowo-ziemisto-popielate. Najbardziej sczerniały okolice oczu i nos. Włosy były zmierzwione i, zdaje mi się, dużo rzadsze niż za życia. Z samego wyglądu twarzy (robiła przygnębiające wrażenie) trudno byłoby ustalić stuprocentową tożsamość zwłok. Nos wydawał się bardziej spiczasty. Jedynie grymas lewej strony twarzy przypominał cokolwiek żywego Księdza Jerzego”.

– Nie mieliśmy pewności, czy to ks. Jerzy, gdyż ciało było bardzo zniszczone, pobite, pełne siniaków, a gdy go spotykałem za życia, zawsze był porządnie ubrany, ładnie uczesany, uśmiechnięty – wspomina ks. infułat Grzegorz Kalwarczyk, który – choć minęło 30 lat – doskonale pamięta tamte wydarzenia.

Gdy w celu upewnienia się o autentyczności zwłok obecny przy identyfikacji Jacek Lipiński, działacz „Solidarności” z Huty Warszawa, sprawdzał stan uzębienia zmarłego, okazało się, że w jamie ustnej „zamiast języka było coś, co przypominało miazgę”.

Nie można mnie złamać

Charakter i nieustępliwość w obronie wyznawanych wartości o mało nie kosztowały życia ks. Jerzego Popiełuszki jeszcze na długo przed jego męczeńską śmiercią. Jako kleryk wcielony do specjalnej jednostki wojskowej w Bartoszycach odmówił wykonania rozkazu zdjęcia z palca różańca, co spowodowało całą serię represji. Zwyrodniały dowódca kazał mu godzinami stać zimową porą boso w pełnym rynsztunku na betonie, „uczył” pływać, wrzucając do głębokiego basenu. W liście do swojego ojca duchownego ks. prałata Czesława Miętka kleryk Jerzy Popiełuszko pisał w lutym 1967 r.: „Okazałem się bardzo twardy, nie można mnie złamać groźbą ani torturami. Może to dobrze, że akurat to jestem ja, bo może ktoś inny by się załamał, a jeszcze innych wkopał”.

Po odbyciu służby wojskowej ciężko chory trafił do Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie. Gdy był w krytycznym stanie, o jego wyzdrowienie modliło się całe seminarium warszawskie. Już nigdy nie odzyskał pełni sił i zdrowia. Problemy zdrowotne z czasem nasilały się i gdy w 1979 r. zasłabł w czasie odprawiania Mszy św., został zwolniony z obowiązków wikarego.

Służba Bezpieczeństwa „na serio” zainteresowała się ks. Jerzym w stanie wojennym, gdy na początku 1982 r. jako rezydent kościoła pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu przejął odprawianie zainicjowanych jeszcze przez proboszcza ks. Teofila Boguckiego Mszy św. za Ojczyznę. Dzięki charyzmatowi ks. Jerzego, jego poruszającym kazaniom, a także starannej oprawie artystycznej Liturgii, w której uczestniczyli wybitni aktorzy i plastycy, Msze św. za Ojczyznę zaczęły przyciągać coraz liczniejsze rzesze najpierw mieszkańców Warszawy, a potem ludzi z całej Polski.

Komunistyczne władze usiłowały spacyfikować niepokornego kapłana zarówno w sposób oficjalny, jak i przez tajne działania służb specjalnych. Z jednej strony Urząd ds. Wyznań nękał kurię warszawską i Episkopat pismami, zarzucając ks. Jerzemu działalność polityczną, z drugiej sprawę działań wobec księdza przejęła grupa kpt. Grzegorza Piotrowskiego, naczelnika Wydziału VI Departamentu IV MSW, odpowiadającego za „dezinformację i dezintegrację”, czyli zwalczanie Kościoła wszelkimi, także pozaprawnymi, zbrodniczymi metodami. Księdza poddano totalnej inwigilacji i usiłowano zastraszyć, włamując się do jego mieszkania, niszcząc samochód, powodując wypadki samochodowe i stale nękając anonimami z pogróżkami.

Trzy zamachy

Pierwszego dokonano w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, o godzinie drugiej w nocy z 13 na 14 grudnia 1982 roku. Po dzwonku do drzwi na plebanię kościoła św. Stanisława Kostki wpadła cegła z ładunkiem wybuchowym, który eksplodując, wyrwał dwa okna. Księdza uratowało to, że do późna w nocy przygotowywał paczki świąteczne dla hospitalizowanych dzieci i zmęczony nie podszedł od razu do drzwi.

– Na szczęście nie wstałem – wyjaśniał swoje ocalenie i przygotował kolejną Mszę św. za Ojczyznę, którą odprawił 26 grudnia.

W lipcu 1983 r. przywódca komunistycznego reżimu w Polsce Wojciech Jaruzelski na wieść o odprawianych przez ks. Jerzego Mszach św. za Ojczyznę wydaje szefowi bezpieki Czesławowi Kiszczakowi znamienną dyspozycję: „Zrób coś z nim, niech przestanie szczekać”, co można uznać za rodzaj odłożonego w czasie kapturowego wyroku śmierci.

Represje wobec kapłana nasilają się, lecz on mimo ogromnego obciążenia psychicznego nie zwalnia. We wrześniu 1983 r. organizuje dla hutników z Huty Warszawa pielgrzymkę na Jasną Górę, która przeradza się w odbywaną do dziś we wrześniu Pielgrzymkę Ludzi Pracy.

Do bezprawnych działań bezpieki skierowanych przeciwko kapłanowi dołącza komunistyczny wymiar „sprawiedliwości”. Wiceprokurator Anna Jackowska we wrześniu 1983 r. wszczyna śledztwo z art. 194 kk dotyczącego nadużywania wolności sumienia i wyznania na szkodę PRL, co zagrożone jest karą do 10 lat więzienia. Lista zarzutów wydłuża się, gdy w grudniu po podrzuceniu do mieszkania, którym opiekował się ks. Popiełuszko, materiałów wybuchowych, podziemnej prasy i ulotek ksiądz zostaje aresztowany i spędza dwa dni w celi z mordercami. Do czerwca 1984 r. jest poddawany kilkunastu wyczerpującym, wielogodzinnym przesłuchaniom. Ostatecznie zostaje uwolniony od zarzutów na mocy amnestii z lipca 1984 roku.

Równocześnie z działaniami bezpieki i prokuratury przeciwko ks. Popiełuszce rozpętana zostaje medialna kampania zniesławiająca. Jej ton nadaje rzecznik prasowy rządu Jerzy Urban, trafnie nazwany po latach przez prof. Ryszarda Bendera „Goebbelsem stanu wojennego”. Swoje jątrzące paszkwile przeciwko księdzu pisze w reżimowej prasie pod pseudonimami i wygłasza je na konferencjach prasowych. Szczególnie obelżywy tekst zamieszcza pod pseudonimem „Jan Rem” w warszawskim tygodniku „Tu i Teraz” 19 września 1984 r., równo miesiąc przed uprowadzeniem i zamordowaniem ks. Popiełuszki. Msze św. za Ojczyznę Urban określa „seansami nienawiści”, ich uczestnikom zarzuca „uczucie nienawiści politycznej do komunistów, do władzy, do wszystkiego, co jest powojenną Polską”, a samego ks. Popiełuszkę nazywa „sfanatyzowanym” „organizatorem sesji politycznej wścieklizny”. W atmosferze zaciskającej się esbeckiej pętli 13 października 1984 r. następuje drugi nieudany zamach na ks. Jerzego. Na drodze z Gdańska do Warszawy jego późniejsi mordercy Grzegorz Piotrowski, Waldemar Chmielewski i Leszek Pękala organizują zasadzkę na podróżującego samochodem księdza. Zamiar spowodowania wypadku przez uderzenie kamieniem w szybę pędzącego samochodu się nie powiódł.

Próbę ponowili już po sześciu dniach. 19 października zatrzymują w Górsku powracających z Bydgoszczy ks. Popiełuszkę i kierującego samochodem Waldemara Chrostowskiego. Chrostowski uchodzi z życiem, natomiast ks. Jerzy zostaje uprowadzony, jest torturowany i zostaje zamordowany.

Ostatnia droga ks. Jerzego, tak jak ją opisują zbrodniarze, to pasmo ekstremalnych męczarni, w których trudno nie doszukać się analogii z drogą krzyżową. Maltretowanego kapłana, kilkakrotnie krępowanego i kneblowanego, przewożono w samochodowym bagażniku, z którego był wielokrotnie wyciągany i katowany do nieprzytomności drewnianym drągiem i pięściami ważącego 100 kg Piotrowskiego. Coraz mocniej wciskano mu włożony do ust knebel, a ostatecznie usta zalepiono szerokim i dwukrotnie owiniętym wokół głowy plastrem, zasłaniającym również znaczną część otworów nosowych, co wywołało wymioty i proces postępującego duszenia się. Na koniec zmaltretowanemu księdzu założono na szyję pętlę ze sznura przeciągniętego do podkurczonych nóg w ten sposób, że każda próba ich wyprostowania powodowała dławienie się ofiary. W takim stanie oprawcy przywieźli konającego księdza na tamę we Włocławku, skąd obciążonego workiem z ważącymi ponad 10 kg kamieniami wrzucili do zalewu.

Na tamie we Włocławku, w miejscu ostatniej stacji męki ks. Jerzego, od początku zrodził się i rozwinął spontaniczny kult męczennika. W pierwszą rocznicę jego beatyfikacji, 5 czerwca 2011 r., ks. bp Wiesław Mering, ordynariusz diecezji włocławskiej, dekretem ustanowił sanktuarium Męczeństwa bł. Księdza Jerzego Popiełuszki w parafii pw. Matki Bożej Fatimskiej prowadzonej przez Zgromadzenie Braci Pocieszycieli z Getsemani.

Ujęci zbrodniarze oraz ich bezpośredni zwierzchnik Adam Pietruszka zostali osądzeni w pokazowym i zmanipulowanym tzw. procesie toruńskim. Otrzymali wysokie wyroki więzienia, które następnie w wyniku dwukrotnego zastosowania amnestii zostały znacząco skrócone, a czas pobytu w więzieniu zaliczono im do stażu pracy.

Sam proces transmitowany przez telewizję stał się dla komunistów okazją do kolejnych prób zniesławienia dobrego imienia zamordowanego kapłana, a także do opartego na kłamstwach perfidnego ataku na Kościół. Kuriozalną mowę oskarżycielską skierowaną przeciwko… zamordowanemu ks. Popiełuszce wygłosił prokurator Leszek Pietrasiński.

Życie poświęcone za wiarę

Przeciwko politycznemu traktowaniu działalności ks. Popiełuszki protestuje ks. prof. Józef Naumowicz.

– Słuchając jego kazań – zresztą można je dziś przeczytać – łatwo dostrzec, że nie ma tam treści stricte politycznych – wskazuje ksiądz profesor. – Ksiądz Popiełuszko cytował bardzo często kardynała Stefana Wyszyńskiego, Papieża Jana Pawła II, a to, co mówił, to nie była polityka, tylko nauczanie społeczne Kościoła dotyczące czy to godności człowieka, czy prawa do wolności, do wyrażania swojej wiary – wyjaśnia.

Obecność w kazaniach bł. ks. Popiełuszki treści patriotycznych ks. prof. Naumowicz wiąże z tradycją wielowiekowej obecności Kościoła w dziejach Polski. Duchowni katoliccy zawsze angażowali się w sprawy Narodu, w działalność patriotyczną, byli zawsze blisko ludzi.

– Gdy Polacy szli na Sybir, kapłani też, podobnie gdy brali udział w powstaniach czy angażowali się w działalność społeczną lub charytatywną – dodaje. – Podobnie ks. Jerzemu nie chodziło o walkę polityczną, tylko o prowadzenie działalności duszpasterskiej – podkreśla ks. prof. Naumowicz.

Ta postawa jest zupełnie niezrozumiała dla ludzi przesiąkniętych myśleniem totalitarnym, dla których wszystko, także działanie czysto religijne, a nawet męczeństwo, sprowadza się do manifestacji politycznej. Tymczasem męczennik nie umiera dla idei, ale za konkretną osobę – za Chrystusa.

Adam Kruczek/Nasz Dziennik

drukuj