Ks. prof. Bortkiewicz: Chrystus Królem. Akt Kościoła, czy Kościoła i państwa?

Lewicowcy chcą „zeświecczyć” szkołę, usuwając z niej finansowanie religii. Czy świecka szkoła, a zatem i świeckie państwo, są w ogóle do pomyślenia? Na czym powinna polegać intronizacja Chrystusa Króla? Czy jest to akt wyłącznie Kościoła, czy także państwa? I dlaczego o. Tadeusz Rydzyk zasłużył na to, by rząd wsparł jego projekty pieniędzmi z budżetu? O tym w rozmowie z Pawłem Chmielewskim opowiada ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr.

Paweł Chmielwski, portal Fronda.pl: Polski Sejm zajął się wczoraj inicjatywą referendalną „Świecka szkoła”, naturalnie ją odrzucając. Strona rządowa argumentowała, że pomysł ma znamiona ataku na religię katolicką, a zatem także na samą tożsamość narodu polskiego. Sprzeciwiali się temu postulatorzy, twierdzący, że pomysł w religię nie jest wymierzony, a chce jedynie przywrócić jej nauczaniu właściwą misję, odsuwając na bok – jak mówili – motywacje finansowe, którymi ma kierować się Kościół. Po której stronie sporu sytuuje się ksiądz profesor?

Ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr: Spór ten, oczywiście, nie jest nowy. Nie ukrywam, że przekonują mnie bardziej racje strony rządowej, która upatruje w nauczaniu religii pewnego elementu kulturowo-tożsamościowego naszego narodu. Zanim spróbuję to uzasadnić, chciałbym jednak odnieść się do argumentów strony przeciwnej, która w sposób, mówiąc delikatnie niezbyt elegancki, przeciwstawiają misję – pracy. Jeżeli uznalibyśmy, że misyjność szkoły wyklucza zarobki, to musielibyśmy pozbawić nauczycieli ich pracy zarobkowej, albo uznać, że nauczyciele nie wykonują żadnego posłannictwa, ale są wyrobnikami zarabiającymi pieniądze. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nauczanie religii jest dość specyficzne. Trzeba jednak pamiętać, że nauczanie religii w szkołach nie zamyka całej działalności katechizacyjnej Kościoła. To tylko jeden element katechizacji. Podkreślam to raz jeszcze: Kościół podejmując nauczanie religii w szkole nie rezygnuje ze swojej działalności katechizacyjnej i misyjnej, która ma charakter niewymierny, a związany z tożsamością Kościoła.

Racja leży więc raczej po stronie rządowej, projekt odrzucającej?

Wydaje mi się, że warto zatrzymać się chwilę przy argumencie strony rządowej, upatrującej w nauczaniu religii elementu tożsamości narodowej. Zauważmy, że spór toczy się w roku 1050. rocznicy chrztu Polski. Data ta oznacza zarówno zręby naszego bytu kościelnego w Kościele powszechnym, jak i naszego bytu narodowego. Te sprawy są w sytuacji Polski ze sobą nierozerwalnie złączone. Jeżeli chcielibyśmy wycofać nauczanie religii ze szkół, to wczytując się dokładnie w postulaty strony protestującej chodziłoby w ogóle o wyeliminowanie jakichkolwiek elementów sacrum z przestrzeni edukacyjnej i publicznej. Musielibyśmy też konsekwentnie zrezygnować z Bogurodzicy na lekcjach języka polskiego czy też z nauczania na lekcjach historii o wydarzeniach roku 966. czy też innych rzeczach  wyznaczających fundamentalne zręby naszej tożsamości historycznej. Wydaje mi się zatem, że powołanie się na tożsamość narodową jest niesłychanie istotne.

Powstaje też pytanie, że ta inicjatywa obywatelska ma tak naprawdę jakiekolwiek szersze poparcie w społeczeństwie, czy też może jest raczej jedynie kaprysem wąskich w istocie środowisk?

Protestujący zebrali pod swoim projektem o zakaz finansowania nauczania religii w szkołach 150 tysięcy podpisów.  Zwróćmy uwagę, że jest to niecałe pół procent społeczeństwa. Jestem głęboko przekonany, że spór dotyczy zagadnienia tożsamości narodowej w swoim najgłębszym rdzeniu. Wobec tego ten projekt obywatelski jest projektem bardzo słabo popieranym przez Polaków. Nie widziałbym więc szczególnego powodu do odwoływania się do poparcia społecznego.

Nazwa tej inicjatywy to „Świecka szkoła”. Co to właściwie znaczy? Autorzy projektu twierdzą, że nie ma mowy o ataku na religię katolicką. Jest jednak powszechnie wiadome, że neutralność światopoglądowa jest mitem, a „świeckość” w praktyce zawsze oznacza mniejszą czy większą, ale jednak wrogość.

Kiedy postawił pan redaktor pierwsze pytanie, przedstawiając argumentację strony wnioskodawczej, pomyślałem sobie na zasadzie takiego prostego skojarzenia o słowach Zagłoby, które padają w Potopie Sienkiewicza: Diabeł się w ornat ubrał i ogonem na mszę dzwoni. Są to argumenty bardzo przewrotne. Moim zdaniem bardzo mocno kamuflują prawdziwe intencje wnioskodawców. O co bowiem chodzi w samym haśle „świecka szkoła”? Pojęcie świeckiej szkoły jest w moim odczuciu trudne do obrony. Tak jak wspominałem: Czy świecka szkoła ma oznaczać wyrugowanie jakichkolwiek elementów religijnych z nauczania szkolnego? Sądzę, że wnioskodawcy mylą często pojęcie neutralności i bezstronności. Państwo w żadnym wymiarze nie jest w stanie być tak naprawdę neutralne aksjologicznie. Przyjmując jakąkolwiek opcję opowiada się zawsze za jakąś aksjologią. Nie ma pustki aksjologicznej. Państwo może natomiast zachować pewną bezstronność. Na przykład umożliwiając nauczanie religii katolickiej w szkole nie zamyka w żaden sposób drogi dla inicjatyw, które w określonych środowiskach będą promowały nauczanie na przykład zasad wyznania protestanckiego czy prawosławnego. Takie lekcje w pewnych kręgach uczniowskich są uzasadnione. Można więc mówić o bezstronności, ale nie neutralności. Myślę, że pojęcie „świeckiej szkoły” i „neutralnego państwa” to pojęcia w rzeczywistości nie dające się zrealizować.

Myślę, że to dość jasno obnaża miałkość całej tej inicjatywy referendalnej. Przejdźmy więc do kolejnego problemu, poniekąd także związanego ze „świeckością” państwa, choć istotniejszą chyba dla Kościoła. Mam mianowicie na myśli sprawę intronizacji Chrystusa na Króla Polski. Jak wiemy z niedawnego wywiadu, którego Katolickiej Agencji Informacyjnej udzielił ks. bp Andrzej Czaja, Episkopat zamierza przeprowadzić akt intronizacji, ale odchodząc od szeregu koncepcji postulowanych przez część środowisk intronizacyjnych. Nie ma więc mowy o tytułowaniu Zbawiciela „Jezusem Królem Polski”, a chodzi raczej o uznanie faktu Jego królowania. Co sądzi ksiądz profesor o takim kursie obranym w tej sprawie przez biskupów?

Nie mogę, oczywiście, wypowiadać się w imieniu Episkopatu, a jedynie w swoim. Sądzę, że wokół intronizacji Chrystusa Króla narosło wiele emocji i nieporozumień. Jest wiele bardzo różnych projektów. Sam dyskutowałem ostatnio z przedstawicielem jednego ze środowisk intronizacyjnych, który zarzucał moim poglądom modernizm i nieprawidłowość w rozumieniu nauki Kościoła. Używałem w korespondencji sformułowania Jezus Chrystus Król Wszechświata. Zdaniem mojego interlokutora sformułowanie to ma charakter modernistyczny i zawęża królowanie Chrystusa Króla do jakieś bliżej nieznanej rzeczywistości. Mówię o tym chcąc wskazać, że za projektem intronizacji Chrystusa Króla kryją się bardzo różne koncepcje: z jednej strony koncepcje Rozalii Celakówny, z drugiej koncepcje księdza Natanka, z trzeciej wreszcie koncepcje Episkopatu Polski. Ja jestem z pokolenia Jana Pawła II. Nie zapomnę wezwania, które święty papież zostawił nam w swojej programowej encyklice Redemptor hominis z 1979 roku, pisząc:„jedna narzuca się odpowiedź, zasadnicza i podstawowa. Jeden zwrot ducha, jeden kierunek umysłu, woli i serca: ad Christum Redemptorem hominis, ad Christum Redemptorem mundi. Ku Niemu kierujemy nasze spojrzenie, powtarzając wyznanie św. Piotra: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego”, bo tylko w Nim, Synu Bożym, jest nasze zbawienie (J 6, 68; por. Dz 4, 8 nn.)”. Myślę, że taki właśnie kierunek, zawierzenia Chrystusowi Królowi naszego narodu, oddania Mu siebie w akcie wiary, niekojarzący się z aktami natury quasi-politycznej jest słuszny. Jeżeli miałbym wypowiedzieć swoje prywatne zdanie, to akt zawierzenia Chrystusowi narodu polskiego, polskich dziejów i każdego z nas, Polaków, jest dla mnie aktem całkowicie uzasadnionym.

Głosy części środowisk postulujących intronizację wskazują jednak na ich głębokie niezadowolenie z propozycji Episkopatu.

Obawiam się, że niektóre ze środowisk są zbyt przywiązane do swojej koncepcji intronizacji Chrystusa Króla, która zakłada bardzo spektakularne uzewnętrznienie aktu. Środowiska te mogą propozycję Episkopatu uznać za przejaw Kościoła modernistycznego, z którym oni się nie zgadzają. Ślad tego znalazłem już wczoraj w Internecie, gdzie pojawiła się petycja o przeprowadzenie aktu intronizacji Chrystusa Króla w ramach obchodów 1050. rocznicy chrztu Polski, z udziałem prezydenta, Zgromadzenia Narodowego i innych instytucji. Moim zdaniem to niewłaściwa droga. Intronizacja to akt przede wszystkim religijny i niech takim pozostanie.

Sprzeciw części środowisk wywołuje jak się zdaje zwłaszcza fakt, że Episkopat nie chce nadać Panu Jezusowi tytułu Króla Polski. Ta kwestia rodzi jednak pytanie, czy  ktokolwiek jest uprawniony, żeby nadawać naszemu Panu tego typu tytuły? Episkopat wydaje się uznawać, że jest bardziej właściwe jedynie zaakceptowanie istniejącej już władzy królewskiej Chrystusa.

Liturgia Kościoła nazywa Jezusa Chrystusa Królem Wszechświata. Jest to w moim odczuciu tytuł nawiązujący do najstarszej tradycji mówiącej o Bogu, Chrystusie, jako Pantokratorze, władcy całej rzeczywistości. W tej rzeczywistości mieści się, oczywiście, także Polska i nasz naród. Dlatego całkowicie zgadzam się, że ważniejsze jest wewnętrzne uznanie faktu królowania Chrystusa nad każdym z nas, także nad naszym narodem, niż jakaś proklamacja czegoś, co jest raczej rzeczywistością, by tak rzec, do przyjęcia i uwewnętrznienia w naszych sumieniach, a nie ogłaszania jakimś aktem. Można zastanawiać się nad tym, czy mamy prawo nadawania tytułu Chrystusowi Królowi, który z racji swojej boskości jest już, niezależnie od naszego uznania, Królem Wszechświata, a zatem także Królem Polski i polskiego narodu.

Wiele kontrowersji wzbudza udział przedstawicieli władzy w całym akcie. Bp Czaja w rozmowie z KAI podkreślał, że rzecz jest jeszcze niesprecyzowana i najpewniej będzie po prostu zależała od samych polityków, w sensie ich decyzji osobistej, a nie urzędowej. Jak mogłoby to wyglądać według księdza profesora?

Trudno byłoby mi przedstawić precyzyjny scenariusz. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na pewien dysonans. O ile pan prezydent jest postacią bardzo czytelną i myślę, że jego udział w całej ceremonii mógłby wynikać z jego osobistej wiary, to już udział polskiego parlamentu byłby dla mnie sprawą bardzo dyskusyjną. Parlament ten w swoich zachowaniach – choćby w sporze, od którego rozpoczęliśmy naszą rozmowę – wykazuje bardzo spolaryzowane stanowiska. Czy ten akt byłby więc aktem rzeczywistej powagi i szacunku? A może raczej aktem jakiegoś przymusu politycznego czy też swoistej ironii? Obawiam się, że wzbudzałoby to większe kontrowersje, niż wymaga tego cała sytuacja. Myślę, że należałoby raczej oczekiwać udziału w akcie intronizacji poszczególnych polityków na zasadzie ich osobistej wiary.

Jest przecież w Polsce grupa polityków, która w bardzo czytelny i jednoznaczny sposób manifestuje od kilku miesięcy swoją wiarę. Nie zdziwię się, jeżeli właśnie ta grupa polityków zjawi się na uroczystościach. Nie znaczy to jednak, bym oczekiwał instytucjonalnego zaangażowania kancelarii prezydenta, rządu, a zwłaszcza parlamentu Rzeczpospolitej. To będzie akt przede wszystkim religijny, tak samo, jak było to w przypadku poprzednich analogicznych uroczystości, zawierzenia Niepokalanemu Sercu Maryi czy Jasnogórskich Ślubów Narodu. Jego podmiotem moim zdaniem powinien być Kościół polski reprezentowany przez episkopat.

Udział polityków w akcie intronizacji będzie więc właściwy, ale jako wiernych Kościoła, a nie urzędników państwa?

Tak.

Na koniec chciałbym prosić księdza profesora o opinię w sprawie finansowania toruńskiej Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. Wczoraj lewicowo-liberalną opinią publiczną wstrząsnęła wręcz propozycja niektórych posłów PiS o przyznaniu toruńskiej szkole dużego dofinansowania. Ostatecznie zostało ono prawie siedmiokrotnie zmniejszone, z 20 do 3 mln zł, ale oburzenie i tak jest znaczne: Mówi się o kupowaniu poparcia o. Tadeusza Rydzyka. Zupełnie zapomina się przy tym, jak ta Szkoła była traktowana przez poprzednią władzę. Wsparci rządu dla tej placówki jest w ocenie księdza profesora zasadne?

Trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie wprost, bo nie wiem jak wygląda praktyka wspierania innych szkół prywatnych. Dziwię się jednak oburzonym posłom lewicowo-liberalnym, że milczeli w sytuacji, w której Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej była ewidentnie szykanowana przez poprzednie władze. Szkoła ta była szczególnie cenzurowana. Podawano kiedyś informacje, że istnieje wręcz komórka ministerialna w sposób szczególny przyglądająca się jej działaniom. Pomimo tego placówka przechodziła przez wszystkie procesy akredytacyjne w sposób bardzo pozytywny, łącznie z uzyskaniem wyróżnienia w ostatniej akredytacji państwowej dotyczącej kierunku dziennikarstwa. Mówiąc nieco na marginesie i trochę ironicznie: Byłoby rzeczą bardzo naiwną sądzić, że o. Tadeusza Rydzyka można kupić za jakąkolwiek kwotę, a zwłaszcza za taką. Niewykluczone, że politycy liberalno-lewicowi mają na uwadze korupcję we własnych szeregach, gdzie bardzo tanio sprzedaje się pogląd. Sądzą dlatego, że do kupienia są poglądy wszystkich ludzi. Tymczasem Ojca Dyrektora uważam za człowieka nie do kupienia. Myślę, że jego postawa wielokrotnie dała temu wyraz.

Oczekiwałbym, że toruńska Szkoła nie będzie darzona żadnymi szczególnymi przywilejami, ale że będzie sprawiedliwie traktowana jeśli chodzi o jej projekty naukowe, badania i potrzeby dydaktyczne. Podobnie powinno być z innymi inicjatywami budowanymi wokół niej. W ramach sprawiedliwości można też, jak sądzę, mówić o pewnej rekompensacie za straty, które Szkoła i związane z nią instytucje ponosiły w ostatnich latach z racji blokowanych wielu inicjatyw. Jeżeli nawet pojawi się jakaś rekompensata, to będzie ona utrzymana w ramach sprawiedliwości, a nie uprzywilejowanego traktowania tej Szkoły.

Postawę rządu wobec projektów o. Tadeusza Rydzyka dobrze ilustruje sprawa geotermii. W grudniu ubiegłego roku były szef PSL Janusz Piechociński przyznał publicznie, że projekt o. Dyrektora zablokowano z powodów czysto politycznych. Jak rozumiem ksiądz profesor postuluje, by teraz środowisko toruńskie nie cieszyło się żadnymi specjalnymi względami, ale było po prostu traktowane sprawiedliwie?

Dokładnie tak. Skoro mówimy o geotermii, to warto przypomnieć, jakie jest stanowisko obecnego ministra środowiska naturalnego, pana profesora Jana Szyszko, który wielokrotnie dawał wyraz swojemu uznaniu dla projektów geotermalnych. Pan profesor przywołał te projekty na ostatniej konferencji klimatycznej w Paryżu, pokazując je jako wkład Polski w odnawialne i ekologiczne źródła energii. Mówił o tym projekcie jako o pewnej propozycji ze strony Polski dla Europy; propozycji, która nie miała szans rozwoju z racji działań obstrukcyjnych poprzedniego rządu. To z jednej strony ilustracja tego, co było, a z drugiej tego, co jest i co może być w przyszłości. Sądzę mianowicie, że warto wesprzeć niektóre inicjatywy środowiska toruńskiego, tak te związane z geotermią, jak i te dotyczące Szkoły, projektowanego muzeum pamięci papieża Polaka i historii Polski przy świątyni pw. Maryi Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II. W moim przekonaniu inicjatywy te, jako służące dobru państwa, warto byłoby włączyć w pewną opiekę ze strony instytucji państwowych. To właśnie domena sprawiedliwości i roztropnej troski o dobro wspólne, a w żadnej mierze nie uprzywilejowania czy nadzwyczajnych działań wspierających wybrane środowisko czy opcję polityczną.

Serdecznie dziękuję za rozmowę. Z Panem Bogiem!

źródło: fronda.pl

drukuj