fot. youtube.com

Ks. J. Aszkiełowicz z Wileńszczyzny dla wPolityce: Kochamy Polskę i każdego dnia o nią walczymy. Dla nas polskość jest świętością

Potrzebujemy m.in. dzieł Sienkiewicza, książek religijnych, literatury o żołnierzach niezłomnych. Język polski jest dla nas najważniejszy, dlatego walczymy o polskie szkoły na Wileńszczyźnie. Kiedy przeczytałem książkę Edmunda Banasikowskiego „Na zew Ziemi Wileńskiej” zrozumiałem całą historię. Dziadkowie i rodzice kiedyś o tym opowiadali po cichu, ale kiedy to przeczytałem zrozumiałem nasze dzieje. Młodzieży trzeba tłumaczyć jak bogata, szlachetna i piękna jest nasza historia — mówi portalowi wPolityce.pl ksiądz kanonik Józef Aszkiełowicz, proboszcz parafii w Butrymańcach i w Podborzu na Wileńszczyźnie.

wPolityce.pl: Jaka była księdza droga do kapłaństwa? Jak ksiądz trafił na Wileńszczyznę?

Ks. Józef Aszkiełowicz: Urodziłem się w 1955 r. w Wilnie. Rodzice pochodzą z Turgiel. Tu jest moja Ojczyzna. Do kapłaństwa powołał mnie Pan Bóg w 1977 r., kiedy odbywałem zasadniczą służbę w sowieckim wojsku. Byłem radiomechanikiem na lotnisku. Pewnej nocy szedłem po zapasowym pasie startowym i nagle mnie olśniła wielka miłość Pana Boga. Trwało to sekundy. Upadłem na kolana, zacząłem się modlić słowami „Ojcze nasz”. Wtedy przyszła mi do głowy myśl, że powinienem iść do seminarium. Byłem w nieziemskiej euforii. Czułem się wyjątkowo. Nigdy czegoś takiego nie przeżywałem. Zrozumiałem, że to jest powołanie. Doszedłem do wniosku, że Pan Bóg lepiej ode mnie wie, co dla mnie dobre. Nie mogłem jednak zrozumieć dlaczego miałbym być księdzem.

Chodził ksiądz wcześniej do kościoła?

Chodziłem, ale nigdy nie ośmieliłem się marzyć, aby być księdzem. Nawet ministrantem nie byłem. Nie znałem nawet żadnego księdza. Nie przeczytałem nawet żadnej książki o wierze. Wtedy nie potrafiłem jeszcze czytać po polsku, skończyłem rosyjską szkołę. I nagle Pan Bóg mnie zawołał. Myślę sobie – Panie Boże zrobiłeś błąd. Ksiądz powinien być człowiekiem bardzo inteligentnym, pobożnym, kulturalnym. Oceniałem, że mimo znaku od Boga nie nadaję się do kapłaństwa. Uczyłem się w rosyjskiej szkole. Trzeba było bić się, żeby przetrwać. U Rosjan liczy się tylko siła. Silni byli szanowany, słabi deptani.

Boks czy zapasy decydowały o pozycji w szkole?

Boks.

Dobrze ksiądz boksował?

Średnio. Dzięki Bogu nie jestem wybitnym pięściarzem.

Ale radził ksiądz sobie?

Nigdy nie przegrywałem.

Czuł ksiądz znak od Boga, ale z drugiej strony uważał, że nie nadaje się do stanu duchownego. Jak ksiądz rozwiązał sprawę swojego powołania?

Tłumaczyłem Panu Bogu, że powołując mnie popełnił błąd. Ale czułem, że nie można Mu odmawiać, bo On lepiej wie, co dla nas dobre. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego zostałem powołany. Widzę z perspektywy czasu, że Pan Bóg jeżeli kogoś powołuje, pracuje nad nim. Jest jak rzeźbiarz, który dłutem i młoteczkiem stopniowo usuwa niepotrzebne rzeczy, wady, grzechy. Upiększa człowieka. Z niekształtnej bryły stara się zrobić piękną figurę. Kiedy Michała Anioła pytali, jak stworzył Pietę, mówił, że była już w kamieni, a on tylko usunął to, co niepotrzebne. Pan Bóg z każdego chce zrobić piękną osobę. Może to uczynić tylko, jeżeli człowiek z Nim współpracuje. Mówi się o mężczyźnie, że jest to twardy materiał do modelowania. Być może coś w tym jest, bo mężczyzn jest mniej w Kościele. Uparci, chcą wszystko pojąć swoim rozumem. A tu trzeba prostej mądrości. Zrozumienia, że jest się prochem przed Bożym obliczem. Jeżeli człowiek zrozumie, że nie wie wielu rzeczy, to znaczy, że jest mądry. Głupiec wie wszystko. Pan Bóg jest wielką siłą. Kieruje całym kosmosem i procesami zachodzącymi w nas. To nie jest sympatyczny, starszy pan, który siedzi na obłoczku.

W 1977 r. wraca ksiądz z sowieckiej armii do domu. I co się dalej dzieje? Mówi ksiądz rodzicom o znaku od Boga o powołaniu do kapłaństwa?

Nie mówiłem o tym. Zastanawiałem się, czy czegoś sobie nie ubzdurałem. Poczekałem dwa lata, zastanawiałem się. Liczyłem, że mi przejdzie, ale ciągnęło do kościoła. Mieszkałem na Buforowej Górze w Wilnie. Kościoły są położone w dole. Wieże kościelne wołały mnie do siebie. Słyszałem głos – to twoje miejsce w kościele. Kiedy zaczynałem myśleć o Kościele, ogarniało mnie błogie uczucia, czułem niesamowity spokój.

W 1979 r. słuchałem Polskiego Radia. Wtedy po raz pierwszy papież Jan Paweł II odwiedził Warszawę. Odprawił słynną Mszę Św. na Placu Zwycięstwa. Wtedy pogodziłem się z moim powołaniem i zdecydowałem, żeby iść do seminarium. Gdyby mi ktoś powiedział, że za osiem lat będę koncelebrował Mszę św. z Ojcem Świętym przy ołtarzu na błoniach krakowskich, nigdy bym w to nie uwierzył. Kiedy papież podawał mi rękę, powiedziałem, że jestem z Wilna. Uśmiechnął się i powiedział – co dzień jestem z wami w Ostrej Bramie, pamiętam o was. Ale wrócę do moich początków kapłaństwa. W 1979 r. poszedłem do litewskiego seminarium w Kownie, jedynego na całej Litwie. Pan Bóg ma duże poczucie humoru. Jego drogi są niezbadane. Skoro Związek Sowiecki się rozpadł to znaczy, że wszystko w życiu jest możliwe.

Księdza wątpliwości wtedy zniknęły?

Pan Bóg mnie powołał i wyleczył z kompleksów. Jako młody człowiek miałem kompleks niższej wartości. Uważałem, że wszyscy są rozumniejsi ode mnie. Zastanawiałem się z czego będę żyć. Ale okazało się, że mam zdolności filozofowania. Wtedy myślałem, że jestem jedynym głupim człowiekiem na świecie. A teraz patrzę, że ludzie nie chcą Boga, nie chcą zbawienia. Zdziwiłem się, że aż tyle jest głupich ludzi, którzy nie dbają o swoje zbawienie. Wyleczyłem się z kompleksu niższości. Jestem szczęśliwy i wdzięczny Panu Jezusowi, że jestem kapłanem. Ci, którzy wyrzekają się kapłaństwa nie zrozumieli czym ono jest.

Czym jest dla księdza kapłaństwo?

Oddaniem Bogu. Ale oddanie Stwórcy nie dotyczy tylko kapłanów, dotyczy wszystkich. Można powiedzieć tak – Ty oddajesz Bogu to co masz, a Bóg przekazuje ci to, co On ma. Co ma człowiek? 80 lat do przeżycia. Mi do osiemdziesiątki zostało jeszcze siedemnaście lat. Oddaje Bogu swoją resztę, te siedemnaście lat. Porównując to do pieniędzy przekazuję Bogu 17 euro, a On mi za to daje miliardy euro, czyli wieczność. To dobry geszeft z Bogiem. Boży bank daje najlepsze procenty. Bóg oszalał z miłości do nas. Tylko prosi, żebyśmy dali coś od siebie. Przypomnijmy sobie jak Chrystus rozmnażał chleb. Poprosił o kilka, a najadła się ogromna rzesza ludzi. Dobry Łotr włożył w ten bank tylko jedną godzinę, a otrzymał wieczność.

Długo ksiądz jest na parafii w Butrymańcach?

Dopiero drugi rok.

A wcześniej gdzie ksiądz pełnił posługę duszpasterską?

Byłem z księdzem, naszą legendą, słynnym księdzem Józefem Obrembskim. To był Mojżesz, który przeprowadził naród polski na Wileńszczyźnie przez Morze Czerwone komunizmu. Był wielkim autorytetem. Teraz sam muszę prowadzić kontynuować jego pracę. Pracowałem z nim czternaście lat pracowałem, później dwanaście lat w Turgielach, sześć w Ejszyszkach. Teraz jestem proboszczem w parafiach w Butrymańcach i w Podworzu. To parafie na Wileńszczyźnie. Czterdzieści cztery lata kapłaństwa za mną, ale ciągle uczę się Wiary i poznawania Boga. Bóg jest życiem. Na ile człowiek zna Pana Boga na tyle poznaje życie. Jeżeli człowiek ma Boga jest sobie przyjacielem. Jeżeli go nie ma, jest swoim wrogiem. Nie ma większego wroga dla człowieka niż on sam. Nikt tyle nie zaszkodzi jak człowiek sobie sam. Bardzo szybko mi życie przeleciało. Mam już 63 lata. Jestem coraz bliżej prawdziwego życia. Wierzę, że prędko do mnie przyjdzie prawdziwe szczęście. Tam będzie wieczne Wilno. Tak, jak dla Żydów jest wieczne Jeruzalem, tak dla mnie wilniuka, będzie wieczne Wilno. Wilno to miasto miłosierdzia. Trafią do niego ci, którzy byli miłosierni, kto był niemiłosierny zostanie stamtąd wypędzony przez Pana Boga. Miłosierdzie wraca jak bumerang do człowieka. Jeżeli człowieka kocha Boga i bliźniego, kocha również siebie i nie jest dla siebie wrogiem. Dlatego Bóg zwraca się do człowieka i mówi – zlituj się sam nad sobą!

Ilu Polaków mieszka w parafiach w Butrymańcach i w Podborzu?

W obu parafiach mieszka po 2 tysiące Polaków. W Butrymańcach Polacy stanowią 95 proc., w Podborzu 98 proc. mieszkańców. Nabożeństwa są tylko po polsku. W niedzielę odprawiam cztery Msze św., w tygodniu po jednej w każdym kościele.

Jakie tu są główne problemy Polaków?

Utrzymanie polskości i utrzymanie polskich szkół. Kto odchodzi od polskości, odchodzi od Kościoła, traci tradycję, kulturę, język. U nas na pierwszym miejscu jest wiara, Chrystus i zbawienie duszy. Jeżeli dziecko nie umie modlitw po polsku, nie zna pieśni religijnych po polsku, jeżeli nie potrafi zaśpiewać w naszym języku kolęd, staje się duchowe biedne. Czego Sowieci nie zdołali zrobić ze swoim brutalnym ateizmem teraz robi to diabeł. Widzimy co dzieje się w Europie. Obserwujemy ataki na Polskę. Tam gdzie diabeł atakuje jest coś dobrego i wartościowego. W Europie przy wartościach chrześcijańskich trwa jeszcze tylko Polska, która jest jak Jasna Góra broniąca się przed najazdem szwedzkim. Jeżeli nasza ojczyzna utrzyma się przy wartościach, uratuje całą Europę. Myślę, że tak się stanie. Pan Bóg nie opuści nas. Polska ma misję do spełnienia. Naród musi znać tę misję, jeżeli jej nie zna, staje się bezkształtną masą.

Ma ksiądz na myśli tę iskrę, która ma wyjść z Polski, o której Chrystus powiedział św. Faustynie?

Tak. Każdy z nas może być taką iskrą. Bóg przemawia nie tylko przez Kościół, również przez poezję, sztukę, muzykę, przyrodę, naukę. Cały czas mówi do nas, trzeba tylko znać jego język. Przemawia także przez historię. Trzeba tylko wyciągać z niej wnioski. Krzyż łączy ziemię z niebem, pozioma belka łączy przeszłość z przyszłością. Kto dobrze zna przeszłość, może wnioskować co wydarzy się w przyszłości. Ale wszystko łączy się w Chrystusie. Bez Chrystusa nie można zrozumieć samego siebie, ani drugiego człowieka. Dlatego mówimy z Chrystusem, w Chrystusie i przez Chrystusa. W 1920 roku Polacy rozbili Sowietów. Żaden inny naród tego nie zrobił. Czy byłoby to możliwe bez wiary i zrozumienia swojej misji?

Jak Polacy mogą wam pomóc?

Ważne dla nas są media. Dostęp do telewizji publicznej, Radia Maryja, TV Trwam. Niezwykle ważna jest łączność z Polakami z kraju. Niech ich tu przyjeżdża jak najwięcej. Jesteśmy sobie nawzajem bardzo potrzebni. Odwiedzając Wileńszczyznę głębiej poznaje się historię Polski. Z naszych stron pochodził mąż opatrznościowy, Józef Piłsudski. Stąd wywodzi się wiele postaci podziemia niepodległościowego, chociażby Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” czy rotmistrz Witold Pilecki. Z każdej polskiej rodziny na Wileńszczyźnie ktoś był w polskiej partyzantce, z każdej rodziny ktoś zginął z rąk Sowietów czy został wywieziony na Sybir. To za Polskę ginęliśmy w Ponarach. Kochamy Polskę i każdego dnia o nią walczymy. Dla nas polskość jest świętością. Do tej świętości trzeba dorosnąć. Nie każdemu się to udaje. Oprócz wizyt i modlitwy rodaków potrzebujemy książek, szczególnie dla dzieci i młodzieży. Potrzebujemy m.in. dzieł Sienkiewicza, książek religijnych, literatury o żołnierzach niezłomnych. Język polski jest dla nas najważniejszy, dlatego walczymy o polskie szkoły na Wileńszczyźnie. Kiedy przeczytałem książkę Edmunda Banasikowskiego „Na zew Ziemi Wileńskiej” zrozumiałem całą historię. Dziadkowie i rodzice kiedyś o tym opowiadali po cichu, ale kiedy to przeczytałem zrozumiałem nasze dzieje. Młodzieży trzeba tłumaczyć jak bogata, szlachetna i piękna jest nasza historia. Należy im mówić jak była i jest zwalczana. Polskość jest ciągle opluwana. Jeden polityk powiedział, że polskość to jest nienormalność. Dał tym świadectwo o sobie. Wszystko co szlachetne jest opluwane, Chrystus też jest opluwany, krzyżowany i cierniem koronowany, niesie krzyż. Historia sprzed dwóch tysięcy lat ciągle się powtarza. A każdy z nas decyduje czy głosuje za Chrystusem czy za Barabaszem. Ale po śmierci każdy będzie z tym, za kim głosował.

Rozmawiał Tomasz Plaskota

 

wPolityce.pl

drukuj