Jak kombinuje „salon”

Pani filozofowa Magdalena Środa jest niewątpliwie jedną ze znaczących i reprezentatywnych postaci tzw. salonu, to znaczy towarzystwa wzajemnej adoracji i asekuracji, którego uczestnicy wystawiają sobie nawzajem certyfikaty przyzwoitości albo moralności – w zależności od aktualnego zapotrzebowania i mądrości etapu.

Od pewnego czasu „salon” szalenie zaangażował się w forsowanie nie tylko legalizacji, ale również finansowania z budżetu zapłodnienia w szklance, czyli in vitro. Część „salonu” szalenie się na to zapłodnienie snobuje, uważając je za symbol przynależności do „Europy”, którą on w swoim mniemaniu reprezentuje wobec mniej wartościowego narodu tubylczego. Ponieważ parlamentarne losy projektu mającego legalizować zapłodnienie w szklance ostatnio nieco się skomplikowały, pani filozofowa Magdalena Środa skrytykowała znienawidzonego Jarosława Kaczyńskiego, że nawet podczas dyskusji na temat in vitro nie myśli o niczym innym, jak tylko o władzy, podczas gdy powinien myśleć o czymś zupełnie innym. Wszystko to oczywiście być może, bo prezes Kaczyński o władzy myśli pewnie częściej niż inni, zwłaszcza w sytuacji, gdy akurat jest jej pozbawiony – ale przecież nie jest w takim myśleniu odosobniony. O czym w końcu ma myśleć polityk, jeśli nie o władzy? Niektórzy powiedzą, że powinien myśleć o tym, jakby nam tu przychylić nieba, ale tak mówiąc, najwyraźniej nie wiedzą, co czynią. Przychylanie nieba bowiem bardzo dużo kosztuje, znacznie więcej niż możliwość zapukania do serduszka francuskiej aktoreczki, która zresztą lojalnie o tej wysokiej cenie informowała naszego króla Stanisława Augusta. Z dwojga złego znacznie lepiej jest, kiedy polityk myśli tylko o władzy, bo to dla podatników na ogół bywa tańsze.

Skoro jednak Jarosław Kaczyński nawet podczas debaty o zapłodnieniu w szklance myśli tylko o władzy, to o czym tak naprawdę podczas tej debaty myśli „salon”? Salonowcy twierdzą, że myślą, jakby tu przychylić nieba bezpłodnym matkom – ale nie ma najmniejszego powodu, by w te deklaracje tak od razu wierzyć. Salonowcy bowiem, podobnie jak za Józefa Stalina, tak i teraz, walczą o nieubłagany postęp, na którego drodze stoi im Kościół katolicki ze swoimi zasadami. Na przykład – że nie wolno mordować ludzi nawet w imię nieubłaganego postępu, nawet jeśli są bardzo mali, w każdym razie mniejsi od pani filozofowej Magdaleny Środy i jeszcze nie głosują na jedynie słuszną partię. Wieloletnia perswazja Kościoła doprowadziła do tego, że nawet Jacek Kuroń, dostrajając się do przeważających opinii, zaczął uznawać aborcję za „coś złego”. W tej sytuacji „salonowi” nie wypadało atakować Kościoła wprost, więc postanowił założyć głęboki impas i zmiękczać jego stanowisko przy pomocy kłucia go w chore z nienawiści oczy niedolą niepłodnych matek. Gdyby pod ciężarem tego szantażu Kościół dopuścił zapłodnienie w szklance, to musiałby zgodzić się też na niszczenie bardzo małych ludzi, których przy tej metodzie trzeba na wszelki wypadek wyprodukować trochę więcej. W stanowisku Kościoła zostałby wówczas dokonany potężny wyłom, a w tej sytuacji również jego przyzwolenie na aborcję byłoby tylko kwestią czasu. Skoro bowiem powiedziało się „a”, to dlaczego nie powiedzieć „b”? Tak sobie to „salonowcy” wykombinowali, zaś niedola niepłodnych matek jest im potrzebna jedynie w charakterze pozoru moralnego uzasadnienia osłonowego. Krytykując tedy znienawidzonego Jarosława Kaczyńskiego, że myśli tylko o władzy, „salon” i przemawiająca w jego imieniu pani filozofowa postępuje bardzo podobnie, z tą może różnicą, że forsowanie nieubłaganego postępu, zarówno za Józefa Stalina, jak i teraz, wymaga ofiar z ludzi. Ciekawe, że nosiciele nieubłaganego postępu, wśród nich również pani filozofowa, własną egzystencję dlaczegoś uznają za niezbędną, milcząco zakładając, że poświęcać trzeba kogoś innego. A przecież nie ma ludzi niezastąpionych!

drukuj