Hołd Ruski – ukrywana historia Polski

Przez lata Hołd Ruski był jedną z najbardziej ukrywanych kart w historii Polski. Car Rosji klękając, bił czołem i całując królewską dłoń siedzącemu na trenie Zygmuntowi III Wazie, oddał hołd Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Okres ten w Rosji nazywany jest „wielką smutą”, a dzień wygnania Polaków dziś jest świętem narodowym – prof. Andrzej Nowak opowiedział Redakcji Informacyjnej Radia Maryja o genezie przejęcia władzy na Kremlu przez Rzeczpospolitą.

Wielka smuta – jak nazywają Rosjanie ten czas – zaczęła się w ich historii z chwilą wygaśnięcia dynastii Rurykowiczów. Syn Iwana Groźnego, który przeżył gniew swojego ojca, bo Iwan Groźny zabił osobiście swojego starszego syna, średni objął po nim tron, a najmłodszego zabił z kolei skrytobójczo ambitny bojar Borys Godunow. Tak właśnie z wygaśnięciem tej przez wieki panującej w Moskwie dynastii Rurykowiczów zaczyna się okres walki o władzę, kto po nich, po Rurykowiczach, tę władzę obejmie. Najpierw sięgnął po nią, po śmierci średniego syna Iwana Groźnego Fiodora, wspomniany Borys Godunow. Rządził żelazną ręką, ale kiedy sam uległ chorobie i próbował przekazać tron swojemu synowi, okazał się zbyt słaby w stosunku do innych rodzin bojarskich, które także myślały o objęciu tronu w Moskwie. W tym czasie, kiedy zabrakło – można tak powiedzieć – naturalnych panów (jak się wtedy mówiło) Moskwy, a więc rodu Rurykowiczów, polskie elity polityczne podjęły wielki projekt szukania, rozwiązania konfliktów między Rzeczpospolitą a Moskwą na drodze unii.

Już w roku 1590 ruszyło pierwsze poselstwo w tej sprawie do Moskwy, żeby ewentualnie w przyszłości połączyć te dwa sąsiednie kraje węzłem unii personalnej, a po śmierci wspomnianego Fiodora ostatniego z Rurykowiczów, a w 1600 r. do Borysa Godunowa udało się wielkie poselstwo na czele z kanclerzem litewskim z Lwem Sapiehą z herbu Lis, proponując bardzo już drobiazgowo opracowany program zjednoczenia Rzeczpospolitej i Moskwy pod wspólną władzą z otwartymi granicami, z możliwością kształcenia rosyjskich dzieci bojarskich w polskich szkołach, bo w Rosji żadnych szkół wtedy nie było. Swoboda kształcenia oznaczała po prostu możliwość wykształcenia elit rosyjskich w Polsce. Niektórym rodom bojarskim ta perspektywa otwarcia na świat przez Polskę, przez Rzeczpospolitą, podobała się. Oczywiście nie podobała się samemu Borysowi Godunowowi, który nie chciał wcale, żeby Polacy wybierali w przyszłości cara Moskwy i żeby zjednoczyć te państwa. Nie podobała się ta idea także tym rodom bojarskim, które same chciały zasiąść na tronie. W tych właśnie warunkach rodzi się idea ożywienia zabitego już wcześniej najmłodszego syna Iwana Groźnego Dymitra, zabitego – jak już wspomniałem – z polecenia Borysa Godunowa.

Cudownie rzekomo zmartwychwstały Dymitr odnajduje się. Zależało na tym rodzinie bojarskiej Romanowów, która chciała przy jego pomocy sama dojść do władzy. Ucieka z Rosji fałszywy Łżedymitr – jak go w Rosji nazywano w 1604 r. Pojawia się w Rzeczpospolitej. Szuka tam poparcia u ambitnych magnatów i je znajduje u Jerzego Mniszka wojewody sandomierskiego. W ten sposób zaczyna się już bezpośrednio okres tzw. dymitriad, czyli wypraw na Moskwę, żeby osadzić na Kremlu tego fałszywego Dymitra.

Ten pierwszy fałszywy Dymitr w 1605 r., po uprzednim spotkaniu z królem Zygmuntem III Wazą i uroczystym ślubem, który odbył z córką Jerzego Mnisza, Maryną Mniszchówną, w Krakowie, został rzeczywiście wprowadzony na tron w Moskwie po śmierci Borysa Godunowa w 1605 r. przez prywatne oddziały niektórych magnatów polskich. To nie była akcja państwa Rzeczpospolitej. Król po cichu tylko udzielił błogosławieństwa tej misji, ale nie miał mandatu Rzeczpospolitej na prowadzenie takiej ofensywnej polityki wobec Moskwy. Jednakże, kiedy w 1606 r. ten pierwszy fałszywy Dymitr, ukoronowany na cara, przyjmował swoją małżonkę Marynę Mniszchówną na Kremlu, doszło do buntu w Moskwie, buntu sprokurowanego, spowodowanego właśnie przez inne zazdrosne rody bojarskie, które chciały wykorzystać zamieszanie, zamordować tego fałszywego Dymitra i tym samym wyjść na czoło walki o tron carski. Wśród nich najważniejsza była rodzina Szujskich. Tu właśnie Szujscy, którzy stali za tym przewrotem w 1606 r., po zamordowaniu Dymitra, wymordowaniu wielu Polaków, którzy mu towarzyszyli w aresztowaniu wielu innych znacznych osób z Polski, a wśród nich naprawdę wybitnych postaci polskiego życia politycznego, to właśnie Szujscy sięgnęli po tron carski. Wówczas pojawił się problem uwolnienia polskich jeńców z Moskwy oraz problem odzyskania tych ziem, których Rzeczpospolita wciąż jeszcze nie odzyskała ze strat dawnych, z przed blisko wieku w wojnie z Moskwą. Chodziło przede wszystkim o Smoleńsk, który w 1514 r. został stracony na rzecz Moskwy. Wtedy właśnie rodzi się wśród niektórych polityków polskich myśl, że te osłabienie Moskwy można wykorzystać do odzyskania Smoleńszczyzny.

Jednocześnie pojawia się nowy, następny fałszywy Dymitr: drugi Łżedymitr. Już w prawdziwość jego prawie nikt nie wierzył, ale jakby sama idea obalenia Szujskiego była na tyle popularna, że wokół nowego Łżedymitra, znowu skupili się rozmaici awanturnicy, ludzie, którzy chcieli zdobyć władzę na Kremlu i oni właśnie spowodują kolejne zagrożenie władzy carskiej w Moskwie. Polska występując wtedy, jako sąsiad Rosji, wciąż wahała się, jak zachować się wobec tego zamieszania w samej Moskwie, w samej Rosji. Większość sejmików szlacheckich opowiedziała się przeciwko interwencji – zgodnie z bardzo pacyfistycznym nastawieniem polskiej szlachty: nie mieszać się w sprawy sąsiada. Niech tam sobie Rosjanie robią, co chcą. My chcemy tylko odzyskać Smoleńszczyznę, czyli to, co było kiedyś nasze. To, co przechyliło szalę na rzecz wojny polsko-rosyjskiej w tym momencie, to zawarcie przez Szujskich – cara Szujskiego i jego rodzinę – formalnego sojuszu wojskowego ze Szwecją przeciwko Polsce. Na to oczywiście król Zygmunt III Waza nie mógł sobie pozwolić i pod hasłem odebrania Smoleńszczyzny Moskwie oraz rozbicia tego niebezpiecznego moskiewsko-szwedzkiego sojuszu w 1609 r. rozpoczęła się wojna polsko-rosyjska.

Jednocześnie – jak już wspomniałem – od pewnego czasu krążył wokół Moskwy ten drugi Łżedymitr i grupa zabijaków wokół niego. W takiej właśnie skomplikowanej sytuacji, kiedy 1610 r. w lipcu w jednej z najwspanialszych wiktorii w historii polskiego oręża hetman wojsk koronnych Stanisław Żółkiewski pobił na głowę połączone wojska rosyjskie i szwedzkie w bitwie pod Kłuszynem, niedaleko Moskwy, bojarze w Moskwie stanęli wobec decyzji, co robić dalej: czy bronić niepopularnej władzy cara Szujskiego, czy wpuścić do Moskwy awanturników drugiego Łżedymitra, czy też zawrzeć jakieś porozumienie – z reprezentującymi porządek przecież – Polakami. Właśnie wtedy na własną rękę Hetman Żółkiewski zawarł po bitwie pod Kłuszynem porozumienie z delegacją siedmiu najważniejszych rodzin bojarskich w Moskwie porozumienie, które zakładało, że nowym carem Rosji zostanie młody syn Zygmunta III Wazy – królewicz Władysław. Będzie on musiał przyjąć wiarę prawosławną, bo Moskwa nie wyobrażała sobie innego władcy, jak tylko prawosławnego, i że nie będzie zmian granicznych między Rosją a Polską. To była – można powiedzieć – bardzo dyskusyjna decyzja hetmana Żółkiewskiego.

Niektórzy historycy do dziś ubolewają, że mu się nie udało, że potem król Zygmunt zdezawuował ten pomysł ugody z Rosją, ale w istocie racja chyba leżała po stronie króla, a nie po stronie Hetmana Żółkiewskiego. Hetman bowiem niewątpliwie, choć bardzo szlachetnie postąpił. Był bardzo wybitnym wodzem to jednak postąpił politycznie nieroztropnie, bo nie miał żadnych uprawnień do tego, żeby zrezygnować ze zdobyczy wojennej, którą Rzeczpospolita uznała za oczywistą i jej się należącą, tzn. z odzyskania Smoleńszczyzny. Smoleńsk był ciągle oblegany wojska Rzeczpospolitej na czele z królem. Po drugie trudno się dziwić królowi Zygmuntowi Wazie, że nie chciał oddać swojego ukochanego syna, królewicza Władysława do obcego państwa i w obce ręce wychowawców. Te same ręce, które przecież ledwie kilka lat wcześniej zabiły poprzedniego cara Dymitra Samozwańca I. Poćwiartowały go tak skutecznie, że były w stanie nabić jego szczątkami armaty i wystrzelić w kierunku zachodnim. Król Zygmunt III Waza naturalnie nie chciał, żeby coś takiego mogło zagrozić jego synowi. Król więc nie uznał tej umowy Stanisława Żółkiewskiego, a to właśnie na podstawie tej umowy wojska polskie wkroczyły na Kreml. Nie zdobyły Kremla tylko zostały wpuszczone przez Bojarów, przez siedem rodzin bojarskich właśnie jesienią roku czy na progu jesieni 1610 r. Przez blisko 2 lata właśnie na Kremlu pozostawały, podczas gdy przeciwko polskiemu panowaniu na Kremlu zacznie organizować się bunt Rosjan.

Ten popularny sprzeciw podsycany był zwłaszcza przez Mnichów prawosławnych, którzy uznali to za katolicką agresję na Moskwę. Tak z tej umowy zawartej przez Żółkiewskiego w roku 1610, nie wyniknęła żadna trwała zmiana. Zgoda polsko-rosyjska okazała się niemożliwa, przede wszystkim ze względu na zasadniczy konflikt wyznaniowy – jeżeli można  tak powiedzieć – absolutne utożsamienie rosyjskości moskiewskiej tradycji duszy z prawosławiem, które postrzegało w Polsce łacińskiego, katolickiego wroga numer jeden. To właśnie był główny powód, dla którego ta idea zgody polsko-rosyjskiej wspólnego cara, czy w postaci cara wybranego, jak wcześniej chciało poselstwo Lwa Sapiehę, czy w postaci cara uzgodnionego przez delegacje bojarów z Hetmanem Żółkiewskim w postaci królewicza Władysława, ta idea nie mogła się zrealizować. Zamiast tego dokończona została wojna polsko-rosyjska, która zakończy się ostatecznie ma przełomie 1618-1619 roku układem, który przywróci Polsce Smoleńszczyznę. Można powiedzieć, że Rzeczpospolita wróci do swoich największych granic.

 

RIRM

drukuj