Historia papieskiego krzyża

Krzyż – symbol Wielkiego Piątku. Ten, który powstał w Stefkowej w Bieszczadach ma szczególną historię. Splata cierpienia św. Jana Pawła II oraz Janiny Trafalskiej, poruszającej się od 26 lat na wózku inwalidzkim. Jej cierpienie zaczęło się nagle. W wieku 29 lat, wypadła z okna uszkadzając sobie kręgosłup. Do dziś porusza się na wózku inwalidzkim.

Po powrocie z leczenia, które trwało około dziewięciu miesięcy, Pani Janina nie potrafiła pogodzić się z tym, co ją spotkało. Nie rozumiała dlaczego to przytrafiło się właśnie jej, osobie młodej z marzeniami i planami na przyszłość.

– Cierpienie w szpitalu było duże, ale przeżyłam je w modlitwie i wyciszeniu. Dopiero, gdy wróciłam do domu nastąpił we mnie bunt i nie potrafiłam odnaleźć się w codziennym życiu, nie chciałam tego zaakceptować. Trwało to około trzech lat. Chciałam się zupełnie odizolować od ludzi, od życia. Pytałam Boga: „dlaczego ja?”. Księża przekonywali mnie, że Bóg mnie kocha i wybrał do cierpienia, ale ja jeszcze bardziej się buntowałam. Oni cały czas mówili, że powinnam dziękować za to cierpienie, ale jak można dziękować za coś takiego? – wspomina pani Janina.

Po dziesięciu latach pan Stanisław, mąż pani Janiny, zdradził jej, że kiedy była w szpitalu, on odbył swoją drogę krzyżową na jedną z gór w Bieszczadach.

– To była niesamowita droga krzyżowa. Ona myślała, że ja jestem daleko od jej cierpienia, ale ono dotyczyło także mnie. Nie chciałem, żeby ona to widziała, ale bardzo się tym przejmowałem. Tę drogę krzyżową powtarzałem z miłości. Do krzyża trzeba się przytulać, on oczyszcza, podnosi. Nie miałem żadnego innego wyjścia, tylko krzyż – mówi pan Stanisław.

W 1996 roku na zamówienie pewnego księdza z Rzeszowa pan Stanisław wyrzeźbił dwa krzyże. Jeden z nich ofiarował kapłanowi, natomiast drugi żonie. Po latach zrozumiał, dlaczego podjął taką decyzję.

Kiedy byłem radnym gminy, wójt z delegacją samorządową wybierał się do Watykanu i chciał, żebym zrobił coś dla papieża. Żona powiedziała, że podaruje mu swój krzyż. Ściągnąłem ten krzyż, ucałowałem, przytuliłem się do niego i dałem żonie, ona zrobiła to samo. Przez te lata nie zapomnieliśmy o tym „naszym” Chrystusie. Zastanawialiśmy się, co się z nim dzieje – zauważył rzeźbiarz.

Jan Paweł II podarował ten krzyż swojemu sekretarzowi ks. abp Mieczysławowi Mokrzyckiemu. W Wielki Piątek 2005 roku, podczas czternastej stacji drogi krzyżowej, papież chciał wziąć do ręki krzyż, a ks. abp Mokrzycki pobiegł do pokoju i dał mu właśnie ten, który od niego otrzymał.

– Syn włączył telewizor i zapytał, czy to ten krzyż, który rzeźbił tata. Powiedziałam mu, że to na pewno nie ten. Wieczorem pokazali to jeszcze raz i okazało się, że to ten krzyż – przypomina sobie pani Janina.

Pani Janina odebrała to jako nagrodę za cierpienie. Jednak czuła, że nie zasłużyła na takie wyróżnienie z powodu buntu, jaki się w niej niegdyś zrodził. Bóg jednak ocenia człowieka inaczej.

Bóg nie patrzył na odrzucenie tego cierpienia przeze mnie i podarował mi taką nagrodę, że krzyż, który wisiał w moim domu tulił człowiek święty – zauważa żona pana Stanisława.

Mimo cierpienia pani Janina odnalazła spokój w Bogu. Całkowicie mu zaufała. Potrafiła przezwyciężyć bunt i znaleźć sens w tym cierpieniu, które, jak teraz tłumaczy, w końcu zrozumiała.

– Kiedyś tego nie rozumiałem, ale teraz wiem, że cierpienie jest darem. Teraz wiem, że chcę przytulić się do krzyża i wołać: „Jezu ufam Tobie”. Nauczyliśmy się – przez 26 lat – wspólnie żyć w tym cierpieniu. Pomimo tego trudu jestem szczęśliwa. Gdyby nie było tego cierpienia, to nie wiem, czy tak poczulibyśmy Boga. Nie wiem, jak wyglądałoby to cierpienie bez niego. Byłam ciągle zbuntowana i zła. Zaczynałam nienawidzić sama siebie i mówiłam, że moje życie nie ma sensu. Teraz dziękuję Panu Bogu za to, że zrozumiałam sens mojego istnienia – wyjaśnia pani Janina.

Aktualnie kustoszem krzyża papieskiego jest ks. Mieczysław Bizior, który odwiedza parafie i daje wiernym możliwość adorowania tego wyjątkowego krzyża.

RIRM

drukuj