Gruzja może jedynie zyskać

Z prof. Włodzimierzem Marciniakiem, politologiem z Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, rozmawia Marta Ziarnik

Jak należy traktować wczorajsze doniesienia o wojnie w Gruzji?

– Brałem taką opcję pod uwagę, ale raczej jako wersję skrajną i najmniej prawdopodobną. Działania te oznaczają, że obie strony konfliktu przekroczyły granicę poszukiwania rozwiązań pokojowych. W konsekwencji oznacza to wciągnięcie Rosji w konflikt gruzińsko-osetyjski. Z punktu widzenia realizacji celów politycznych to raczej Gruzini osiągają swoje cele – czyli właśnie wciągnięcie Rosji w konflikt w charakterze strony. Nie potrafię natomiast prognozować rozwoju działań zbrojnych. Gruzja się przygotowywała i rozbudowywała swoje siły zbrojne. O siłach rosyjskich wiemy, że są niezwykle liczne, ale generalnie mało sprawne i nieefektywne. Z samej różnicy potencjałów nie wynika oczywisty wniosek, że Rosjanie mają w nim przewagę. Raczej strona gruzińska będzie dążyła za jakiś czas do rozpoczęcia rozmów pokojowych, ale już z pośrednictwem krajów zachodnich. Będzie się to wiązało z zepchnięciem Rosji jako strony w konflikcie zbrojnym i przekształceniem konfliktu gruzińsko-osetyjskiego w gruzińsko-rosyjski.


Czyli Rosji i Osetii Południowej udało się doprowadzić do konfliktu zbrojnego?


– Nie jestem do końca pewien, czy tę sytuację można rozpatrywać w kategoriach świadomego dążenia władz Osetii Południowej i Rosji do wywołania konfliktu zbrojnego. Rosja postanowiła wykorzystać precedens kosowski do wywarcia presji na Gruzję w celu zablokowania jej wstąpienia do struktur NATO. Zakłada to eskalowanie napięcia zbrojnego, zarówno w Abchazji, jak i Osetii Południowej. Przy czym w Osetii Południowej mamy do czynienia z bardziej otwartym działaniem. Rosja już wcześniej przyznała się do naruszenia tamtejszej przestrzeni powietrznej. Należy podkreślić, że dążenie do otwartego konfliktu zbrojnego ze strony rosyjskiej byłoby szaleństwem, ponieważ blokowałoby to Rosji jakiekolwiek możliwości oddziaływania na Gruzję, a w efekcie pchnęłoby Gruzję w objęcia Zachodu, także Ameryki.

Z drugiej strony, należy pamiętać o silnej determinacji gruzińskich władz. Zasadniczym jej powodem jest polityka prezydenta Micheila Saakaszwiliego, który obiecywał przywrócenie integralności terytorialnej Gruzji. Po drugie, przynajmniej do następnego, grudniowego szczytu NATO, gdzie prawdopodobnie będzie rozważana kwestia objęcia Gruzji planem działania na rzecz członkostwa w Sojuszu, w interesie Gruzji leży kontrolowane zaostrzenie napięcia w tym rejonie. Musi przy tym stale udowadniać państwom zachodnim, że to właśnie ona jest ofiarą wrogiej presji ze strony Rosji.


Komu zatem najbardziej zależało na wywołaniu konfliktu?


– Z podejmowanych działań wynika, że Rosji. Aczkolwiek w mojej ocenie, trudno powiedzieć, czy eskalowanie napięcia w Abchazji i Osetii przyczyni się do blokowania drogi Gruzji do NATO. Jest to jakiś sposób wywierania presji na Francję i Niemcy. Chodzi o stworzenie wrażenia, że jest to region niestabilny, i w ten sposób zapobieżeniu przyjęcia Gruzji do NATO. Z drugiej strony, bardzo łatwo przekroczyć cienką granicę i doprowadzić do sytuacji, w której kraje zachodnie zostaną postawione w sytuacji bez wyjścia. Widać, że zarówno Stany Zjednoczone, jak i kraje europejskie zastanawiają się, co dalej robić i jakie podjąć kroki, aby uspokoić sytuację. Dyplomacja niemiecka zaangażowała się w sformułowanie planu Steinmeiera dotyczącego uregulowania konfliktu w Abchazji. [W pierwszej kolejności zakładał on zaniechanie przemocy i stworzenie gwarancji bezpieczeństwa, które pozwoliłyby na powrót do Abchazji 250 tys. gruzińskich uchodźców, zmuszonych do opuszczenia swoich domów na początku lat 90. – przyp. red.].

Z drugiej strony, także Gruzja jest zainteresowana eskalacją napięcia. Kraj ten wzmacnia swój potencjał militarny w tym regionie, ażeby osiągnąć dwa cele. Po pierwsze: powołać w kontrolowanych przez siebie enklawach (Abchazji i Osetii Południowej) własne lojalne władze republik autonomicznych, aby uniknąć precedensu Kosowa. Oznacza to, że jeśli dojdzie do jakiegoś większego sporu, będzie to już wewnętrzna sprawa Gruzji. Drugim, bardziej dalekosiężnym celem, jest zdobycie silnego argumentu za jak najszybszym włączeniem w struktury NATO. Systematyczne prowokowanie napięcia z Rosją i utrzymanie stanu zagrożenia stanowi taki argument. Aby się przekonać, która taktyka była skuteczniejsza, będziemy musieli jeszcze trochę poczekać. Za jakiś czas się okaże, które państwo lepiej oceniło sytuację – Rosja czy Gruzja. Jak na razie obydwie strony działają w kierunku eskalacji napięcia, przy czym należy pamiętać, że Gruzja cały czas dąży do odzyskania swojej integralności terytorialnej. W pewnym więc sensie ma prawo do sięgania po takie środki. Rosjanie z kolei wyraźnie działają w złej wierze i na nie swoim terytorium.


O co dokładnie w tym całym zamieszaniu chodzi Rosji? Czy o bogactwa naturalne, przebiegające przez Gruzję rurociągi, czy też może o odcięcie się Gruzji od Rosji i współpracę z Zachodem?


– Zależy, z jakiej perspektywy patrzy się na ten problem. Akurat z mojego punktu widzenia Rosja czyni wszystko, aby Gruzję wypchnąć ze swojej strefy wpływów. Pamiętajmy, że jeszcze na początku lat 90. Gruzja była niezwykle zależna od Rosji. Przez minione 10 lat Rosjanie wykopali głęboki rów nienawiści pomiędzy Rosją a Gruzją, mimo tego, że są to kraje pod wieloma względami sobie bliskie – prawosławne, o licznych związkach kulturowych, społecznych i gospodarczych. Z tego punktu widzenia polityka rosyjska wydaje się całkowicie nieracjonalna. Jeśli istnieje jakieś jej racjonalne uzasadnienie, to jest nim niedopuszczenie do integracji Gruzji z Zachodem i strukturami NATO. Gruzja zaś robi wiele, aby do NATO wejść jak najprędzej, m.in. poprzez uczestniczenie w misjach wojskowych.


Czy można powiedzieć, że Gruzja i Osetia Południowa jest terenem walki dwóch mocarstw: USA i Rosji?


– Nie wiem, czy można mówić o rywalizacji. Od wielu lat cały obszar posowiecki jest terenem penetracji gospodarczej i geopolitycznej państw ościennych. Jeśli na początku lat 90. cała społeczność międzynarodowa się zgodziła, że jest to rejon praktycznie wyłącznego działania Rosji, to sytuacja ta zmieniła się od połowy lat 90. Ja bym powiedział, iż jest to ustalanie jakiejś chwiejnej i zmiennej równowagi sił pomiędzy różnymi państwami na tym obszarze. Można oczywiście użyć także pojęcia „rywalizacja”, ale nie sądzę, żeby Stany Zjednoczone i Rosja weszły w jakikolwiek otwarty konflikt. Ewentualnie, jeśli Rosjanie zrobią jakieś posunięcie. Wszystko jednak wskazuje na to, że nie dojdzie do wojny na Kaukazie, ponieważ mamy do czynienia z obecnością wojskową Ameryki w Gruzji. W Ministerstwie Obrony Gruzji urzędują amerykańscy doradcy.


Jak duża jest pomoc finansowa i militarna Stanów Zjednoczonych?


– Trudno powiedzieć. Jest to raczej pomoc ekspercka i szkoleniowa, wsparta pomocą finansową i zakupem broni. Eksperci twierdzą, że Amerykanom udało się stworzyć nieliczne, ale w miarę sprawne i wyszkolone jednostki wojskowe i policyjne w Gruzji. Jest to bardzo duże osiągnięcie, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż wcześniej takich jednostek nie było. Z tego też względu konfrontacja z armią gruzińską raczej nie leży w interesie Rosji, która ma potencjał zbrojny w miarę duży, jednak niezbyt sprawny.


Jak zatem przedstawia się faktyczna sytuacja pomiędzy Rosją a Gruzją?


– Rosja jest stroną porozumień dagomyskich z 1992 roku, regulujących konflikt w Osetii Południowej, i uczestnikiem mieszanych sił pokojowych. Podjęła ona działania zbrojne, a tym samym przekreśliła te porozumienia, stając się stroną konfliktu. Analogicznie w sytuacji Abchazji. W tej chwili pobyt rosyjskich sił pokojowych w Abchazji i Osetii Południowej jest jeszcze legalny. Obecne władze Gruzji formalnie nie wypowiedziały tych porozumień, a mogłyby to zrobić. Należy teraz obserwować, czy Gruzja wypowie porozumienia z Dagomysu i tym samym oficjalnie wykluczy Rosję jako uczestnika procesu pokojowego.


Dziękuję za rozmowę.

drukuj