Geotermia w polskich rękach

Od miesięcy szpalty gazet zapełniają wiadomości na temat rywalizacji światowych mocarstw i globalnych koncernów o surowce energetyczne, i to rywalizacji przybierającej nierzadko formę otwartego konfliktu w myśl hasła „krew za ropę”. Polska jest w tej szczęśliwej sytuacji, że posiada własne zasoby surowcowe – największe w Europie złoża węgla kamiennego, złoża węgla brunatnego, złoża gazu i ropy naftowej, zasoby biomasy, a przede wszystkim gigantyczne zasoby geotermalne, objętościowo równe dwóm Morzom Bałtyckim. Uruchomienie tego potencjału zapewniłoby naszemu krajowi samowystarczalność energetyczną. Nie musimy więc – w dobie głodu energii – przelewać krwi za ropę w dalekich krajach, musimy natomiast pilnować własnych zasobów, aby nie przejęli ich inni.

W 1990 r. grupa profesorów PAN, pracowników Centrum Podstawowych Problemów Gospodarki Surowcami Mineralnymi i Energią, wystąpiła z listem otwartym do Komisji Konstytucyjnej Sejmu, przygotowującej projekt nowej ustawy zasadniczej, o umieszczenie w Konstytucji zapisu, iż „Zasoby atmosfery, biosfery, hydrosfery i litosfery w granicach Rzeczypospolitej Polskiej są własnością Narodu”. Pod listem podpisali się profesorowie: Julian Sokołowski, Wiesław Blaschke, Janusz Dziewański, Anna Jankowska-Klapkowska i Roman Ney. Przedstawiciele nauki zdawali sobie sprawę z tego, że konstytucyjne rozstrzygnięcie narodowej własności złóż zagwarantuje polskiemu społeczeństwu udział w korzyściach z eksploatacji bogactw naturalnych i uniemożliwi trwałe przejęcie kontroli nad nimi przez zagraniczne koncerny. Zasady i formy prawne udostępniania złóż podmiotom gospodarczym określone miały być w ustawach zwykłych uchwalanych przez parlament.

Bez debaty

List do Komisji Konstytucyjnej, zawierający konkretny wniosek zapisu i sygnowany podpisami pięciu wspomnianych naukowców, złożony został na ręce nieżyjącego już prof. Bronisława Geremka, wówczas wpływowego polityka obozu solidarnościowego i animatora prac nad nową Konstytucją. Niestety, Komisja Konstytucyjna, której przewodniczył Aleksander Kwaśniewski, nie miała nawet okazji go przedyskutować. Nie przebił się on także do mediów. List po prostu… zniknął bez śladu.

Nową Konstytucję, uchwaloną przez Zgromadzenie Narodowe w 1996 r., establishment „przepchnął” w referendum ogólnonarodowym większością zaledwie kilkudziesięciu tysięcy głosów – siły jej przeciwników i zwolenników były niemal równe. Oczywiście wzmianki o narodowej własności zasobów naturalnych próżno w niej szukać. Niestety, także dzisiaj, gdy tak głośno mówi się o potrzebie zmiany ustawy zasadniczej, kwestia narodowej i niezbywalnej własności zasobów naturalnych nie pojawia się w debacie. Płynie stąd prosty wniosek: trzon naszych elit politycznych nie był konstytucyjną gwarancją dla narodowej własności zasobów i nadal nie jest tym zainteresowany.


Projekt obywatelski


O tym, że niechęć ta nie była i nie jest chwilowym stanem ducha, lecz przemyślaną strategią, świadczą perturbacje z uchwaleniem ustawy o zachowaniu narodowego charakteru strategicznych zasobów naturalnych kraju, pierwszego pod rządami obecnej konstytucji obywatelskiego projektu ustawy, wniesionego z inicjatywy obywateli (w 1999 r.). Projekt wyłączał z mocy prawa spod prywatyzacji wody, lasy, złoża kopalin i parki narodowe stanowiące własność Skarbu Państwa. Mimo że cel ustawy nie powinien budzić wątpliwości, a pod ustawą zebranych zostało aż 200 tys. podpisów, dwukrotnie więcej niż wymaga Konstytucja, Sejm praktycznie zignorował wolę wyborców, nie podejmując prac legislacyjnych. Dopiero kampania przeprowadzona na łamach mediów przez komitet i jego pełnomocnika – leśnika Jana Podmaskiego sprawiła, że po dwóch latach zwłoki, w przededniu kolejnych wyborów, ustawa została w końcu uchwalona (6 lipca 2001 r., DzU nr 97 poz. 1051).

Losy wniosku konstytucyjnego pięciu naukowców i perypetie ustawy wykluczającej zasoby naturalne spod prywatyzacji wspomniane tu zostały nieprzypadkowo. Pokazują one wyraźnie, jak od 1990 r. torpedowane są w gremiach politycznych obywatelskie starania o zabezpieczenie narodowej własności zasobów. W obecnym stanie prawnym zasoby naturalne Polski nie mają zapewnionej ochrony konstytucyjnej jako „dobra narodowe”. Na mocy ustaw zwykłych stanowią one własność Skarbu Państwa. To rozwiązanie – w warunkach światowej rywalizacji o surowce, ziemię, dostęp do wody itp. – niedostatecznie zabezpiecza interesy polskiego społeczeństwa. Dlaczego?

Po pierwsze, ustawa zwykła ma to do siebie, że może być w każdej chwili zmieniona, nawet jednym głosem.

Po drugie zaś, Skarb Państwa (czyli minister skarbu i urzędnicy resortu) jednym podpisem potrafią zbywać majątek wart dziesiątki miliardów. Potężne międzynarodowe grupy lobbystyczne, przy pomocy pieniędzy i kontaktów w sferach politycznych, są w stanie osiągnąć i jedno, i drugie.

Konstytucyjny zapis o narodowej własności zasobów, wbrew obawom, w żaden sposób nie skomplikowałby stosunków gospodarczych związanych z eksploatacją złóż naturalnych. Skarb Państwa pełniłby w odniesieniu do tych dóbr funkcję pełnomocnika właściciela i zarządcy majątku w obrocie gospodarczym, z tym jednym ograniczeniem, że zbycie własności byłoby konstytucyjnie niemożliwe.


Mętne prawo


Ustawa Prawo geologiczne i górnicze (wg stanu z 24 lutego 2007 r.) dzieli kopaliny na podstawowe i pospolite (art. 5). Kopaliny podstawowe wymienia enumeratywnie, zaliczając do nich gaz ziemny, ropę naftową, węgiel brunatny i kamienny, metan, kruszce metali szlachetnych, rudy metali i metale w stanie rodzimym, wymienione z nazwy minerały oraz wszelkie kopaliny występujące pod dnem morskim. Pozostałe uznaje za kopaliny pospolite. Wody podziemne, z wyjątkiem solanek, wód leczniczych i termalnych, nie są kopalinami w świetle ustawy. A contrario wody termalne są, w myśl ustawy, kopalinami pospolitymi. Przepisy upoważniają ponadto Radę Ministrów, aby mogła, gdy uzna to za stosowne, w drodze rozporządzenia zaliczyć kopalinę pospolitą do kopalin podstawowych.

Ustawa nie mówi, kto jest właścicielem kopalin podstawowych, a kto pospolitych. Stwierdza natomiast, że złoża kopalin niestanowiące części składowych nieruchomości są własnością Skarbu Państwa. Skarb Państwa może, w granicach określonych przez ustawy, z wyłączeniem innych osób, korzystać ze złóż kopalin oraz rozporządzać prawem do nich przez ustanowienie użytkowania górniczego na rzecz podmiotów gospodarczych (art. 7). W sprawach nieuregulowanych w ustawie do własności złóż kopalin stosuje się przepisy o własności nieruchomości gruntowej (art. 8). Podstawowy dla pojęcia własności gruntowej art. 143 kodeksu cywilnego stwierdza, że w granicach określonych przez społeczno-gospodarcze przeznaczenie gruntu – własność gruntu rozciąga się na przestrzeń nad i pod jego powierzchnią.

Wobec nieprecyzyjnego brzmienia wszystkich wspomnianych przepisów precyzyjne określenie, które kopaliny dzielą los gruntu, czyli należą do jego właściciela, a które do Skarbu Państwa, nawet rzeczoznawcom nastręcza nieraz trudności. W standardach wyceny nieruchomości przyjmuje się zazwyczaj, że częścią składową danej nieruchomości gruntowej dla potrzeb wyceny są te kopaliny, które można wydobywać metodą odkrywkową, ale i to rozróżnienie często zawodzi. Dla oceny własności wód geotermalnych pewne znaczenie posiada również prawo wodne. Ogólnie przyjmuje ono, że wody, w tym wody podziemne oraz powierzchniowe wody płynące, stanowią własność państwową. Własnością prywatną, jako części nieruchomości, mogą być natomiast studnie oraz wody stojące. Wbrew zatem przepisom art. 143 kodeksu cywilnego prawo wodne nie pozwala rozciągnąć własności nieruchomości na zasoby wód podziemnych. Pamiętajmy jednak, że wody termalne podlegają również ustawie Prawo geologiczne i górnicze, a ta je uznaje za kopaliny pospolite…

Jak zatem interpretować te wysoce niejasne przepisy rozrzucone po różnych ustawach? Czy ogromne złoża wód geotermalnych pod powierzchnią Polski mogą stać się własnością tego, kto jest właścicielem gruntu nad nimi? Czyje są istniejące odwierty? Kto i jak zinterpretuje przepisy w przyszłości? Czy drobna zmiana wprowadzona do tej czy innej ustawy – małe „lub czasopisma” – nie doprowadzi w konsekwencji do pozbawienia polskiego społeczeństwa naturalnego bogactwa, mogącego dostarczyć taniej energii cieplnej, a w sprzyjających warunkach także energii elektrycznej?


Batalia o geotermię


Odpowiadając niejako na to zagrożenie, autorzy projektu ustawy o odnawialnych zasobach energii, regulującego kwestię wód geotermalnych, proponują zapis, że zasoby naturalne, zawarte zarówno w hydrosferze, atmosferze jak i biosferze, są niezbywalną własnością Narodu, powierzoną do gospodarowania gminom. Według projektu gminy stałyby się także właścicielami istniejących odwiertów, umożliwiających dostęp do złóż geotermalnych. Projekt przygotowało grono posłów, na czele z byłą posłanką Zofią Krasicką-Domką (LPR) i posłanką obecnej kadencji Gabrielą Masłowską (PiS, wcześniej LPR), wspierane przez ekspertów w zakresie geotermii. Projektodawcy alarmują, że Skarb Państwa może stracić kontrolę nad zasobami geotermalnymi, gdyż ministerstwo skarbu przymierza się do prywatyzacji PGNiG – firmy, która jest właścicielem odwiertów na terenie całego kraju, służących do badania wnętrza ziemi. Ten, kto kupi PGNiG, przejmie warte miliony dolarów odwierty wykonane za środki publiczne wraz z dokumentacją dotyczącą przebadanych zasobów. Nawet jeśli formalnie Skarb Państwa pozostanie właścicielem gorących wód podziemnych (co wcale nie jest pewne), faktyczny dostęp do nich znajdzie się w rękach prywatnej firmy z udziałem zagranicznych akcjonariuszy.

„Czyja ziemia, tego odwierty, czyje odwierty – tego złoża” – wyraził się kiedyś Krzysztof Szamałek, były główny geolog kraju z SLD.

W tej sytuacji wykorzystanie zasobów geotermalnych na potrzeby publiczne obłożone zostanie dywidendą na rzecz właściciela-monopolisty, i to dywidendą, która będzie wzrastać proporcjonalnie do wzrostu cen na światowych rynkach.

Projekt ustawy dotyczącej wód geotermalnych, podobnie jak wspomniany wcześniej projekt obywatelski, od lat nie może się przebić w parlamencie. To zapewne nie przypadek. Usiłowano w ogóle nie dopuścić do prac nad ustawą wskazując na jej… niekonstytucyjność, torpedowano prace przy pomocy ekspertów-lobbystów, stosowano parlamentarną obstrukcję, prace legislacyjne zostały niemal zarzucone. I tak kolejne „pracują” już trzecią kadencję, a woli politycznej jak nie widać, tak nie widać.


Publiczne to publiczne


Wiodące w dziedzinie geotermii kraje preferują własność publiczną w tej dziedzinie energetyki oraz kontrolują administracyjnie zasoby wód geotermalnych i związane z nimi odwierty.

Liberalne Stany Zjednoczone zasadniczo przyznają pierwszeństwo do eksploatacji zasobów, także zasobów geotermalnych, właścicielowi nieruchomości. Nie oznacza to bynajmniej, że zasoby geotermalne znajdują się w rękach prywatnych. Przeciwnie – ogromna większość odwiertów wykonana została za środki publiczne i ulokowana jest na gruntach będących własnością publiczną. Władze federalne i stanowe respektują ten stan rzeczy i nie myślą o żadnej „prywatyzacji”. Akt o źródłach geotermalnych z 1970 r. wprowadza federalny nadzór administracyjny nad zasobami gorących wód położonymi w obrębie nieruchomości publicznych. Jednostki samorządu oraz firmy prywatne, zarejestrowane w Ameryce i płacące w USA podatki, mogą na mocy decyzji administracyjnej uzyskać prawo użytkowania takich zasobów przez 40 lat, z możliwością przedłużenia tego okresu. Eksploatacja podlega ścisłej kontroli administracyjnej pod kątem racjonalnego wykorzystania złóż oraz dbałości o środowisko naturalne, zaś przy wydawaniu zezwoleń na użytkowanie administracja zobowiązana jest przestrzegać zasady, że odwierty i urządzenia eksploatacyjne na danym terenie nie mogą być zmonopolizowane przez jeden podmiot prywatny (limitowana jest powierzchnia ziemi z zasobami, mogąca pozostawać pod kontrolą takiego podmiotu). Jeśli natomiast prywatny właściciel jakiejś nieruchomości chce wykorzystać wody geotermalne pod własną posesją, to oczywiście może to zrobić, jeśli pokryje koszty związane z wykonaniem odwiertu. Geotermia w USA potężnie się rozwija. Stany Zjednoczone są największym na świecie producentem energii geotermalnej, dostarczającym ok. 40 proc. światowej produkcji.

W słynącej z gorących źródeł Islandii, inaczej niż w USA, własność gruntu nie daje prawa do eksploatowania zasobów ziemi ani nawet pierwszeństwa w uzyskaniu pozwolenia na eksploatację. Wody geotermalne są własnością publiczną i władze publiczne sprawują ścisły nadzór nad ich gospodarczym wykorzystaniem. Zasoby odnawialne pokrywają aż 70 proc. zapotrzebowania kraju na energię (z czego 2/3 to energia geotermalna). Podstawowym aktem prawnym w dziedzinie geotermii jest ustawa o poszukiwaniach i gospodarowaniu zasobami ziemi z 1998 roku. Wprowadza ona system pozwoleń na gospodarcze wykorzystanie zasobów, wydawanych przez władze administracyjne. Właściciel nieruchomości może wykorzystywać zasoby geotermalne na własne potrzeby (do 3,5 MW). Nie musi w takim wypadku występować o pozwolenie, wystarczy notyfikacja.

Zarówno w Islandii, jak i w Stanach Zjednoczonych nie ma konstytucyjnych gwarancji narodowej własności zasobów, a mimo to w obu krajach wody geotermalne pozostają pod kontrolą władz publicznych. Może etos służby publicznej jest tam na tyle wysoki, że tego rodzaju gwarancje stają się zbędne… Zgoła inaczej wygląda sytuacja w krajach postkomunistycznych, gdzie rządzące elity, zideologizowane i skorumpowane, zatraciły poczucie dobra wspólnego i sensu własności publicznej. Połączenie niskiego morale urzędników z mętnymi przepisami prawa i brakiem odpowiedzialności za podejmowane decyzje może w przyszłości pozbawić Polaków wymiernych korzyści z posiadania własnych zasobów geotermalnych, takich jak niższe ceny energii czy znaczące dochody z opłat za eksploatację złóż. Charakterystyczne, że takie kraje postkomunistyczne jak Rosja i Chiny, w których strategiczne rozstrzygnięcia podejmuje wąskie centrum, nie prywatyzują własnych zasobów energetycznych. Nawet zniszczony wojną Irak, w którym stacjonują obce wojska, nie chce zgodzić się na oddanie koncernom zachodnim kontroli nad złożami ropy. Oni umieją liczyć. My też powinniśmy się nauczyć, zwłaszcza w perspektywie wzrostu cen surowców energetycznych.


Groźne memento


Do Urzędu Regulacji Energetyki wpłynął wniosek Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa (PGNiG) o zgodę na kolejną w tym roku podwyżkę cen gazu, co wywołało niemałe poruszenie wśród odbiorców. I nic dziwnego. Zatwierdzenie podwyżki przez URE spowoduje wzrost ponoszonych przez nich, już dziś niemałych opłat (paliwo, abonament, stawki sieciowe) na poziomie 23 proc., przy czym nowy pułap cen miałby obowiązywać tylko do I kwartału 2008 r., a potem PGNiG rezerwuje sobie prawo do dalszych zmian. Przyczyną rosnących stawek jest, według wnioskodawcy, wzrost cen ropy i produktów ropopochodnych na świecie, co powoduje wyższe koszty pozyskania gazu z importu.

Długoterminowe prognozy dotyczące cen surowców energetycznych na światowych giełdach wskazują na ich dalszy sukcesywny wzrost, dla nas tym większy, że jesteśmy uzależnieni w dostawach od wschodniego monopolisty. Dla Polski, położonej w strefie, gdzie sezon grzewczy trwa pół roku, kolejna podwyżka to groźne memento. Wysokie ceny surowców biją w nas bowiem podwójnie: raz – poprzez wzrost kosztów produkcji przemysłowej i rolniczej w naszym kraju, dwa – za sprawą ogromnego zwiększenia kosztów stałych gospodarstw domowych. Polskie społeczeństwo może tego po prostu nie wytrzymać. Trzeba więc już teraz poszukiwać sposobów uniezależnienia się od niekorzystnych światowych trendów, przede wszystkim sięgając do zasobów własnych, którymi tak szczodrze zostaliśmy obdarowani.


Małgorzata Goss
drukuj