Geotermia i polityka

Jan Maria Jackowski

Odkryte na głębokości 2351 m wody geotermalne w Toruniu mają blisko 70 stopni Celsjusza. Geolodzy wiercą jednak dalej, do głębokości ok. 3 km w głąb ziemi, bo tam spodziewają się temperatury 85-90 st. C, która pozwoli na produkcję energii elektrycznej.

Nawet niechętne Radiu Maryja media odnotowały to wydarzenie i określiły je mianem „wielkiego sukcesu”. Jednak to nie jest tylko sukces o. Tadeusza Rydzyka, nawet nie tylko Fundacji „Lux Veritatis”, która prowadzi to przedsięwzięcie, ani też ludzi wdowim groszem wspierających to dzieło. To jest ogromny sukces wszystkich Polaków i polskich naukowców przez lata pracujących nad geotermią, która może uniezależnić Polskę energetycznie.

W sytuacji gdy prąd, ciepło i paliwa są coraz droższe, a naszemu krajowi grożą ze strony Unii Europejskiej drakońskie kary, jeżeli nie będzie produkował czystej ekologicznie energii, tryskająca gorąca woda w Toruniu jest zapowiedzią lepszej przyszłości. Oznacza perspektywę taniej, niewyczerpanej, odnawialnej i ekologicznej energii cieplnej i elektrycznej.

Fakt, że pod Toruniem – wbrew opiniom nagłaśnianym w mediach różnych wątpiących i próbujących ośmieszyć sprawę – naprawdę jest gorąca woda, nie wszystkich ucieszył. Najbardziej zmartwił tych, którzy mniej lub bardziej jawnymi metodami dążą do „wyciszenia” dzieł moderowanych przez o. Tadeusza Rydzyka i którzy liczyli na to, że przedsięwzięcie zakończy się fiaskiem.


Rząd odbiera, Naród popiera


Choć obecne władze deklarują wsparcie dla innowacyjnych i ekologicznych inicjatyw, to jednak zrobiły wszystko, by zablokować wiercenia w Toruniu. Po nagonce medialnej w maju 2008 r. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej zerwał umowę na dotację na badania wód geotermalnych w Toruniu, podpisaną wcześniej z Fundacją „Lux Veritatis”, opiewającą na 27,4 miliona złotych. To postawiło fundację w niezwykle trudnej sytuacji, ponieważ wszystko było już przygotowane do podjęcia prac wiertniczych. Została podpisana umowa z wykonawcą wierceń – firmą Poszukiwania Nafty i Gazu Jasło Sp. z o.o. W ten sposób fundacja przyjęła na siebie zobowiązania do finansowania inwestycji, a potem odebrano jej dotację.

W zaistniałej sytuacji o. Tadeusz Rydzyk 13 lipca podczas XVI Pielgrzymki Radia Maryja zwrócił się do kilkusettysięcznej rzeszy słuchaczy zgromadzonych na wałach jasnogórskich z apelem o społeczne wsparcie dla realizacji projektu wykorzystania złóż geotermalnych w Toruniu. Mówił: „Odebrał nam [dotację] rząd, mam nadzieję, że poprze nas naród. Odebrał nam to ten rząd – my się zwracamy do ludzi, do wszystkich ludzi. Służymy panu Bogu, ludziom, ojczyźnie”. Apel spotkał się z żywym przyjęciem. I na ogół niezamożni ludzie – którzy najwyraźniej lepiej rozumieją, co to jest dobro wspólne, niż rządzący Polską – zaczęli zbierać datki. Tymczasem kierowane przez człowieka nr 2 w Platformie Obywatelskiej Grzegorza Schetynę Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, mimo stosownych wniosków, aż dwukrotnie zablokowało przeprowadzenie publicznej zbiórki funduszy na ten cel, nie wydając odpowiedniego zezwolenia.

Grupa senatorów, znana ze swego zaangażowania na rzecz obrony polskiego interesu narodowego, w oświadczeniu z 7 listopada skierowanym do ministra środowiska Macieja Nowickiego zapytała: „Panie Ministrze, kto lepiej dba o bezpieczeństwo energetyczne kraju, Pańskie ministerstwo czy prywatna Fundacja ‚Lux Veritatis’, która zdecydowała się na ryzykowne zainwestowanie własnych ogromnych środków na odwierty w poszukiwaniu wód geotermalnych w Toruniu? Czy to nie Pan powinien uczynić wszystko, aby rozwijać energię geotermalną w Polsce, ponieważ jest to doskonałe uzupełnienie zasobów energetycznych kraju i może w przyszłości pozytywnie wpłynąć na zwiększenie naszego bezpieczeństwa energetycznego”.

Wiele do myślenia daje też opinia prof. Jana Szyszko, który wspierał badania geotermalne, gdy był ministrem środowiska w poprzednim rządzie. Jego zdaniem, obecnym władzom wyraźnie zależy na wygaśnięciu obowiązującej do 2010 r. koncesji dla Fundacji „Lux Veritatis” na badanie i eksploatację złóż. Obecny rząd zdaje sobie sprawę z tego, że są również inni chętni do otrzymania tej koncesji po tym roku. „Z tego, co mi wiadomo, nie jest to kapitał polski, ale zagraniczny” – mówił 15 listopada we Wrocławiu b. minister i podkreślał, że decyzja o cofnięciu dotacji ma na celu nie tylko dyskryminację Radia Maryja i wszystkich powstałych przy nim dzieł, ale jest również ewidentną działalnością na szkodę kraju.


Energetyka polska: dwie strony medalu


Tymczasem energetyka polska jest w coraz gorszym stanie. Jeśli nie będzie przeciwdziałania dla pogarszających się mocy wytwórczych, to Polska w najbliższym czasie stanie się importerem energii elektrycznej. Według analiz specjalistów, na które powołują się media, o ile jeszcze w 2006 r. eksport prądu był ponad pięć razy większy od importu, o tyle po dziesięciu miesiącach 2008 r. przekraczał import tylko o 10 procent. Eksport był dwa razy mniejszy niż w 2007 roku. Przyczyną takiego stanu rzeczy, oprócz rosnącego popytu na energię, jest też starzenie się krajowych mocy wytwórczych. Już ponad 40 proc. bloków energetycznych przekroczyło 30 lat, ich awaryjność rośnie. Polski Komitet Energii Elektrycznej (PKEE) przewiduje, że do 2030 roku trzeba wymienić prawie 1/3 elektrowni działających w Polsce, a ciągle prawie nie buduje się nowych.

Import prądu też nie jest łatwy ze względów technicznych, bo z połączeniami międzynarodowymi jest równie źle. Zdaniem Stefanii Kasprzyk, prezesa Polskich Sieci Elektroenergetycznych Operator SA, z powodów technicznych import jest możliwy tylko przez kabel łączący Polskę ze Szwecją (który należy do polsko-szwedzkiej spółki), a to pozwala na sprowadzenie bardzo niewielkich ilości – mniejszych niż 25 proc. produkcji jednej tylko elektrowni Kozienice. W obecnej sytuacji PSE Operator utrzymuje blokadę handlu zagranicznego na 2009 rok. Podobnie jak w tym roku, także w 2009 nie będzie miesięcznych i rocznych aukcji na transgraniczne moce przesyłowe – ani na eksport, ani na import energii dla przedsiębiorców handlujących energią. Stefania Kasprzyk w wypowiedzi dla „Gazety Prawnej” (12.11) podkreśliła, że nieracjonalne byłoby udostępnianie przez PSE Operator, podmiot odpowiedzialny za bezpieczeństwo pracy całego systemu, zdolności przesyłowych wymiany międzysystemowej w dłuższych horyzontach czasowych niż dzienne.

To jest jedna strona medalu. Druga, tak zwana ekologiczna, jeszcze bardziej pogarsza sytuację Polski. Naszemu krajowi zostały bowiem narzucone przez Unię Europejską administracyjnie obowiązkowe wysokie normy udziału energetyki odnawialnej w całości produkcji energii. Na mocy tych ustaleń – i zaniedbań rządzących w przeszłości, którzy się na to zgodzili – do 2010 roku aż 7,5 procent energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych. Dziś jest to znacznie poniżej tego pułapu, a w przypadku niewywiązania się z tego obowiązku grożą naszemu krajowi poważne kary finansowe oraz obowiązek zakupu droższej czystej energii z zagranicy. Niespełnienie tego warunku będzie bowiem obarczone karą w wysokości 70 euro za każdą 1 MWh brakującej mocy. Przy braku 5 proc. tej energii w naszym ogólnym bilansie energetycznym kara może sięgać ponad 1 miliard euro.

Ekologiczna ideologia przyświeca też równie groźnemu dla Polski pakietowi klimatyczno-energetycznemu, którego losy mają się rozstrzygnąć na grudniowym szczycie UE. Istotą tej, lansowanej przez eurokratów, regulacji jest ograniczenie przynajmniej o 20 proc. emisji CO2 do atmosfery do 2020 roku przez kraje członkowskie UE. Dla Polski oznacza to w praktyce dekarbonizację i zawalenie się naszej energetyki obecnie w 94 proc. opartej na węglu, którego – jak wiadomo – mamy ogromne złoża. Wdrożenie pakietu oznaczałoby przynajmniej 100-procentową podwyżkę cen prądu. Bruksela proponuje bowiem, by kraje, które przekraczałyby narzucone licencje emisyjne, nabywały „dodatkowe” kwoty na specjalnych giełdach już od 2013 roku. Musielibyśmy kupować głównie od Francji, która masowo wykorzystuje energetykę atomową, ma „luzy” emisyjne i dlatego najbardziej lansuje pakiet. Szacunkowa cena 1 tony emisyjnej wynosiłaby przynajmniej 100 euro.

Przyjęcie pakietu skutkowałoby także osłabieniem bezpieczeństwa energetycznego Polski, bo zmusiłoby nas do zwiększenia importu gazu z Rosji. Oczywiste jest przecież, że Moskwa eksportu surowców energetycznych używa do celów politycznych. Co ciekawe, pakiet ma uzasadnienie bardziej ideologiczne niż naukowe, bo oparty jest na nieudowodnionej naukowo hipotezie, że za ocieplenie klimatu odpowiada zwiększenie emisji gazów cieplarnianych. Zdecydowana większość krajów świata, w tym najwięksi emitenci gazów cieplarnianych: USA, Rosja, Chiny, Indie, a także ponad 100 innych krajów, na razie nie ma zamiaru radykalnie ograniczać emisji i osłabiać swoich potencjałów gospodarczych. Natomiast narzucające pakiet kraje Unii Europejskiej chcą go wykorzystać do osłabienia gospodarek krajów opartych na tradycyjnej energetyce, by doprowadzić do zmniejszenia ich PKB.


Polska może być samowystarczalna


Ze źródeł odnawialnych najwyższy potencjał w Polsce ma energia geotermalna, a dopiero później biomasa i energia słoneczna. Słusznie to niewyczerpalne źródło stawia się wyżej niż stosunkowo rzadko wykorzystywaną energię słoneczną. Znacznie niższe są zasoby energii wody i wiatru, przy czym minusem stosowania energetyki wiatrowej jest niszczenie krajobrazu, uciążliwość dla osób mieszkających w pobliżu, hałas oraz zagrożenia dla wędrownego ptactwa, a w przypadku wiatraków w morzu – dla ryb, bardzo słaba i przypadkowa wydajność, jak również niska opłacalność ekonomiczna. Jednak bogate i powiązane z kapitałem zagranicznym lobby wiatrowe bardzo promuje wiatraki, które niby wytwarzają czystą i „tanią” energię, ale za cenę niszczenia krajobrazu oraz flory i fauny.

„Wiatrakowcy” niejako „terroryzują” lokalne władze publiczne zobowiązaniami Polski do owych 7,5 proc. i pod ideologicznymi hasłami „ochrony” naturalnego środowiska różnymi metodami wymuszają zgodę na budowę wiatraków. Nie robią tego z miłości do przyrody, ale liczą na ogromne zyski, a za w sumie znacznie droższą i wcale nieneutralną dla natury energię zapłaci całe społeczeństwo. Trzeba rozwijać energię ze źródeł odnawialnych. Jednak wiatraki to ślepy zaułek, a geotermia z powodów politycznych, ideologicznych, ekonomicznych, a także w wyniku działań lobbingowych jest w Polsce niedoceniana i ośmieszana.

Eksperci z Polskiej Geotermalnej Asocjacji im. prof. Juliana Sokołowskiego – której przewodniczy prof. dr hab. inż. Jacek Zimny – podkreślają, że rozwój cywilizacyjny Polski w XXI wieku wymaga narodowego programu zwiększenia efektywności energetycznej i oszczędności energii średnio 3-5 proc. rocznie oraz przynajmniej takiego samego wzrostu produkcji energii. Postulują, aby Polska oparła się na własnych zasobach energii, których mamy pod dostatkiem. Węgla wystarczy na 500-1000 lat, gazu na 100 lat, biomasy i biopaliw (dają podstawy do samowystarczalności gazowej i paliw ciekłych) oraz geotermii (ciepło i prąd), której zasoby przekraczają 150 razy nasze roczne potrzeby. Piszą w swoim „stanowisku” z 12.11: „Uważamy, iż są to wystarczające argumenty, aby Polska zawetowała forsowany przez państwa ‚twardego jądra UE’ Pakiet Klimatyczno-Energetyczny z kontrowersyjną Dyrektywą CCS o zatłaczaniu CO2 w złoża geologiczne Ziemi. Najnowsze wyniki badań w odwiercie toruńskim w całej rozciągłości potwierdzają naszą tezę o narodowym bogactwie wód geotermalnych zalegających pod terytorium prawie całej Polski oraz o konieczności określenia nowej strategii bezpieczeństwa energetycznego Polski w XXI wieku, zmierzającej do uzyskania do 2030 roku pełnej samowystarczalności i suwerenności, wykorzystującej własne zasoby kopalne i odnawialne”.

To prawda, że czynnikiem hamującym dynamiczny rozwój energii geotermalnej jest wysoki koszt całej instalacji i odwiertów do wydobycia gorącej wody spod powierzchni ziemi. Trzeba przyznać, że ceny są porównywalne z odwiertami ropy i gazu ziemnego. Jednak z uwagi na niestabilną sytuację na rynku naftowym oraz świadomość negatywnego oddziaływania emisji gazów, energia geotermalna zaczyna się cieszyć coraz większym zainteresowaniem i w najbliższych latach będzie odgrywać coraz większą rolę w globalnym wyścigu po alternatywne źródła energii. Jak pokazują badania, na które powołują się eksperci Frost & Sullivan, firmy konsultingowej o zasięgu światowym, koszty pozyskania energii geotermalnej wykazują tendencję malejącą. Koszt wytwarzania energii elektrycznej ze źródeł geotermalnych w roku 2005 wynosił 50-150 euro/MWh. Oczekuje się, że koszt ten spadnie do 40-100 euro/MWh w roku 2010 oraz 40-80 euro/MWh w roku 2020.

W miarę jak koszty energii geotermalnej będą stawać się coraz bardziej przystępne, wzrastać będzie też zainteresowanie jej wykorzystaniem. Obecnie w Europie ciepłownie geotermalne pracują w Islandii, Grecji, Włoszech, Turcji, Niemczech i Austrii. Paradoksem jest, że zwalczana przez polskie władze geotermia jest promowana w krajach sąsiednich. Niemcy, które mają znacznie mniejsze od polskich złoża wód geotermalnych, traktują ją jako priorytet i już posiadają prawie 150 zakładów oraz rurociąg o wartości 4 mld euro. W tym kraju rozwój tego sektora jest stymulowany poprzez kolejne ustawy, co sprawia, że realizacja projektów dotyczących energii geotermalnej staje się finansowo opłacalna. W Czechach i na Słowacji również są czynione spore nakłady inwestycyjne na geotermię.

W naszym kraju mamy już udane przykłady wykorzystania tego źródła ciepła. Na Podhalu ogrzewanie energią geotermalną stało się o 40 proc. tańsze niż ogrzewanie gazem. Dziewięćdziesiąt procent hoteli w Zakopanem oraz około 250 tys. prywatnych gospodarstw domowych korzysta już z tego rodzaju energii. I w takiej sytuacji, gdy z badań naukowych jasno wynika, że naturalnym bogactwem Polski są ogromne zasoby geotermalne, które mogłyby uniezależnić nasz kraj energetycznie, rząd blokuje inicjatywy w tym zakresie, jak choćby geotermię toruńską. Za dwa lata okaże się, że Polska nie wywiąże się z zobowiązań i będziemy musieli kupować znacznie droższą czystą energię geotermalną z Niemiec. Czy to nie paradoks, że w Niemczech ta technologia jest słuszna, a w Polsce najwyraźniej „niesłuszna”? Czy po raz kolejny okaże się, że Polak jest mądry dopiero po szkodzie?


Lobby atomowe


Po sukcesie z geotermią dla niektórych powstał problem, w jaki sposób zablokować realizację projektu. Nie jest wykluczone, że obecne ataki na dzieła przy toruńskiej rozgłośni są inicjowane nie tylko ze względów ideologicznych, ale również ze względów biznesowych i lobbingowych, by nie dopuścić do uruchomienia zakładu produkującego ciepło i energię elektryczną ze źródeł geotermalnych. Interes w tym ma część lobby energetycznego. Należy pamiętać, że sektor energii odnawialnych jest zwalczany przez bardzo silną grupę nacisku, jaką stanowi energetyka konwencjonalna. Nie należy również zapominać, że niektóre ośrodki zagraniczne, którym nie w smak energetyczna samowystarczalność Polski, również są zainteresowane utrąceniem toruńskiego projektu, podobnie jak powiązane z nimi coraz silniejsze w Polsce lobby atomowe.

Charakterystyczne, że 8 listopada – a więc dwa dni po ogłoszeniu sukcesu toruńskiej geotermii – premier Donald Tusk zapowiedział, że do końca roku rząd podejmie decyzję, gdzie staną w Polsce dwie elektrownie atomowe. Jedna z najpoważniej rozpatrywanych lokalizacji to Żarnowiec. Rząd rozważa budowę nawet dwóch elektrowni atomowych w Polsce. Premier Donald Tusk zaznaczył, że program budowy energetyki jądrowej może być znacznie bardziej ambitny. Wypowiedź premiera najwyraźniej miała kilka celów, ale jednym z nich było odwrócenie uwagi opinii publicznej od toruńskiego sukcesu i odnawialnych źródeł energii. Powszechnie wiadomo, że energetyka atomowa jest wyjątkowo droga i była rozwijana w czasach zimnej wojny przede wszystkim z powodów militarnych, bo przy okazji produkowano pluton używany do bomb atomowych i termojądrowych. Rząd planuje wydać na budowę elektrowni atomowej co najmniej 4 mld złotych. Za takie środki budżetowe można z zapasem doprowadzić do realizacji strategii rozwoju energii odnawialnej, zgodnie z którą 7,5 proc. energii elektrycznej w Polsce do 2010 r. musi pochodzić z odnawialnych źródeł energii.

Energetyka atomowa to temat, delikatnie rzecz ujmując, wyjątkowo kontrowersyjny. Po pierwsze, Polska nie ma własnych wystarczających złóż uranu, więc elektrownie atomowe wcale nie oznaczają uniezależnienia surowcowego, a wręcz odwrotnie, uzależnienie od zagranicznego dostawcy paliwa jądrowego i odbiorcy odpadów radioaktywnych. Po drugie, energia atomowa wcale nie będzie tańsza, bo koszt budowy takiej elektrowni jest gigantyczny i musi się zwrócić, a więc użytkownik końcowy – czyli każdy odbiorca energii – i tak musi za to zapłacić. Elektrownie jądrowe na świecie produkują zaledwie ok. 15 proc. energii elektrycznej, zużywając ponad 70 proc. środków przeznaczonych w skali światowej na rozwój energetyki. Po trzecie, w Unii Europejskiej pojawiają się wątpliwości natury ekologicznej, zdrowotnej i psychologicznej.

Według Eurobarometru, tylko 12 proc. Europejczyków popiera ten sposób pozyskiwania energii elektrycznej, co między innymi wynika z faktu, że w promieniu 100 km od elektrowni jest odnotowywanych więcej przypadków zachorowań na raka. Znamienne, że Niemcy zaczęli wdrażać program zamknięcia swoich elektrowni atomowych do 2020 r., a do 2040 r. chcą pozyskiwać energię wyłącznie z czystych źródeł odnawialnych. Czyżby złom po ich instalacjach – podobnie jak już obecnie toksyczne odpady – miałby trafić do Polski? Zastanawiając się nad pytaniem, kto jest zainteresowany, by w Polsce budować elektrownie atomowe, trudno nie zauważyć, że wielkie niemieckie i francuskie koncerny atomowe są obecnie na krawędzi bankructwa. Czyżby inwestycje w Polsce miały poratować te zagraniczne podmioty?

Jeszcze nie jest za późno. Rząd Donalda Tuska ma jeszcze możliwość wycofania się ze szkodliwej decyzji i przywrócenia dotacji Fundacji „Lux Veritatis”. Lepiej jest budować, niż burzyć.

drukuj